poniedziałek, 10 czerwca 2013

I Love You Baby



Witam :3
 

Ubrałam biały T-Shirt, spodenki i związałam włosy w wysoki niedbały koczek. Po porannej toalecie i przebraniu się, zeszłam na dół do salonu, gdzie siedzieli Max i Robby. Brat grał w coś na Play Station, a ojczym czytał gazetę.
Przez dwa miesiące ukrywam przed Sally i Robbym, że wiem iż moim biologicznym ojcem jest Jay Harris, a nie Robby Satine. Nie rozumiem tylko dlaczego oni to przede mną ukrywają. Zawsze powinnam o tym wiedzieć. Kto wie, może bym ich tak bardzo nie nienawidziła?
– Kurduplu – zaczęłam.
– Co stara? – zapytał nie odrywając oczu od ekranu telewizora.
– Pomożesz mi w czymś? – zapytałam. – Bo w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła moja bezprzewodowa muszka do laptopa.
–Ja jej nie mam – powiedział od razu.
– Zatrzymaj grę i pomóż mi szukać. – Po dziwnym spojrzeniu ojca dodałam: – Proszę.
– No dobra.
Poszliśmy na górę do jego pokoju. Kiedy już tam byliśmy, zatrzasnęłam za nami drzwi, oparłam się o nie plecami i wpatrzyłam w swoje gołe stopy.
– To co tak naprawdę chcesz? – zapytał.
– Słyszałeś w nocy naszą kłótnię? – zapytałam.
– Tak.
– Wszystko?
– Nie – powiedział wyglądając przez okno. – Tylko trochę.
– Co dokładnie?
– Obudził mnie twój podniesiony głos. Gadałaś coś o jakichś dowodach, że nie chcesz ich widzieć, czy jakoś tak – powiedział. Nie podobało mi się to, że na mnie nie  patrzy i stoi do mnie odwrócony plecami.
– Nie mów rodzicom, że on był tu wczoraj w nocy, dobrze? – zapytałam. Mój głos się załamał, kiedy przypomniałam sobie mój ostatni pocałunek z Oliverem.
– Katherine – Max powiedział moje imię chyba po raz pierwszy w życiu. – Nie płacz, dobrze? – Odwrócił się do mnie, podszedł i przytulił mnie.
Po chwili zeszliśmy na dół. Ja do kuchni, a Max do salonu.
– Ostatnio coraz wcześniej wstajesz – przywitała mnie Sally.
– Dzień dobry mamo – powiedziałam. – Mnie również jest miło cię widzieć – usiadłam przy stole.
– Była impreza? – zapytała, spoglądając na mnie przez ramię. Stała przy kuchence i przygotowywała smażone jajka i bekon. W jej wykonaniu nawet tak prosty posiłek wyglądał, pachniał i smakował wyśmienicie.
– Nie. Tylko Oliver był. Max siedział u siebie, a my oglądaliśmy film w salonie. Przed dwudziestą drugą pojechał do siebie.
– Tylko oglądaliście? – zapytała.
– Nie zdejmowaliśmy ubrań, jeśli to chcesz wiedzieć.
Nie podoba mi się to, że rodzice mi nie ufają. Chociaż to nie jest dziwne. Powinni zaufać chociaż Oliverowi.
– To dobrze. Proszę – powiedziała kładąc przede mną talerzyk z jajkami i zabawnie poskręcanym bekonem.
– Dziękuję.
Po południ kiedy mama i Robby pojechali do pracy, a Max grał na komputerze u siebie w pokoju, ja siedziałam w salonie przed telewizorem i dużą łyżką wyjadałam czekoladowe lody z dużego plastikowego kubełka. Drażniło mnie, że na każdym programie leciała romantyczna opowieść o dziwnej miłości.
Kocham cię Sam. Nie chcę cię znowu stracić – powiedział jakiś facet tuląc dziewczynę.
Ja też cię kocham – powiedziała Sam, a potem się pocałowali.
– Jag! – jęknęłam.
Kolejny program.
– Już nigdy cię nie opuszczę, kochany. – I pocałunek.
Następny program.
– Nie wiem co mam zrobić, żebyś była moja.
Głuptasie, ja już jestem twoja! – krzyknęła dziewczyna śmiejąc się, a potem rzuciła się na plecy chłopaka. I kolejny pocałunek.
Znów przełączyłam.
Być z tobą chcę na zawsze już – śpiewali bohaterowie filmu tuląc się. Na szczęście zdążyłam przełączyć zanim doszło do pocałunku.
Co za debile kierują tymi programami? – zapytałam telewizor. – Chyba tylko MTV puszcza normalne programy.
Ale niestety leciał ten o randkach z matkami kandydatek na żonę. Kiedy już miałam wygłosić swoje niezadowolenie, rozległ się dzwonek do drzwi.
– Już idę! – zawołałam.
Odłożyłam kubełek z lodami na stolik do kawy i poszłam do drzwi.
– Tak? – zapytałam otwierając drzwi.
Na werandzie stał facet w białej koszulce z napisem „Kurier”. W rękach trzymał niewielką paczkę owiniętą szarym papierem i kartonową podkładkę z kartą odbioru.
– Kurier – powiedział. – Przesyłka dla Max’a Satine. Dobrze trafiłem?
– Tak – powiedziałam, jednocześnie zastanawiając się co tek gówniarz zamówił. – Zawołam go. Proszę chwilę zaczekać.
Przymknęłam drzwi i weszłam po schodach na górę.
– Max, kurier do ciebie – powiedziałam otwierając drzwi jego pokoju. – Co zamówiłeś? – zapytałam, kiedy obok mnie przechodził.
– Ja nic. To od twojego… – urwał. – Od Olivera. Obiecał mi kilka rzeczy.
Poszłam do salonu, żeby skończyć jeść lody, a Max odebrał paczkę i poszedł do kuchni. Po kilku minutach przyszedł do mnie z wystawioną ręką. W palcach trzymał białą kopertę z napisanym czerwonym atramentem moim imieniem.
– Co to? – zapytałam biorąc kopertę.
– Nie wiem. Było w paczce – wytłumaczył i odszedł.
Rozkleiłam kopertę, a kiedy wyciągnęłam z niej złożoną na pół kartkę, owionął mnie piękny słodki kwiatowy zapach. Ale nie potrafiłam rozpoznać jakich kwiatów. Rozłożyłam kartkę i zaczęłam czytać...