Witam :3
Ubrałam biały T-Shirt, spodenki
i związałam włosy w wysoki niedbały koczek. Po porannej toalecie i przebraniu
się, zeszłam na dół do salonu, gdzie siedzieli Max i Robby. Brat grał w coś na
Play Station, a ojczym czytał gazetę.
Przez dwa miesiące ukrywam przed
Sally i Robbym, że wiem iż moim biologicznym ojcem jest Jay Harris, a nie Robby
Satine. Nie rozumiem tylko dlaczego oni to przede mną ukrywają. Zawsze powinnam
o tym wiedzieć. Kto wie, może bym ich tak bardzo nie nienawidziła?
– Kurduplu – zaczęłam.
– Co stara? – zapytał nie
odrywając oczu od ekranu telewizora.
– Pomożesz mi w czymś? –
zapytałam. – Bo w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła moja bezprzewodowa
muszka do laptopa.
–Ja jej nie mam – powiedział od
razu.
– Zatrzymaj grę i pomóż mi szukać.
– Po dziwnym spojrzeniu ojca dodałam: – Proszę.
– No dobra.
Poszliśmy na górę do jego
pokoju. Kiedy już tam byliśmy, zatrzasnęłam za nami drzwi, oparłam się o nie
plecami i wpatrzyłam w swoje gołe stopy.
– To co tak naprawdę chcesz? –
zapytał.
– Słyszałeś w nocy naszą
kłótnię? – zapytałam.
– Tak.
– Wszystko?
– Nie – powiedział wyglądając
przez okno. – Tylko trochę.
– Co dokładnie?
– Obudził mnie twój podniesiony
głos. Gadałaś coś o jakichś dowodach, że nie chcesz ich widzieć, czy jakoś tak –
powiedział. Nie podobało mi się to, że na mnie nie patrzy i stoi do mnie odwrócony plecami.
– Nie mów rodzicom, że on był tu
wczoraj w nocy, dobrze? – zapytałam. Mój głos się załamał, kiedy przypomniałam
sobie mój ostatni pocałunek z Oliverem.
– Katherine – Max powiedział
moje imię chyba po raz pierwszy w życiu. – Nie płacz, dobrze? – Odwrócił się do
mnie, podszedł i przytulił mnie.
Po chwili zeszliśmy na dół. Ja
do kuchni, a Max do salonu.
– Ostatnio coraz wcześniej
wstajesz – przywitała mnie Sally.
– Dzień dobry mamo –
powiedziałam. – Mnie również jest miło cię widzieć – usiadłam przy stole.
– Była impreza? – zapytała,
spoglądając na mnie przez ramię. Stała przy kuchence i przygotowywała smażone
jajka i bekon. W jej wykonaniu nawet tak prosty posiłek wyglądał, pachniał i
smakował wyśmienicie.
– Nie. Tylko Oliver był. Max
siedział u siebie, a my oglądaliśmy film w salonie. Przed dwudziestą drugą
pojechał do siebie.
– Tylko oglądaliście? –
zapytała.
– Nie zdejmowaliśmy ubrań, jeśli
to chcesz wiedzieć.
Nie podoba mi się to, że rodzice
mi nie ufają. Chociaż to nie jest dziwne. Powinni zaufać chociaż Oliverowi.
– To dobrze. Proszę –
powiedziała kładąc przede mną talerzyk z jajkami i zabawnie poskręcanym
bekonem.
– Dziękuję.
Po południ kiedy mama i Robby pojechali
do pracy, a Max grał na komputerze u siebie w pokoju, ja siedziałam w salonie przed
telewizorem i dużą łyżką wyjadałam czekoladowe lody z dużego plastikowego
kubełka. Drażniło mnie, że na każdym programie leciała romantyczna opowieść o
dziwnej miłości.
– Kocham cię Sam. Nie chcę cię znowu stracić – powiedział jakiś facet tuląc dziewczynę.
– Ja też cię kocham – powiedziała Sam, a potem się pocałowali.
– Jag! – jęknęłam.
Kolejny program.
–
Już nigdy cię nie opuszczę, kochany. – I pocałunek.
Następny program.
–
Nie wiem co mam zrobić, żebyś była moja.
– Głuptasie, ja już jestem
twoja! – krzyknęła dziewczyna śmiejąc
się, a potem rzuciła się na plecy chłopaka. I kolejny pocałunek.
Znów przełączyłam.
– Być z tobą chcę
na zawsze już – śpiewali bohaterowie
filmu tuląc się. Na szczęście zdążyłam przełączyć zanim doszło do pocałunku.
–Co za debile kierują
tymi programami? –
zapytałam telewizor. – Chyba tylko MTV puszcza normalne programy.
Ale niestety leciał ten o
randkach z matkami kandydatek na żonę. Kiedy już miałam wygłosić swoje
niezadowolenie, rozległ się dzwonek do drzwi.
– Już idę! – zawołałam.
Odłożyłam kubełek z lodami na
stolik do kawy i poszłam do drzwi.
– Tak? – zapytałam otwierając
drzwi.
Na werandzie stał facet w białej
koszulce z napisem „Kurier”. W rękach trzymał niewielką paczkę owiniętą szarym
papierem i kartonową podkładkę z kartą odbioru.
– Kurier – powiedział. –
Przesyłka dla Max’a Satine. Dobrze trafiłem?
– Tak – powiedziałam,
jednocześnie zastanawiając się co tek gówniarz zamówił. – Zawołam go. Proszę
chwilę zaczekać.
Przymknęłam drzwi i weszłam po
schodach na górę.
– Max, kurier do ciebie –
powiedziałam otwierając drzwi jego pokoju. – Co zamówiłeś? – zapytałam, kiedy
obok mnie przechodził.
– Ja nic. To od twojego… –
urwał. – Od Olivera. Obiecał mi kilka rzeczy.
Poszłam do salonu, żeby skończyć
jeść lody, a Max odebrał paczkę i poszedł do kuchni. Po kilku minutach
przyszedł do mnie z wystawioną ręką. W palcach trzymał białą kopertę z napisanym
czerwonym atramentem moim imieniem.
– Co to? – zapytałam biorąc
kopertę.
– Nie wiem. Było w paczce –
wytłumaczył i odszedł.
Rozkleiłam kopertę, a kiedy
wyciągnęłam z niej złożoną na pół kartkę, owionął mnie piękny słodki kwiatowy zapach.
Ale nie potrafiłam rozpoznać jakich kwiatów. Rozłożyłam kartkę i zaczęłam
czytać...