sobota, 28 września 2013

Surprise!!!



Tydzień później.

Lato w Los Angeles przyszło jak zwykle słoneczne i upalne jak nigdzie na świecie. Chyba… Dobra, to jest nie ważne. Ważne jest to, że w Sierra Nevada (California) lato trwa trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku i jeden dodatkowy w ten przestępny ;). No może czasami spadnie śnieg, ale ja go nigdy na żywo nie widziałam.
Kolejny rok szkoły już całkiem się rozkręcił. Jednak od razu przejdę do ostatniego dnia października. Halloween. Noc Duchów, albo jak kto woli moje szesnaste urodziny.
Z początku wszystko było dobrze. Imprezę miała być w domu Marco, jego rodzice szli na swoją imprezę, więc mieliśmy spokój. Tutaj się zatrzymam. Przygotowania do imprezy trwały odkąd Tiffany wpadła rano do mojego pokoju tydzień przed imprezką.
– Wstawaj! – zawołała, wpadając do mojej sypialni i rzucając we mnie czarną papierową torbą z nalepionym białym uśmiechniętym duszkiem.
– Co to? – zapytałam siadając.
– Mój prezent urodzinowy dla ciebie.
– Przecież to za tydzień.
– Wiem. Marco ma znajomości i jego prezent dla ciebie rozmawia z twoimi rodzicami. No… powiedzmy, że on jest prezentem. To raczej przedsmak.
– Czy mi się zdaje, czy to striptizer? – zapytałam ze strachem. Rodzice, by mnie zabili.
– Nie – powiedziała z całkiem poważną miną. – Marco daje nam to czego chcemy, a o ile pamiętam, to  t o  było na mojej liście marzeń.
– No taa… dobra ludzie, co wy knujecie?
– Zejdź na dół to zobaczysz. Tylko się przebierz, bo chyba nie chcesz, żeby zobaczył twojego misia?
To fakt. Miałam na sobie cienką szarą koszulkę na krótki rękaw z misiem tulącym serce – jedyny kolorowy (czerwony) element pidżamy – i krótkie szare spodenki.
W garderobie założyłam szeroką, krótką bluzkę niezakrywającą brzucha i jeansowe spodenki. Włosy związałam w wysoki, niedbały koński ogon. Pod ubranie założyłam dwuczęściowy zielony strój kąpielowy, ponieważ miałam zamiar po obiedzie iść z Tiff na plażę.
Zeszłyśmy do salonu. Mama siedziała w fotelu i szyła coś w kolorze szmaragdu. Tata stał koło stolika do kawy i rozmawiał z jakimś wysokim mężczyzną, który wyglądał jak ogromy i straszny bramkarz z jakiegoś klubu z dyskoteką i DJ’em.
Gdy weszłam zamilkli.
Dzień dobry – przywitałam się radośnie.
Spojrzałam pytająco na bramkarza, unosząc przy tym brew.
– Witam solenizantkę. Pozwoli panienka, że się przedstawię. Nazywam się Tom i dla bezpieczeństwa zespołu zostałem wyznaczony do reprezentowania grupy.
– Grupy? – zapytałam zdziwiona. – Jakiego zespołu?
Nie lubię nie być w temacie.
– Chwileczkę… Ja już gdzieś pana widziałam.
– Nie mów jej.
Tiffa zarzuciła mi ręce na szyję, przytuliła się do moich pleców i położyła swój podbródek na moim ramieniu.
Zdziwiło mnie to, że Tiff mówi to niego na „ty”.
– Nich zgadnie o co chodzi. No dalej Kat.
– Mam wrażenie, że już gdzieś cię widziałam.
– Może tak. – Uśmiechnął się łobuzersko.
– No to strzelaj – rzuciła Tiffany.
– OK. Chwileczkę…
Zespół. Dla bezpieczeństwa. Ochroniarz. Impreza w Halloween. Życzenia z listy. Marco. Impreza w Halloween. Szesnastka. IMPREZA W HALLOWEEN!!!
– Chodzi o to, że Marco zaprosił na moje urodziny zespół?
– Dokładnie – przyznał Tom.
– A jaki?
– No i to jest właśnie ta niespodzianka.
– Jaki zespół?
– Nie powiemy. – Tiff, puściła mnie i stanęła naprzeciw mnie. – No dobra. Zgaduj. Co to może być za zespół?
Złapała kosmyk moich czerwonych włosów i zaczęła się nim bawić.
– Dlaczego masz takie włosy? K t o jeszcze ma takie włosy? No dobra podobne. – Pokazała mi język.
Czerwone włosy. Właściwie pomarańczowe i kiedyś też blond.
– Heyley Williams ma takie włosy.
– No i nici z niespodzianki – powiedział Tom.
– Marco zaprosił na moje urodziny Paramore?!
– I się zgodzili. Mieli jeszcze do wyboru zagranie na koncercie Halloween Central Parku w Nowym Yorku,  ale woleli Los Angeles – wytłumaczył Tom.

Końcowy efekt tej „niespodzianki” był taki, że prawie połamałam łóżko skacząc na nim. Zachowywałam się tak jak nigdy nie chciałam się zachowywać. Po kilku minutach jednak przestałam i położyłam się na łóżko przytulając pluszowego niedźwiadka, którego wygrał dla mnie Oliver w wesołym miasteczku jakieś dwa miesiące temu.
– Co się stało? – zapytała Tiffa, siadając obok mnie.
– Czasami zastanawiam się dlaczego zerwaliśmy. Nie, nie my… Dlaczego  j a  z nim zerwałam?
– Mówiłaś, że powiedział ci że nie był z tobą szczery w jakiejś sprawie.
– No tak, ale przyznał się do tego.
– Po dwóch miesiącach chodzenia. Mówiłaś też, że powiedział ci że potrafi panować nad ogniem. Co za kretyn.
Kiedy mówiła o ogniu odwróciła wzrok, a na jej czole pokazała się lekka zmarszczka.
– Mam wrażenie, że każda z najbliższych mi osób coś przede mną ukrywa.
– W sumie to masz rację.
– Co?!
– Ukrywam przed tobą prezent urodzinowy.
– Przecież nim we mnie rzuciłaś.
– Nie ten, chodzi mi o tort. Nie powiem ci jak będzie wyglądał.
Pokazała mi język. Znowu.
– Mogę rozpakować? – zapytałam, puszczając misia Alberta i podniosłam z podłogi czarną torbę na prezenty.
– Po to ją przyniosłam.
– Ją?
Uśmiechnęła się tylko.
Wyciągnęłam z torby cienki czarny papier, a potem jakiś materiał i rozłożyłam go na zielonej narzucie na łóżku. Moim oczom ukazała się piękna czarna sukienka w stylu Goth. Materiał był delikatny i bardzo postrzępiony. Sukienka wyglądała jak z filmu o zombie. Miała długie postrzępione rękawy odsłaniające ramiona, była obcisła i sięgała ledwo do połowy ud.
– Wow! – wrzasnęłam z zachwytu. – Jest wspaniała.
– No wiem –przyznała szczerząc zęby w uśmiechu.
– Sunwood tam będzie, prawda? – zapytałam, po chwili ciszy.
– W końcu tam mieszka – Powiedziała Tiffa, przyglądając się swoim paznokciom.
– No tak. – Westchnęłam.
– Daj spokój. Kiedy zobaczy jak świetnie bawisz się bez niego, to będzie zazdrościł, że nie może cię mieć dla siebie w tej sukience.
– Przestań. – Odetchnęłam głęboko i powiedziałam: – Byłam w siedzibie Lie Life.
Nie będę kłamać, już nie raz miałam broń w ręce i dwie osoby przeze mnie już nigdy nie będą oddychać i chodzić po ziemi. Przyznam, że ostatnio mam na to ochotę. Naprawdę chcę kogoś zabić. Ta adrenalina kiedy kula z niewiarygodną prędkością wylatuje z lufy pistoletu i przebija na wylot ciało twojego przeciwnika.
– Co?? – wrzasnęła. – Ale po co?
– Nie wiem. To chyba przez to, że się pokłóciłam z Sunwoodem.
– Ale kiedy?
– Odkąd odszedł tamtej nocy, cały czas myślałam o Lie Life. W końcu tydzień temu poszłam do Elliota. No i on chce żebym z nim chodziła.
– Nie masz jeszcze szesnastu lat, a on ma dwadzieścia jeden. Nie rób tego.
– Zgodziłam się i od tamtej pory chodzimy ze sobą. Zaprosiłam go na Halloween.
– Kompletnie postradałaś zmysły? – Wstała i zaczęła krążyć po pokoju. – Marco z pewnością nie wpuści go do swojego domu.
– Ale  j a  chcę, żeby Elliot tam był. Chcę, żeby Sunwood był zazdrosny i w końcu przyznał, że strażnicy żywiołów nie istnieją.
Tiffa spojrzała zmieszana w bok.
– Tak, ale nie musisz go przyprowadzać. Przecież on o mało nie zabił Marco! – zawołała. Była zdenerwowana.
– Masz rację, o mało. Marco nadal żyje i ma się całkiem dobrze. A tak w ogóle to ta impreza jest moja, więc mogę przyjść z kim zechcę i zaprosić kogo zechcę. I tak przyjdzie tam wiele osób, których nie znamy. Co za różnica.
– Jak wolisz, ale chcę żebyś jeszcze to przemyślała. Ja idę do domu, bo boję się zostawiać tam Dianę samą. Rodzice jadą do Vegas. Do zobaczenia później.
– Tak. – Uśmiechnęłam się. – Pa.

 ~*~*~*~*~*~

Dość dawno mnie tu nie było, co? No ale wiecie wakacje i pierwszy miesiąc szkoły, który był... nadal jest trudny, bo 2 października idę na praktyki na caaałe 28 dni z weekendami (wtedy i tak będę w domku) i nauczyciele cały czas robią nam sprawdziany i kartkówki i w ogóle a jeszcze pod koniec roku w maju mam egzamin T13 i jak ja mam odetchnąć.
No nic, notka się podobała? Pewnie nie, bo nikt i tak ich nie komentuje -,- Jakby co to mam jeszcze jedną w zanadrzu, ale tę zostawię na później, bo teraz idę się zająć innymi blogami, głupim plakatem do szkoły i kopiowaniem rysunków, które zawisną w czytelni u mnie w szkole.
Paa :P