Tydzień
później.
Lato
w Los Angeles przyszło jak zwykle słoneczne i upalne jak nigdzie na świecie.
Chyba… Dobra, to jest nie ważne. Ważne jest to, że w Sierra Nevada (California)
lato trwa trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku i jeden dodatkowy w ten
przestępny ;). No może czasami spadnie śnieg, ale ja go nigdy na żywo nie
widziałam.
Kolejny
rok szkoły już całkiem się rozkręcił. Jednak od razu przejdę do ostatniego dnia
października. Halloween. Noc Duchów, albo jak kto woli moje szesnaste urodziny.
Z
początku wszystko było dobrze. Imprezę miała być w domu Marco, jego rodzice
szli na swoją imprezę, więc mieliśmy spokój. Tutaj się zatrzymam. Przygotowania
do imprezy trwały odkąd Tiffany wpadła rano do mojego pokoju tydzień przed
imprezką.
–
Wstawaj! – zawołała, wpadając do mojej sypialni i rzucając we mnie czarną
papierową torbą z nalepionym białym uśmiechniętym duszkiem.
– Co
to? – zapytałam siadając.
– Mój
prezent urodzinowy dla ciebie.
–
Przecież to za tydzień.
–
Wiem. Marco ma znajomości i jego prezent dla ciebie rozmawia z twoimi
rodzicami. No… powiedzmy, że on jest prezentem. To raczej przedsmak.
– Czy
mi się zdaje, czy to striptizer? – zapytałam ze strachem. Rodzice, by mnie
zabili.
– Nie
– powiedziała z całkiem poważną miną. – Marco daje nam to czego chcemy, a o ile
pamiętam, to t o było na mojej liście marzeń.
– No
taa… dobra ludzie, co wy knujecie?
–
Zejdź na dół to zobaczysz. Tylko się przebierz, bo chyba nie chcesz, żeby
zobaczył twojego misia?
To
fakt. Miałam na sobie cienką szarą koszulkę na krótki rękaw z misiem tulącym
serce – jedyny kolorowy (czerwony) element pidżamy – i krótkie szare spodenki.
W
garderobie założyłam szeroką, krótką bluzkę niezakrywającą brzucha i jeansowe
spodenki. Włosy związałam w wysoki, niedbały koński ogon. Pod ubranie założyłam
dwuczęściowy zielony strój kąpielowy, ponieważ miałam zamiar po obiedzie iść z
Tiff na plażę.
Zeszłyśmy
do salonu. Mama siedziała w fotelu i szyła coś w kolorze szmaragdu. Tata stał
koło stolika do kawy i rozmawiał z jakimś wysokim mężczyzną, który wyglądał jak
ogromy i straszny bramkarz z jakiegoś klubu z dyskoteką i DJ’em.
Gdy
weszłam zamilkli.
Spojrzałam
pytająco na bramkarza, unosząc przy tym brew.
–
Witam solenizantkę. Pozwoli panienka, że się przedstawię. Nazywam się Tom i dla
bezpieczeństwa zespołu zostałem wyznaczony do reprezentowania grupy.
–
Grupy? – zapytałam zdziwiona. – Jakiego zespołu?
Nie
lubię nie być w temacie.
–
Chwileczkę… Ja już gdzieś pana widziałam.
– Nie
mów jej.
Tiffa
zarzuciła mi ręce na szyję, przytuliła się do moich pleców i położyła swój
podbródek na moim ramieniu.
Zdziwiło
mnie to, że Tiff mówi to niego na „ty”.
–
Nich zgadnie o co chodzi. No dalej Kat.
– Mam
wrażenie, że już gdzieś cię widziałam.
–
Może tak. – Uśmiechnął się łobuzersko.
– No
to strzelaj – rzuciła Tiffany.
– OK.
Chwileczkę…
Zespół.
Dla bezpieczeństwa. Ochroniarz. Impreza w Halloween. Życzenia z listy. Marco.
Impreza w Halloween. Szesnastka. IMPREZA W HALLOWEEN!!!
–
Chodzi o to, że Marco zaprosił na moje urodziny zespół?
– Dokładnie
– przyznał Tom.
– A
jaki?
– No
i to jest właśnie ta niespodzianka.
–
Jaki zespół?
– Nie
powiemy. – Tiff, puściła mnie i stanęła naprzeciw mnie. – No dobra. Zgaduj. Co
to może być za zespół?
Złapała
kosmyk moich czerwonych włosów i zaczęła się nim bawić.
–
Dlaczego masz takie włosy? K t o jeszcze ma takie włosy? No dobra podobne. –
Pokazała mi język.
Czerwone
włosy. Właściwie pomarańczowe i kiedyś też blond.
–
Heyley Williams ma takie włosy.
– No
i nici z niespodzianki – powiedział Tom.
–
Marco zaprosił na moje urodziny Paramore?!
– I
się zgodzili. Mieli jeszcze do wyboru zagranie na koncercie Halloween Central
Parku w Nowym Yorku, ale woleli Los
Angeles – wytłumaczył Tom.
Końcowy
efekt tej „niespodzianki” był taki, że prawie połamałam łóżko skacząc na nim.
Zachowywałam się tak jak nigdy nie chciałam się zachowywać. Po kilku minutach
jednak przestałam i położyłam się na łóżko przytulając pluszowego niedźwiadka,
którego wygrał dla mnie Oliver w wesołym miasteczku jakieś dwa miesiące temu.
– Co
się stało? – zapytała Tiffa, siadając obok mnie.
–
Czasami zastanawiam się dlaczego zerwaliśmy. Nie, nie my… Dlaczego j a z
nim zerwałam?
–
Mówiłaś, że powiedział ci że nie był z tobą szczery w jakiejś sprawie.
– No
tak, ale przyznał się do tego.
– Po
dwóch miesiącach chodzenia. Mówiłaś też, że powiedział ci że potrafi panować
nad ogniem. Co za kretyn.
Kiedy
mówiła o ogniu odwróciła wzrok, a na jej czole pokazała się lekka zmarszczka.
– Mam
wrażenie, że każda z najbliższych mi osób coś przede mną ukrywa.
– W sumie
to masz rację.
–
Co?!
–
Ukrywam przed tobą prezent urodzinowy.
–
Przecież nim we mnie rzuciłaś.
– Nie
ten, chodzi mi o tort. Nie powiem ci jak będzie wyglądał.
Pokazała
mi język. Znowu.
–
Mogę rozpakować? – zapytałam, puszczając misia Alberta i podniosłam z podłogi
czarną torbę na prezenty.
– Po
to ją przyniosłam.
– Ją?
Uśmiechnęła
się tylko.
Wyciągnęłam
z torby cienki czarny papier, a potem jakiś materiał i rozłożyłam go na
zielonej narzucie na łóżku. Moim oczom ukazała się piękna czarna sukienka w stylu
Goth. Materiał był delikatny i bardzo postrzępiony. Sukienka wyglądała jak z
filmu o zombie. Miała długie postrzępione rękawy odsłaniające ramiona, była
obcisła i sięgała ledwo do połowy ud.
–
Wow! – wrzasnęłam z zachwytu. – Jest wspaniała.
– No
wiem –przyznała szczerząc zęby w uśmiechu.
–
Sunwood tam będzie, prawda? – zapytałam, po chwili ciszy.
– W
końcu tam mieszka – Powiedziała Tiffa, przyglądając się swoim paznokciom.
– No
tak. – Westchnęłam.
– Daj
spokój. Kiedy zobaczy jak świetnie bawisz się bez niego, to będzie zazdrościł,
że nie może cię mieć dla siebie w tej sukience.
–
Przestań. – Odetchnęłam głęboko i powiedziałam: – Byłam w siedzibie Lie Life.
Nie
będę kłamać, już nie raz miałam broń w ręce i dwie osoby przeze mnie już nigdy
nie będą oddychać i chodzić po ziemi. Przyznam, że ostatnio mam na to ochotę.
Naprawdę chcę kogoś zabić. Ta adrenalina kiedy kula z niewiarygodną prędkością
wylatuje z lufy pistoletu i przebija na wylot ciało twojego przeciwnika.
–
Co?? – wrzasnęła. – Ale po co?
– Nie
wiem. To chyba przez to, że się pokłóciłam z Sunwoodem.
– Ale
kiedy?
–
Odkąd odszedł tamtej nocy, cały czas myślałam o Lie Life. W końcu tydzień temu
poszłam do Elliota. No i on chce żebym z nim chodziła.
– Nie
masz jeszcze szesnastu lat, a on ma dwadzieścia jeden. Nie rób tego.
– Zgodziłam
się i od tamtej pory chodzimy ze sobą. Zaprosiłam go na Halloween.
– Kompletnie
postradałaś zmysły? – Wstała i zaczęła krążyć po pokoju. – Marco z pewnością nie wpuści go
do swojego domu.
– Ale
j a chcę, żeby Elliot tam był. Chcę, żeby Sunwood
był zazdrosny i w końcu przyznał, że strażnicy żywiołów nie istnieją.
Tiffa
spojrzała zmieszana w bok.
–
Tak, ale nie musisz go przyprowadzać. Przecież on o mało nie zabił Marco! –
zawołała. Była zdenerwowana.
–
Masz rację, o mało. Marco nadal żyje i ma się całkiem dobrze. A tak w ogóle to
ta impreza jest moja, więc mogę przyjść z kim zechcę i zaprosić kogo zechcę. I
tak przyjdzie tam wiele osób, których nie znamy. Co za różnica.
– Jak
wolisz, ale chcę żebyś jeszcze to przemyślała. Ja idę do domu, bo boję się
zostawiać tam Dianę samą. Rodzice jadą do Vegas. Do zobaczenia później.
– Tak.
– Uśmiechnęłam się. – Pa.
~*~*~*~*~*~
Dość dawno mnie tu nie było, co? No ale wiecie wakacje i pierwszy miesiąc szkoły, który był... nadal jest trudny, bo 2 października idę na praktyki na caaałe 28 dni z weekendami (wtedy i tak będę w domku) i nauczyciele cały czas robią nam sprawdziany i kartkówki i w ogóle a jeszcze pod koniec roku w maju mam egzamin T13 i jak ja mam odetchnąć.
No nic, notka się podobała? Pewnie nie, bo nikt i tak ich nie komentuje -,- Jakby co to mam jeszcze jedną w zanadrzu, ale tę zostawię na później, bo teraz idę się zająć innymi blogami, głupim plakatem do szkoły i kopiowaniem rysunków, które zawisną w czytelni u mnie w szkole.
Paa :P