poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Memories About An Old Friendship



Notka miała być w poniedziałek, ale choroba mnie zaatakowała i ciężko mi jest się na czymkolwiek skupić, więc przepraszam za błędy, a notka pisana na szybkiego, żeby z czasem się wyrobić ;/
No cóż, zapraszam
Enjoy ;)


Do Mallibu dojechaliśmy jako pierwsi. O dziwo pozostali strażnicy jechali za nami. Nie wiem dlaczego. Czyżby zamierzali zatrzymać się willi Marco?
W sumie nie dziwię im się. Prawdopodobnie przyjechali tu tylko po to, aby być na pogrzebie mojej mamy i zobaczyć się ze mną, a przecież to tylko jeden dzień, więc nie będą chyba od razu wyjeżdżać, prawda? To było by bezsensowne.
– Więc jednak się u nas zatrzymacie? – zapytał Marco, kiedy wszyscy już pojawili się w salonie jego domu. – Jak tak to bierzcie pokój, który chcecie poza jednym, bo wybuchł w nim ostatnio pożar – powiedział z niesmakiem, patrząc na mnie.
Zaśmiałam się nerwowo.
– Katherine, muszę gdzieś wyjść na dłuższą chwilę, więc bądź grzeczna, kiedy mnie nie będzie i nic nie podpal, dobrze? – zapytał Oliver.
Przewróciłam oczami.
– Podpalę ciebie jak nie wrócisz o przyzwoitej porze – powiedziałam z uśmiechem.
– Uuu, małżeństwo nam się szykuje! – zawołała Tiffany.
– Tiffa, bo jak cię zaraz…! – wrzasnęłam i ruszyłam za nią biegiem, kiedy zaczęła uciekać.

*

– Wszystko gotowe? – zapytałem, kiedy spotkałem się z Boginią Światła w szkole dla magicznych istot.
– Tak. Miałam racje co do Katherine – powiedziała białowłosa. – Niezwykłe jak szybko jej moce zaczęły się uwalniać, nieprawdaż?
Staliśmy w jednej z sypialni w pałacu, gdzie mieściły się dormitoria dziewcząt w szkole. Alba, nadzorowała przygotowania na przyjęcie Katherine do szkoły. Moja kochana miała zostać przyjęta do szkoły już we wrześniu, czyli na pierwszy turnus, bo Alba wyczuwała jej moc już na początku roku, ale okazało się, że urodziny Katherine wypadają w ostatni dzień października, więc nie mogła przyjść do szkoły, ale teraz kiedy jej moc się już uwolniła będzie mogła dołączyć do szkoły jeszcze w pierwszym turnusie, ale będzie musiała nadrobić materiału z dwuch miesięcy.
– Pomożesz się jej zaaklimatyzować, prawda? – zapytała odwracając się do mnie.
– Tak – powiedziałam od razu.
– A jak wam się układa? – zapytała. – Słyszałam, że się pokłóciliście i zerwaliście ze sobą, to prawda?
Skąd ona wie, że ja i Katherine… a no tak, przecież jest boginią.
– My… Tak, zerwaliśmy ze sobą w wakacje, ponieważ powiedziałem Katherine, że jestem Strażnikiem Ognia. Nie uwierzyła mi i pogodziliśmy się dopiero w jej urodziny, kiedy zobaczyła do czego jest zdolna.
Alba zachichotała.
– Jakie to słodkie – powiedziała jedna z uczennic szkoły z razy Syren, które odświeżały pokój. – Wróciła do ciebie, bo…
– Z Syrenami nie gadam, Cleo – burknąłem.
– Dlaczego wszyscy nie znoszą Syren? – zapytała druga Syrena. Syntia.
– Nie znoszą was, myślą, że księżniczki to im wszystko wolno…
– No ale tak jest – powiedziała Cleo śmiejąc się.
– Dlaczego akurat one muszą to robić? – zapytałem Albę.
– Bo wszyscy się przestraszyli, że do szkoły będzie chodziła władczyni czarnego ognia, no i nikt nie chciał, bo się bali, że jej moc poprzez pokuj dosięgnie nawet ich.
– Dlaczego w tej szkole uczą się same tępaki? – zapytałem sam siebie.
Drzwi na mną się otworzyły i do środka weszły dwie osoby. Obie od razu poznałem. Była to Mag Vanessa i jej przyrodnia siostra Wampir Raven. Tylko coś było z nimi inaczej niż zwykle. Vanessa miała na sobie strój łowcy z czerwonym płaszczem odpowiednim do jesieni, którą teraz mamy na ziemi, a Raven miała na sobie długi sweter tunikę, za kolanówki i botki. Od kiedy ja znam się na kobiecej modzie? Katherine to twoja wina.
No ale wracając do Raven. Dziewczyna ma dziewiętnaście ludzkich lat, ale na Wampirze to dopiero niecałe trzy. No a skoro jest Wampirem, to dlaczego ma duży brzuszek jakby była w ciąży, mimo że jej rasa nie może mieć dzieci?
– O-oliver? – zdziwiła się.
– Raven… Ty…? O jejku! – wyrwało mi się.
Mimo iż była Wampirzycą to wyglądała na bardzo kruchą. Miła białą skórę, kasztanowe grube loki, szkarłatno brązowe oczy i była z twarzy raczej słodka, ale nie jak mała dziewczynka. Mimo to była bardzo ładna. Jej siostra również była ładna. Miała urodę jak Śnieżka. Hebanowe włosy, biała skóra i czerwone usta, a całości dopełniały szafirowe mądre oczy. Ktoś mógłby ją pomylić z Boginią Cienia, ale ja wiem, że Vanessa ma ciemniejsze oczy i dłuższe włosy, więc potrafię je rozróżnić.
– Kiedy? – zapytałem, podchodząc do niej i patrząc na jej nabrzmiały brzuch.
– N-no… – zaczęła. Cała oblała się rumieńcem.
– W czerwcu – powiedziała Vanessa. – Za dwa miesiące ma termin.
Raven spuściła głowę mrucząc coś pod nosem. Jej zachowanie w ogóle nie oddawało jej natury. Nie była zimnym i bezdusznym potworem, jak inne Wampiry. Ona była radosna i otwarta, zawsze potrafiła słuchać i pomagała innym z uśmiechem, a nie jak ten jej chłopak. Dante, pan idealny z Baroku.
– A no tak, Wampiry są w ciąży sześć miesięcy – zauważyłem. – Masz ametyst, prawda?
Raven skinęła głową.
Przypomniało mi się jak się poznaliśmy. To było jakieś dwa lata temu. Miałem już skończone szesnaście lat i właśnie wybierałem się do Kwatery Głównej Oddziału Teleportującego, skąd miałem się teleportować na Ignis gdzie znajdowała się tajemnicza szkoła dla magicznie utalentowanych istot. Marco był ze mną. Oboje byliśmy podekscytowani i zachowywaliśmy się jeszcze wtedy jak gówniarze.
Raven była wtedy już tak piękna jak dziś, a miała wtedy siedemnaście lat i była jeszcze człowiekiem. Podobno zachorowała, dlatego zmieniono ją w Wampira. Taką decyzję podjął jej ojciec, Vanessa i Dante, mimo iż Raven nigdy nie chciała być nieśmiertelną. Wolała umrzeć, niż stać się potworem, dlatego bardzo się wściekła kiedy po przemianie się obudziła.
Cieszę się, że mnie tam nie było, a stało się to jakieś dwa tygodnie po tym jak odwiedziłem Kwaterę Główną, w której właśnie stacjonowała Raven, Vanessa i Łowcy. Podobno pół Starego Dworu zostało zniszczone.
Później wiem, że Raven zaatakowała zwykłego człowieka, bez żadnych zdolności magicznych. Dziewczyna mogła umrzeć, ale Raven dała jej swojej krwi, krwi potomkini pierwotnego, czyli bardzo silnej. Dziewczyna, która została zaatakowana zmarła, ale z powodu krwi pierwotnego obudziła się, ale już jako Wampir. Teraz chodzi już do trzeciej drugiej klasy w naszej szkole. Podobno jeden przyjaciel Vanessy i Raven został zaatakowany przez wilkołaka, którym była przyjaciółka tej dziewczyny, którą zaatakowała Raven.
Tego dnia, dwudziestego ósmego sierpnia w niedzielę ja i Marco teleportowaliśmy się do ostatniego ocalałego na Ziemi Dworu Mroku, pod którym rozciągało się wiele korytarzy podziemnej Kwatery Głównej. Ani ja ani Marco nie mieliśmy opiekunów, więc musieliśmy się tam dostać sami. Nasi rodzice już nie żyli i pozostaliśmy sami. Jednak na Ignis po ukończeniu szesnastego roku życia jest się już dorosłym i można decydować za siebie, więc nie potrzebowaliśmy już rodziców. Wiem, że to brzmi samolubnie i okrutnie, ale tak właśnie było.
– Denerwujesz się? – zapytał mnie wtedy Marco.
– Jak cholera – powiedziałam.
Obojgu nam wydawało się to wtedy głupie, ale złapaliśmy się za ręce i z pomocą pożyczonego nam przez Białą Boginie żółtego kryształu teleportowaliśmy się do Kwatery Głównej. Tego dnia było tam wielu ludzi. Niektórzy w naszym wieku, inni trochę starsi. Osobami, które były odpowiedzialne za teleportowanie na Ignis były między innymi Vanessa i Raven. Z nimi były też dwie dziewczyny, blond Sandra i ruda Justina, która była w naszym wieku i sama właśnie zaczynała naukę w ZiC, no i oczywiście kilku chłopaków. Starsi bracia Justiny, Dominic i Samuel, młodszy brat Sandry Simon, też w naszym wieku, bliźniaki Peter i Patrick i Wampir Levis.
Bliźniaki chodzili wokół nas z Levisem i kierowali nas w odpowiednie miejsca przed Starym Domem. Nie wpuszczali do środka wszystkich, bo Dworek był w większości zaniedbany i tylko jego front i podziemia były odrestaurowane.
– Ooo! – zawołał jeden bliźniak, podchodząc do nas, gdy tylko się pojawiliśmy między fontanną, a schodami prowadzącymi do dworku.
Powiedział do nas coś w języku, którego żaden z nas nie zrozumiał. Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni. Po chwili chłopak klepnął się w czoło.
– Przepraszam – powiedział po angielsku. – Ciągle zapominam, że nie każdy zna polski.
– Nie szkodzi – powiedział Marco. – My chcieliśmy na Ignis…
– Tak, wiem – powiedział. – Wszyscy tu chcą na Ignis – ręką zatoczył przed sobą koło. – Jesteście z jakiego rocznika? – zapytał, kiedy my patrzyliśmy ile tu jest osób.
Był tu taki tłum, że normalnie można było zrobić ogromy koncert.
– Dziewięćdziesiąty piąty – powiedziałem.
– Pierwszoklasiści! – zawołał uradowany. – Ale fajnie! Jesteście jak na razie pierwsi. Dziś niedziela, a pierwszaki przybywają zwykle w poniedziałek, ale…
– Pete! – zawołał ktoś.
To był Levis, oczywiście wtedy się nie znaliśmy.
– Odsuńcie się, bo jak ktoś się teleportuje to wam na głowy spadnie! – zawołał czarnowłosy.
– Aaa, sorki! – zawołał Peter. – Chodźcie, zaprowadzę was. Patrick pilnuj lądowiska!
Do miejsca z którego właśnie odchodziliśmy podbiegł jakiś chłopak, a zaraz potem pokazała się tam z nikąd jakaś parka. Jeden chłopak miał czerwone włosy, a drugi brązowe.
– Peter! – zawołała jakaś dziewczyna, zbiegająca po schodach. To była Raven. – Nessa mnie wyrzuciła z Kwatery, bo stwierdziła, że przeszkadzam. Mogę pomóc?
– Tak, zaprowadzisz ich do drugich klas? Bo pierwszych jeszcze nie ma.
Pokiwała energicznie głową i podeszła do nas.
– Rave! – zawołał drugi bliźniak. – Ich też, ty ich zrozumiesz.
– Jasne.
– Chińczycy – mruknął Marco.
Raven zmierzyła go niedowierzającym spojrzeniem.
– To są Koreańczycy – powiedziała. – Tylko jak ja mam ich zrozumieć, skoro ja po japońsku, a nie po koreańsku mówię – mruknęła z niezadowoleniem.
– Nie szkodzi, ja mówię po angielsku – powiedział ten wyższy, brązowowłosy Koreańczyk.
On i jego towarzysz byli szczerze powiedziawszy bardzo słodcy jak na facetów. To w ogóle byli faceci? Ten w czerwonych włosach był niższy ode mnie, ale w sumie nie wydawali się na starszych ode mnie i Marco.
– Joong! – zawołała Raven. – Nie poznałam cię na początku.
– Nie szkodzi.
– A to Kang – powiedziała. – Masz czerwone włosy? Od kiedy?
– Odkąd założyliśmy zespół – powiedział czerwono włosy, trochę kalecząc język angielski.
– Ooo, nauczyłeś się już lepiej angielskiego, to dobrze, przyda ci się na Ignis – powiedziała z uśmiechem. Ci faceci byli słodcy, ale ona jeszcze słodsza. – A co do zespołu to słyszałam już o tym i obiecuję, że będę was słuchać. Szkoda tylko, że to pop.
– Mnie się podoba – powiedział Joong.
– Może kiedyś z wami zaśpiewam, co? – zapytała.
– Jeśli tylko chcesz.
Uśmiechnęła się radośnie.
– To chodźmy panowie. Mam na imię Raven tak w ogóle – powiedziała już do nas. – A wy?
– Jestem Marco, a to mój kuzyn Oliver – przedstawił nas Marco. – Jesteśmy pierwszorocznymi.
Dopiero w tamtym momencie dokładniej przyjrzałem się Raven, ale zrobiłem błąd, bo aż zaniemówiłem. Byłem tak oniemiały jej idealną urodą, że aż przystanąłem, przez co Kang na mnie wpadł.
– Idzie? – zapytał, znów kalecząc angielski.
Skinąłem głową i ruszyłem.
– Kang jest z drugiego roku, a Joong z czwartego – mówiła Raven do Marco. – A właśnie Kang, ty nie masz młodszej siostry? – zapytała czerwonowłosego.
– Przyszywane to nie siostra – mruknął.
– Ja też mam młodszą przyszywaną siostrę, no w sumie to dwie, więc bardzo je kocham.
Miała na myśli Vanesse, młodszą od niej o ileś tam dni, czy miesięcy, oraz chyba roczną Isabelle, córkę jej ojca i matki Vanessy.
– Mi Ko powinna tu być z nami, ale się poryczała i…
– Wcale nie płakała – przerwał mu Kang. – Tylko wrzeszczała, bo zamknąłeś jej drzwi do Kwatery Pośredniej przed nosem.
– Wcale nie o to…
– Kang?
– A tak w ogóle to jakie macie talenty? – zapytała nas Raven. – Ja jestem hybrydą z połączenia człowieka z Wampirzymi komórkami i Wampira.
– Jesteśmy Magami – powiedział Marco.
– To tak jak Kang! – zawołała uradowana.
– Ale my jesteśmy Magami Żywiołu Ognia – dodał Marco. – Nie takimi zwykłymi.
– W sumie i tak używacie tej samej magii – zauważyła Raven.
Po kilku godzinach spędzonych w ogrodzie przed pięknym dworem w końcu wpuszczono nas do środka, skąd mieliśmy przejść do Kwatery Głównej. Tam poznaliśmy pozostałych Łowców takich jak bliźniacy.
– Wiesz już co to będzie? – zapytałem.
– Tak – powiedziała Raven głaszcząc nabrzmiały brzuch. – Bliźniaczki, dwie córeczki.
Uśmiechnąłem się.
– Gratuluję – powiedziałam jak najbardziej szczerze. – A kiedy ty i Dante baliście ślub? – zapytałem.
– M-my nie mamy ś-ślubu – powiedziała.
Spojrzałem na nią zaskoczony. Wampiry zawsze najpierw się pobierają, a później zakładają rodzinę, no ale cóż się dziwić Raven. Ona nie jest zwyczajnym Wampirem.
– Wpadka – podsumowała Vanessa z głupkowatym uśmiechem.
– Vanessa! – skarciły ją Alba i Raven.
– Wy sobie pogadajcie o czym tak zwykle rozmawiacie – powiedziałem. – A ja już sobie pójdę przygotować Katherine do podróży. Do zobaczenia!
Wyszedłem z pokoju.
Tak dawno nie widziałem Raven, a tu taka niespodzianka. Jest przy nadziei i to na dodatek, spodziewa się bliźniąt. Ciekawe, czy kiedyś ja i Katherine będziemy…
O czym ty myślisz Oliver!? Ona ma dopiero szesnaście lat i jeszcze nigdy tego nie robiła, a ty już o dzieciach myślisz. Najpierw się chłopie zastanów, czy dasz radę wychowywać dziecko.
Gdy tak szedłem korytarzem, wpadłem przez przypadek na kogoś.
– Pźiep-raśiam – powiedziała jakaś niska dziewczyna.
Na szczęście nie upadła, bo złapałem ją za ramiona. Była bardzo niziutka i wyglądała dosłownie jak dziecko.
– Nie przepraszaj – powiedziałem. – To moja wina.
– Shin Hye! – zawołał ktoś naprzeciw mnie.
U wylotu korytarza do dormitoriów dziewcząt stał chłopak o czerwonych włosach.
– Kang? – powiedziałem równocześnie z dziewczyną.
– Możesz ją już puścić, Oliver – powiedział Kang.
Tak zrobiłem, a dziewczyna uciekła do niego i wtuliła się w jego bok.
– Nie wpadaj na moją podopieczną, dobra? – zapytał jakby rozkazując mi.
– Niech ta słodycz nie wpada na mnie – powiedziałem wyzywająco.
Po chwili zaczęliśmy się śmiać i podaliśmy sobie ręce.
– Witaj.
– Witam, witam – powiedziałem. – To twoja dziewczyna? – zapytałem mrugając do dziewczynki.
Kang był ode mnie o rok starszy, ale z powodu jego Koreańskich genów jest ode mnie sporo niższy.
– Może, a co? Ty nadal nie masz?
– Właśnie sprowadzam ją do szkoły – powiedziałem z uśmiechem. – Muszę lecieć, zanim w LA zajdzie słońce.
Mrugnąłem do słodkiej dziewczyny i ominąwszy tę dwójkę ruszyłem korytarzem do szkolnego portalu, żeby wrócić na Ziemię.

czwartek, 13 marca 2014

You are Jay Harris?



Coś się uczepiłam tego trzynastego dnia w miesiącu :/
Zapraszam na przeeeraźliwie nudną notkę :D - oczywiście jest to moja
opinia, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Czemu ja zrażam ludzi do czytania tego? - pomyślała uderzając
głową w stół, uprzednio odsunąwszy laptopa, żeby nie ucierpiał :P


– Twoja moc przewyższa wszystkie uczucia… – Marco nagle urwał.
– Poza przyjemną – powiedział Oliver, lekko się rumieniąc, ale jego mina pozostawała nadal surowa.
– No właśnie – zaczął Marco, uderzając pięścią w otwartą dłoń – co do uczuć, to już przeżyłeś coś co wywołałoby twoją przemianę? – zapytał Marco Olivera.
– Nadal tylko Beth, Ben, Zoe i Zack dokonali przemiany – stwierdził Oliver, wyliczając Strażników Żywiołów na palcach. – No i ty – dodał, niezbyt zadowolony. – Gdybyś mi powiedział to już bym dokonał przemiany.
– Dyrcia zabrania – powiedział Marco wzruszywszy ramionami. – Sorry Memory. Nie mogę.
– Wszyscy to mówicie. Nie mogę, bo Dyrektorka zabrania.
Prychnął.
– Dyrektorka? I co to jest to ZiC?
– Dowiesz się w swoim czasie – powiedzieli równocześnie, chłopcy.
Teraz to ja prychnęłam. Tiffa założyła ręce na piersi, bo też pewnie chciała wiedzieć. No, ale skoro Dyrektorka, to raczej szkoła, bo gdyby to była praca to raczej szefowa, mistrzyni lub mentorka.
– Coś… – zaczęłam. – Coś jest nie tak. Gdzie jest Max?
– Coś nie tak? – zdziwiła się Tiffany.
– Czuję to samo co w nocy, kiedy poczułam, że musze się zobaczyć z rodzicami. Teraz czuję takie coś, ale jeśli chodzi o Maxa – wytłumaczyłam. – Gdzie on jest?
W chwili, gdy zadałam to pytanie w mojej głowie pokazała się dokładna trasa, gdzie znajdę Maxa. No może coś w tym rodzaju. Ach, po prostu wiedziałam już gdzie go znajdę, więc ruszyłam biegiem na górę.
Gdy dopadłam drzwi, za którymi, według mojej intuicji Max się znajdował, ten właśnie skoczył z łóżka, ale nie dosięgnął podłogi. Zobaczyłam wokół jego szyi czarny kabel.
– Cholera, on chce się powiesić! – wrzasnęłam i podbiegłam do niego, po czym złapałam go za nogi, oplatając je w udach ramionami i podniosłam jego bezwładne ciał odo góry.
Tamci pomogli mi go zdjąć.
Sprawdziłam oddech. Całkiem zanikł, a puls był bardzo słaby, więc wykonałam kilka wdechów, jakie stosuje się w RKO przy wisielcach, topielcach i innych tego typu popaprańcach.
Trzydzieści ucisków, dwa wdechy, trzydzieści ucisków, dwa wdechy, trzydzieści uścisków i dwa wdechy. Na szczęście serce złapało dobry rytm, a oddech powrócił.
– Max – powiedziałam, biorąc brata w ramiona. – Max!
Nagle poruszył się i zaczerpnął głęboki oddech. Można powiedzieć, że zachłysnął się powietrzem. Złapał moje ramie, jakby bał się, że upadnie, gdy go wypuszczę z objęć.
– Max! Max, wszystko dobrze. Już wszystko dobrze. – Mówiłam bardziej do siebie niż do niego. Jestem z tobą, słyszysz?
– Katherine – powiedział cicho i słabo.
– Szczęście, że to wyczułaś, bo nie wiem co by z tego było kilka sekund później – powiedział Marco, zdejmując kabel z baldachimu łóżka.
– Wszystko będzie dobrze, braciszku. Poradzimy sobie.


Od moich szesnastych urodzin, śmierci mamy i niedoszłego samobójstwa Maxa minął tydzień. Zabraliśmy nasze rzeczy ze starego domu i przewieźliśmy je do domu Marco i Olivera.
Nie dziwne jest to, że dwuch osiemnastolatków utrzymuje taką wielką chatę w Mallibu? I to bez żadnej służby, ani niczego. Oni muszą mieć jakieś magiczne sztuczki, bo po imprezie jak nas nie było Marco pewnie tak sprzątał.
Rob tymczasowo mieszkał u babci Violet, dopóki nie znajdzie dla nas czegoś, żebyśmy znów mogli razem zamieszkać. Hmm, razem tak? Mamy już przecież nie ma.
Z nowym miesiącem zaczęły się poszukiwania mojego biologicznego ojca, Jaya Harrisa. Tiff, Oliver i Marco pomagali mi w tym, ale nie szło to zbyt szybko. Pomyślałam, że mogliby poszukać w jakichś magicznych bazach danych, bo po kimś musiałam odziedziczyć moc Strażnika, ale okazało się, że naszą moc dziedziczymy po matkach, więc to byłoby na nic.
Mogłam zapytać o to Roba, ale on nie wiedział, że ja wiem, iż nie jest moim biologicznym ojcem. Nie chciałam mu przysparzać żadnych dodatkowych zmartwień, ponieważ miał ich już dość przy organizowaniu pogrzebu.
– Proszę, załóż to, dobrze? – powiedział ojciec w dzień pogrzebu mamy, cztery dni temu, wręczając mi wieszak z workiem na ubranie.
– Co to takiego? – zapytałam, odpinając zamek worka.
– Sukienka na pogrzeb. Jest czarna, ale tak szyta, aby nie było ci zbyt gorąco.
Była to przylegająca do ciała, czarna sukienka z długimi rękawami z wiązaną pod biustem kokardką z czarnej wstążki. Materiał był mi nieznany, ale nie był też cienki, więc zastanawiało mnie czy na pewno nie będzie mi w tym gorąco.
– Dziękuję.
Do sukienki ubrałam niewielki kapelusz z czarną woalką, a włosy związałam w kok. Co prawda założyłam czarne szpilki, ale nie zrobiłam sobie żadnego makijażu. Mama zawsze powtarzała, że ładnie mi bez makijażu. Ale chodziło jej tu raczej o ‘ładniej ci bez tak mocnego makijażu’.
Na pogrzeb przyszli wszyscy znajomi. Była Tiffany z Dianą i Rodzicami, Oliver i Marco, ludzie ze szkoły, a nawet Poopy i kilku młodych ludzi, których widziałam pierwszy raz na oczy.
– Moje kondolencje – powiedział młody mężczyzna z tamtej nieznajomej świty, kiedy ja i Oliver objęci odchodziliśmy od miejsca, gdzie pochowano mamę.
Był to czarnoskóry facet o długich czarnych dredach i małej pomarańczowej bródce. Był ubrany w garnitur, a towarzyszyła mu także czarnoskóra dziewczyna, z tym że jej odcień skóry był jakby z mlekiem. Miała długie falowane włosy, które wyglądały trochę jak afro, ale o dziwo podobała mi się jej fryzura.
– Jednak przyszliście – stwierdził Oliver, kiedy mężczyzna uścisnął mi dłoń, a dziewczyna położyła swoją dłoń na moim ramieniu. – Katherine to są Zack i Zoe. Jedna para ze Strażników. Oni akurat od Ziemi.
– Och – wyrwało mi się.
– A gdzie…? – zaczął Oliver, ale za Zackiem pokazali się już pozostali, których jeszcze nie znałam. – A to są pozostali Strażnicy, Kat.
– Dużo ich – stwierdziłam nerwowo, wtulając się w Olivera, jakbym się ich bała.
– To są Bob i Bethany, od błyskawic. – Dziewczyna o długich jasnobrązowych włosach i chłopak o krótkich włosach tylko o odcień jaśniejszych od Olivera. Oboje mieli piwne oczy. – Will i Veronica. Woda. – Dziewczyna miała blond włosy tak długie jak ja, ale były dużo jaśniejszy od mojego naturalnego. Chłopak o włosach trochę dłuższych od Olivera. Były jednak tak samo potargane jak Sunwooda. Najdziwniejsze było w nich to, że były… taa niebieskie. Soczyście niebieskie, odrobinę ciemniejsze od nieba w słoneczny dzień. Oboje mieli azjatyckie rysy. Japonia, Chiny, Korea i te sprawy.
Wszyscy podawali mi ręce, lub mnie przytulali, żeby się przywitać. Moim zdaniem było to dość dziwne, ponieważ dopiero co się poznaliśmy, no ale niech im tam będzie.
– No i oczywiście Paul i Poopy, którą już można powiedzieć, że znasz. – Chłopak miał tak samo blond włosy jak Poopy, ale jego oczy nie były szare, a czekoladowe, co nadawało jego rysom ciekawego wyglądu.
– Teraz w końcu mogłyśmy się naprawdę poznać, Ollie – powiedziała Poopy i podeszła do mnie, po czym objęła mnie. – Skrzywdź go, a rozerwę twoje ciało na strzępy huraganem tak wielkim jakiego nigdy w życiu nie widziałaś – szepnęła mi do ucha.
– Nie wiem, czy wiesz, ale powietrze wspomaga ogień – odszepnęłam, przytrzymując ją dłużej. – Żeby to się nie obróciło przeciw tobie.
– Ale ty jesteś zabawna, Katherine – powiedziała już na głos, odsuwając się ode mnie, po czym klepnęła mnie w ramię.
– Widzę, że się dziewczyny polubiły – powiedział Zack, lekko zdenerwowany.
– Kolejna Strażniczka z mocą większą od ciebie i już się boisz, Zackuś-chan? – zapytała Veronica podchodząc do czarnoskórego mężczyzny.
Zdecydowanie był z nich najstarszy.
– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie tak nie nazywała, Chichi (czyt. Cziczi) – odgryzł się jej.
– Chichi? – zdziwiłam się.
– Veronica pochodzi z Japonii, a Chichi było jej imieniem, zanim została Strażniczką.
– Nadal jest, bo moi rodzice nie pozwolili mi go zmienić – prychnęła, przestając okładać Zacka pięściami. – Nee,  Kim Ha Rim?
– Ja twojego prawdziwego imienia nie używam, Ronnie – powiedział Will.
– Will z kolei jest z Korei. Jego imię to Harim – powiedział Oliver.
Zgaduję, że Kim to nazwisko.
– Aha – tylko tyle zdołałam wydusić.
W naszym kierunku zmierzali Tiffa i Marco, a za nimi ze spuszczoną głową sunął Max.
– A właśnie, trochę bez taktu, ale przyjmij nasze kondolencje z powodu śmierci mamy – powiedział Paul.
Uśmiechnęłam się lekko.
– Wybaczcie mi to co powiem, ale ja w zasadzie nic teraz nie czuję…
– Nie martw się – powiedział ze smutkiem Bob. – Każdy z nas to przechodził.
– Nie każdy – zaprzeczyła Veronica. – W niepublicznym miejscu ci to opowiem – powiedziała celując we mnie palcem i mrugnęła.
– Hej – zawołała Tiffa, podchodząc do nas. – Wszędzie was szukamy, gdzie zwialiście? Wiem, że nie powinnam żartować w takiej chwili, ale poszliście na miłosny mroczny spacerek po cmentarzu, co?
– Nie wiem jak ty to robisz, ale… skąd wiedziałaś? – zapytałam.
– Skarbie, jestem bogiem – powiedziała udając ważniaka, po czym objęła mnie ramieniem. – Ja wiem wszystko.
– Nie przechwalaj się tak, do boga ci jeszcze daleko, Tiffany – powiedziała Bethany.
– Cii, Beth. Psujesz tak piękną chwilę.
– T-to wy się znacie!? – wrzasnęłam.
– No – przyznała Tiffa. – Już jakieś pięć miesięcy.
– Co? Wy byliście tu wtedy z Poopy, jak my z Oliverem na plaży się poz… przechadzaliśmy? – O mało się nie wygadałam, że nie chodziłam z Oliverem w dzień, w którym pokazaliśmy Poopy nasz pocałunek, żeby myślała iż jesteśmy parą, którą, właśnie wtedy zostaliśmy.
– Byli. Wybacz mi, Kaciu, ale te nasze dwa barany mi zabroniły o nich mówić.
– Spoko, ale tego Kaciu nie zniosę – prychnęłam. – Błagaj pana na kolanach o przebaczenie! – zawołałam władczym tonem.
– No dobrze, już dobrze, Kat.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, ale tę sytuację przerwał nam, ostatnio ciągle przygnębiony, Max. Dobrze, że już nikogo tu nie było, bo źle by było gdyby rozniosło się, że śmiałam się na pogrzebie własnej matki.
– Możemy już wracać, Oliver? – zapytał młody.
Młody, taa? Jest teraz tylko trochę niższy od Olivera, a przecież wciąż rośnie. Nie dziwię mu się, bo  w końcu jego ojcem jest  Rob, a ten też jest bardzo wysoki.
– Ach, tak. Emm. Ludzie to jest Max, młodszy brat Katherine. Max to są…
– Chcę już wrócić do domu – powiedział wkładając ręce do kieszeni spodni od garnituru i zaczął odchodzić w stronę wyjścia z cmentarza.
– Biedny chłopak – powiedziała Zoe. – Pewnie to przeżywa.
A o mnie to się tak nie martwili. Co prawda nie odczuwam teraz smutku, ale w końcu to była też moja mama.
– Zareagował lepiej ode mnie – powiedziałam i objęłam ramię Olivera. – Nawet nie płakał.
– Prawda, ale już chodźmy.
– Wiesz dlaczego się do mnie nie odzywa? – zapytałam, kiedy ruszyliśmy wszyscy za Maxem.
– Nie powiedział, żebym nikomu nie mówił, więc chyba będzie w porządku jeśli ci powiem – stwierdził Oliver.
Spojrzałam na niego spod woalki.
Przez dłuższą chwilę milczał. Zapewne zastanawiał się w jakie słowa ubrać swoją wypowiedź. Haha! Ale to zdanie dziwnie zabrzmiało. Jak z baroku jakiegoś.
– Obraził się, bo zabrałaś mu jego pierwszy pocałunek – powiedział w końcu.
– Całowałaś się ze swoim bratem!? – wrzasnęła Veronica.
Oblałam się rumieńcem, kiedy to powiedziała. Rozejrzałam się dookoła, żeby sprawdzić, czy nikt nie słyszał, ale byliśmy sami, a Max był zbyt daleko.
– Dzieci opatrznie odbierają wykonanie sztucznego oddychania.
– A co się stało? – zapytała. – Nie mogłaś poćwiczyć na Oliverze?
– Ronnie! – skarcił ją Will.
– Nic nie szkodzi – powiedziałam. – Powiem ci dlaczego, Veronica. Max jest niedoszłym  samobójcą. – Spojrzałam przed siebie na Maxa, który opierał się o samochód z rękoma wciąż w kieszeniach. – Próbował się powiesić, kiedy dowiedział się o śmierci mamy.
– Oho – wydusiła.
– Katherine, mówiłaś, że jak wyglądał Jay? – zapytał Marco przyspieszając, żeby do nas podejść. – Miał blond włosy, tak?
– No tak.
– To spójrz tam.
Wskazał mi samochód, kilka metrów od tego, którym tu przyjechaliśmy.
– To może być on! – zawołałam i nagle ruszyłam biegiem.
Oliver nie zdążył zareagować i mnie zatrzymać, a ja w biegu zdjęłam szpilki z nóg i ruszyłam w stronę mężczyzny.
Właśnie otwierał bagażnik swojego czarnego mercedesa, kiedy ja znalazłam się przed maską. Założyłam szpilki i powoli obeszłam samochód, od strony kierowcy. Mężczyzna zobaczył mnie dopiero, gdy zatrzasnął bagażnik.
– Przepraszam, pan nazywa się Jay Harris? – zapytałam, kiedy patrzył na mnie zaskoczony.
– Tak, o co chodzi? – zapytał.
To on. To mój ojciec! – wrzasnęłam uradowana w duchu.
Nie powiem, jak na trzydziesto paro latka to przystojny jest. I ma taki samo odcień blondu jak ja. Te rysy i nos. Tak jakbym widziała starszą, męską wersję siebie. Nie ma wątpliwości, on jest moim ojcem.
– Słyszy mnie pani?
– Ach, przepraszam. Zamyśliłam się. Wie pan, pogrzeb mamy i to wszystko – machnęłam ręką w stronę cmentarza. – Chciałam zapytać…
No właśnie. O co chciałam zapytać.
– Katherine? – zapytał.
– Słucham?
– Ty jesteś Katherine, prawda?
– Tak.
– Wiesz już o mnie? O tym wszystkim. Skąd?
– A więc pan…
– Mów mi Jay, w końcu i tak się nie znamy, ale nie chcę, żebyś mówiła do mnie per pan. Hmm – zamyślił się na moment. – Ty mnie nie znasz. Odpowiesz mi? – dodał po chwili.
Dużo mówi. Ja też tak mam. Raczej częściej niż rzadziej.
– Pewien znajomy widział cię z moimi… z mamą i Robem. Sprawdziłam mój akt urodzenia i zobaczyłam twoje nazwisko. A więc, jesteś moim biologicznym ojcem, Jay?
– Tak. Myślę, że nie ma sensu już dłużej tego przed tobą ukrywać, ale nie rozmawiajmy tutaj. Proszę. – Wręczył mi wizytówkę, którą wyciągnął z kieszeni. Kiedy będziesz gotowa się ze mną spotkać,  śmiało zadzwoń. Ale powiedz o tym Robertowi.
– Dobrze.
– Pozwolisz, że już odjadę?
– Tak, ale…
– Słucham?
– Chciałabym wiedzieć, kto nadał mi imię? – zapytałam o to tylko by jeszcze przez chwilę go zatrzymać.
– Imię? – zdziwił się.
Zaskoczyło go moje pytanie? Może myślał, że zapytam o coś innego.
– Ach. To był mój pomysł. Moja matka miała na imię Katherine. Urodziłaś się w dzień jej śmierci.
– Rozumiem – powiedziałam i westchnęłam. – Dziękuję za imię i odpowiedź. Bardzo mi się ono podoba.
– Kondolencję z powodu mamy.
– Dziękuję.
Wszedł do samochodu, a kiedy odeszłam na chodnik odjechał.
– To był on? – zapytała Tiffa, gdy podeszłam do nich do samochodu z przyciśniętą do piersi wizytówką.
Pokazałam jej wizytówkę, kiwając głową. Kiedy już wszyscy ją zobaczyli powiedziałam:
– Chcę się z nim spotkać. On jest moim biologicznym ojcem, więc chcę wiedzieć o nim wszystko, żeby poznać drugą połowę siebie. – Zamilkłam. – Jest taki podobny do mnie. Nie. Ja jestem podobna do niego. Bardziej niż do mamy. Po niej mam tylko oczy.
– No już dobrze, nie rozmyślaj tak o nim, Flame – powiedział Oliver śmiejąc się. – Zastanowimy się nad tym i ustalimy wszystko, ale teraz czas wracać do domu i odpocząć.
– Masz rację – przyznałam.
W samochodzie usiedliśmy, chłopcy z przodu, a ja, Tiff i Max z tyłu.
– Tiffany? – zaczął Max, kiedy ja już wsiadłam do auta.
– Hmm?
– Usiądziesz w środku? – zapytał.
– Czemu?
– Nie lubię siedzieć w środku. – Kłamca!
– No dobra.
Na cmentarz Max przyjechał z Robbym, więc nie mieliśmy problemu, ale teraz… To już szczyt wszystkiego, żeby z powodu uratowania mu życia, nie chciał ze mną rozmawiać, ani mieć żadnego kontaktu, nawet cielesnego. Ale do babci Violet to się nie przeprowadzi. W willi mu wygodnie. Mały cholerny książę.


~*~*~*~*~*~

Podobało się? Nie? Mnie też nie xD

czwartek, 13 lutego 2014

Goddess Alba

Trzy noce zajęło mi przygotowanie tej notki i zakończenie 6 rozdziału LMF ;)
Rozdział nie jest kolorowy i następne tez nie będą, więc mam nadzieję, że przetrzymacie te chwile smutku z Katherine.
Zapraszam na nową notkę.
 
 
 
Previously on LMF:
 
Kiedy dotarliśmy do domu babci, który mieścił się sześć kilometrów od domu Marco i jedenaście od naszego, samochód Robbego już tam stał. Na jego masce i szybie było widać rysy po wyrzuconych przez wybuch odłamkach.
Babcia i on siedzieli w jej niewielkim saloniku z niskimi różowymi fotelami o wysokich oparciach ozdobionych białymi serwetami, które sama zrobiła na szydełku. Ona miała łzy w oczach, a Robby przybrał maskę względnego spokoju, który mógł zakłócić mój chodź jeden zły ruch.
– Co się stało? zapytała na wejściu Max, podszedł do babci i przytulił ją, klękając obok fotela.
Ojciec nie patrzył na mnie, ale wzrok Violet był skierowany na mnie i mówił ‘Wynoś się z mojego domu potworze!’. Odwróciłam wzrok. Na szczęście Oliver był za mną i złapał mnie za rękę.
– Gdzie jest mama? – zapytała młody.
– Tato… – zaczęłam.


~*~*~
 
– Wiem, że to będzie dla ciebie szokiem Max, ale jesteś już wystarczająco duży, aby zrozumieć powiedział Robby, patrząc w pełną gorącego parującego płynu filiżankę, którą trzymał w rękach. Chodzi o to, że… Odetchnął głęboko. W nocy w domu wybuchł pożar i w piwnicy prawdopodobnie wybuchła butla z gazem. Ja właśnie wyszedłem z domu, aby przepakować samochód bliżej domu, kiedy zauważyłem wybuch.
– Czy mama… – zaczął młody, ale głos uwiązł mu w gardle.
Robby pokręcił głową.
Max patrzył na niego szeroko otwartymi oczami i mogło się wydawać, że zaraz zacznie płakać, ale tak się nie stało. Po prostu wstał i zacisnął pięści.
– A dom? – zapytał. Jego głos był przepełniony furią. Zostało z niego coś?
– Na szczęście tył domu nie ucierpiał powiedział Robby. Wasze rzeczy nadaj tam są, ale myślę, że jeszcze dziś, będziecie mogli je spakować.
– Kat, jeśli ty chcesz zwrócił się do mnie Max. Tato, czy możemy zatrzymać się u Marco i Olivera, jeśli się zgodzą? Wybacz babciu, ale nie chcę być tutaj.
Babcia skinęła głową i wytarła oczy chusteczką.
– Tutaj, wiele rzeczy ją przypomina powiedziała i uśmiechnęła się do nas.
– Tato? – zapytał Max.
– Jeśli Oliverowi to nie przeszkadza?
– Zaopiekuję się nimi, Rob powiedział. Obiecuję.
– A więc idźcie. Zadzwonię do was, jeśli się czegoś dowiem.
– Gdzie wyście byli tyle czasu, co!? wrzasnęła Tiffa zbiegając ze schodów zawalonych kubkami po piwie, kiedy zobaczyła nas wysiadających z samochodu przed garażem. W domu istny chaos, a my tylko we dwoje musieliśmy to opanować! Ty mała ruda mendo jak mogłaś? Zabiję cię za to, że musiałam z Marco sprzątać cały ten syf! Zemszczę się za to! Jak w ogóle mogliście…
– Tiffany, nie teraz – powiedział Oliver obejmując mnie ramieniem i prowadząc do domu. Max szedł przed nami z pochyloną głową i opuszczonymi ramionami. Dłonie miał w kieszeniach spodni, ale po napiętym materiale było widać, że są zaciśnięte w pięści.
– Matko boska, co się wam stało!? wrzasnęła Tiffany, kiedy wszyscy weszliśmy do domu Marco. Dlaczego jesteście tak przybici?
Max szybko się ulotnił. Był typem ‘cierpię w samotności’.
– Wiesz o tym ogniu wszystko, a na to nie wpadniesz? – zapytałam szeptem.
– Katherine – powiedziała smutno i przytuliła mnie strącając przy tym ramię Olivera z moich barków. – To nie może być prawda. Nie! To nie mogło się tak skończyć.
O dziwo to ona płakała, a nie ja, ale jej łzy podniosły mnie na duchu. Wiedziałam, że jeśli Tiffa naprawdę jest strażniczką ognia tak jak my to ją też czeka śmierć rodziców.
– Nie będę płakać, bo to nie ma sensu powiedziałam wyswabadzając się z uścisku Tiff. Właściwie to nawet nie czuję smutku, ani żalu. Lie Life mają rację, nie jestem nawet w nieznacznym stopniu człowiekiem, a zwykłym potworem żądnym krwi.
– Katherine! – wrzasnęli razem Oliver i Tiffany.
– Nie zaprzeczajcie – powiedziałam stanowczo. ODEBRAŁAM ŻYCIE JUŻ ZBYT WIELU OSOBOM! wrzasnęłam. Najgorsze jest to, że sprawia mi to przyjemność szepnęłam, kładąc zaciśniętą w pięść dłoń na sercu. I mam ochotę nadal zabijać.
– Ona jest tą prawdziwą Główną Strażniczką Ognia, tą złą na dodatek powiedział Marco, biorą się niewiadomo skąd. Miałem takie same objawy przez większość życia, aż do przemiany. To dziwne, że nadal chcesz to robić, bo z chwilą uzyskania szesnastu lat powinnaś pozbyć się tej chęci.
Odjęłam dłoń od serca i patrzyłam na blondyna zszokowana.
– Marco – powiedziała zaskoczona Tiffany. Ty… Wy naprawdę kogoś zabiliście stwierdziła.
– A myślałaś, że to co ci powiedziałam o Lie Life i o tym jak tam działałam to było kłamstwo? zapytałam, otrząsając się. Zwróciłam swój wzrok na nią. Tak, zabiłam kilkoro ludzi, w tym własną matkę. To wszystko prawda i jeśli, któreś z was się wygada to mogę pójść siedzieć, bo mam już te cholerne szesnaści lat!
Zamachnęłam się ręką, a z koniuszków moich palców na lakierowaną, drewnianą podłogę spadły płomyki ognia, które szybko urosły i zaczęły płonąć wokół mnie, wypalając w podłodze coś na wzór sierpa.
– Potwór – szepnęłam patrząc na swoją rękę. Ja naprawdę nim jestem.
– Twoja moc jest zbyt wielka – powiedział Oliver podchodzą do mnie powoli. Poproszę o natychmiastowe przyjęcie cię do ZiC.
Gdy położył dłoń na moim ramieniu szybko ją strąciłam i odsunęłam się od tamtej trójki.
– Proszę, nie dotykaj mnie powiedziałam spanikowana. Ja… ja nie panuję nad tym. Boję się, że was skrzywdzę.
– Marco, Oliver! – wrzasnęła Tiffa i wskazała na płomienie, które próbował wchłonąć Marco. Spójrzcie na kolor ognia.
Płomienie z czerwonych zaczynały robić się czarne.
– No to możemy ci nadać rangę, moja droga Kat powiedział Marco, zaprzestając wchłaniania ognia, który teraz był już całkowicie czarny. Angry Black Fire.
– Więc ja będę Blue Flame stwierdziła Tiffany i zaśmiała się nerwowo.
– No i wszystko wyszło na opak powiedział Marco, wzruszając ramionami i wznosząc ręce. Chyba musimy się zamienić dziewczynami, kuzynie.
– Co masz na myśli? zapytał poirytowany Oliver.
– No cóż. Ja jestem zły, ty dobry. Twoja dziewczyna zła, a moja dobra. Nie sądzisz, że jest na opak? Ogółem to Tiffa jest teraz bardziej groźna nić Kat, więc czemu to Kat jest Black Fire? Weź ty to zgaś, tak w ogóle, bo mi dom spalisz.
– Nie będziemy się niczym zamieniać. I doskonale wiesz, że ona nie jest w stanie tego zrobić.
– Czuję się, cholera, jakbyście zapomnieli, że tu jestem powiedziałam i machnęłam ręką, a płomień powoli zmalał, a po chwili zgasł zostawiając na drewnianej podłodze duży lekko zwęglony ślad.
– Też tak mam westchnęła Tiff. I nie będziesz się mną zamieniał, głupku. Ja cię kocham, a ty żarty sobie stroisz. Nie rób tak więcej, bo cię zostawię.
– Sama powiedziałaś, że to był żart. Marco wzruszył ramionami i opadł na kanapę, której jeszcze wczoraj nie było w salonie.
– Wiesz, że mogę mieć każdego powiedziała zakładając ręce na piersi.
– A ja każdą, nie Kat?
– Za przeproszeniem, ale ja tu kryzys przechodzę, a wy się kłócicie i sobie grozicie.
Już się uspokoiłam, więc myślę, że moja moc się nie uwolni. Opadłam na kanapę, przez jej oparcie, tak że nogi miałam na nim, a głowę na krawędzi siedzenia. Oliver usiadł obok mnie, a Tiffany położyła głowę na kolanach Marco i położyła się. Kanapa była ogromna, więc wszyscy się z łatwością zmieściliśmy.
– Przez pierwsze miesiące po przemianie, cierpienie będziesz miała tak jakby wyłączone, więc nie kłam, co? skarcił mnie Marco.
– Jak to wyłączone?
– Twoja moc przewyższa wszystkie uczucia…
– Poza przyjemną dodał Oliver, kiedy Maco urwał zdanie.
– No właśnie. A co do uczuć, to już przeżyłeś coś co wywołałoby twoją przemianę? zwrócił się Marco do Olivera.
– Nadal tylko Beth, Ben, Zoe i Zack dokonali przemiany – powiedział Oliver. No i ty – dodał zazdroszcząc. Gdybyś mi powiedział to już bym dokonał przemiany.
– Dyrcia zabrania. – Marco wzruszył ramionami. Sorry Memory. Nie mogę.
– Wszyscy to mówicie.
 
~*~
Gdy wysiedliśmy z samochody, szybko ruszyłem do domu, wymijając mającą o coś pretensje Tiffany. Machała miotłą wydzierając się, ale nie obchodziło mnie teraz to co mówi. Już nic mnie nie obchodziło. Nie po śmierci mamy.
Oni zostali w salonie, a ja schowałem się w cieniu niedaleko salonu. Nie miałem siły, żeby wejść na górę, ale oni myśleli, chyba że odeszłam daleko, bo ich rozmowa zbiegła na temat, którego nie powinienem wysłuchiwać, ale jak to się mówi: Zakazany owoc smakuje najlepiej.
Ciekawość wzięła górę i zacząłem słuchać.
– Nie będę płakać, bo to nie ma sensu. Usłyszałem głos Katherine. Właściwie to nawet nie czuję smutku, ani żalu. Lie Life mają rację, nie jestem nawet w nieznacznym stopniu człowiekiem, a zwykłym potworem żądnym krwi.
– Katherine! – teraz odezwali się równocześnie Tiffa i Oliver.
– Nie zaprzeczajcie – powiedziała Kat. Jej głos brzmiał jak taty, kiedy któreś z nas coś przeskrobało. ODEBRAŁAM ŻYCIE JUŻ ZBYT WIELU OSOBOM! wrzasnęła. Po chwili dodała coś jeszcze, ale zbyt cicho, żebym usłyszał konkretne słowa.
– Ona jest tą prawdziwą Główną Strażniczką Ognia, tą złą na dodatek powiedział Marco, który przed chwilą przechodził obok mojej kryjówki. Dobrze, że mnie nie zauważył, bo mogłoby się to źle dla mnie skończyć. Miałem takie same objawy przez większość życia, aż do przemiany. To dziwne, że nadal chcesz to robić, bo z chwilą uzyskania szesnastu lat powinnaś pozbyć się tej chęci.
O czym on gada? O pozbyciu się chęci? Jakich znowu, kurde, chęci?
– Marco – odezwała się Tiffany. Ty… Wy naprawdę kogoś zabiliście.
No tak. Katherine zabiła, ale byłem zbyt mały, aby to zrozumieć. Jak dobrze, że mam tak dobry słuch i słyszałem jak rozmawiała o tym z Tiffany, kilka lat temu.
– A myślałaś, że to co ci powiedziałam o Lie Life i o tym jak tam działałam to było kłamstwo? zapytała Kat, po dłuższej ciszy. Tak, zabiłam kilkoro ludzi, w tym własną matkę.
C-co ona powiedziała!? Wiedziałem, że… Ale jak ona mogła zabić mamę? Przecież ten wybuch i… w ogóle? Mogła go spowodować. To w sumie nie takie trudne, ale… była z nami całą noc. Chyba.
Usłyszałem ciche buczenie ognia. Może rozpalili w kominku? Ale przecież na zewnątrz, jest około dziewięćdziesiąt stopni ciepła Farenheita.
– Potwór – wyłapałem ciche słowa siostry. Ja naprawdę nim jestem.
– Twoja moc jest zbyt wielka – powiedział Oliver. Poproszę o natychmiastowe przyjęcie cię do ZiC.
A to co znowu? Jakiś ośrodek dla psychopatów? Bo jak tak to ona się tam nadaje.
– Proszę, nie dotykaj mnie powiedziała Kat. Jej głos był przepełniony paniką. Ja ja nie panuję nad tym. Boję się, że was skrzywdzę.
– Marco, Oliver! – wrzasnęła Tiffa. Spójrzcie na kolor ognia.
Wtedy ostrożnie wyszedłem z ukrycia i stanąłem przy ścianie, Akaby mnie nie widzieli, a ja mógłbym ich doskonale obserwować. Na środku salonu, za oparciem kanapy buzował ogień, który z czerwonego zrobił się czarny. Zakryłem usta, aby nie wrzasnąć ze zdumienia.
– No to możemy ci nadać rangę, moja droga Kat powiedział Marco, odsuwając się od rozrastającego się na podłodze ognia. Angry Black Fire.
– Więc ja będę Blue Flame powiedziała Tiffany.
O co w tym wszystkim chodzi!? Gadają o jakich rangach. Salon się pali, a oni gapią się na ten ogień i nawet nie próbują go ugasić, a Marco nawet prawie wlazł w ten dziwny czarny ogień i nawet się nie poparzył, a trzymał w nim dłonie.
– Czuję się, cholera, jakbyście zapomnieli, że tu jestem powiedziała Katherine, wyrywając mnie przy tym z zamyślenia. Machnęła ręką, a czarny ogień zaczął się kurczyć się, przygasać. Gdy zniknął całkowicie, na podłodze pozostał tylko wypalony ślad.
– Ona ją zabiła szepnąłem powoli odchodząc. Wspiąłem się na górę, do pokoju, który sobie wczoraj wybrałem.
Spełniło się moje największe marzenie. Fantastyka ożyła i już nie jest fikcją, a najprawdziwszą rzeczywistością. Moje siostra właśnie ugasiła ogień machnięciem ręki i to na dodatek czarny ogień. Czyli to znaczy, że mama… To Kat ją zabiła, bo w końcu wybuch butli z gazem mógł spowodować tylko ogień, którym moja siostra pokierowała.
Boże spełniłeś moje życzenie, ale jakim kosztem, co? OFIAROWAŁEŚ MOJEJ SIOSTRZE MOC OGNIA, ALE ODEBRAŁEŚ MOJĄ MATKĘ!
Powiedz mi chociaż, czy to Kat jest tą dziewczyną o wielkiej mocy, którą chciałem poznać? Jeśli tak to zabierz ją, bo ja wcale nie chcę znać potwora, który zabija i oddaj mi mamę w zamian za nią. Oboje wyjdziemy z tego z zyskiem.
Stanąłem w nogach łóżka i skoczyłem, a pętla zacisnęła się na mojej szyi odbierając mi dostęp powietrza. Mój oddech zanikał, a rytm serca zwolnił.
Nie wiem, kiedy dotarłem do pokoju i zawiesiłem kabel na belce między kolumnami łóżka. Tak to jakoś wyszło.
– Max – usłyszałem piękny kobiecy głos. Nieznajomy głos. Maxwellu Satine. Nie sądzisz, że jesteś zbyt młody, aby umierać? zapytała kobieta w bieli siadając obok mnie na miękkiej trawie, na polanie pełnej drobnych kwiatów pod czysto błękitnym niebem udekorowanym mlecznymi obłoczkami.
Ja też miałem na sobie biały strój. To samo co założyłem rano, ale białe.
– Kim jesteś? zapytałem piękną kobietę o włosach srebrnych jak światło księżyca, a oczach szkarłatnych jak krew.
W białym świetle, kobieta wyglądała jak anioł. Ale zaraz. To wcale nie jest kobieta. Dziewczyna w moim wieku. To widać po jej twarzy.
– Bogiem, którego wzywałeś powiedziała, słodkim dziewczęcym głosem.
– Ale bóg to facet.
– Nie dla takich wyjątkowych istot jak ty. Dla ludzi owszem. Ma długie siwe włosy i brodę, ale nikt mi w to nie wieży, bo tylko ja potrafię dostrzec jego twarz w blasku jaki go otacza. No, ale mówimy teraz o tobie. Naprawdę chcesz umrzeć?
– Nie, ale chyba już nie mam odwrotu, prawda?
– Nie prawda.
– Jak się nazywasz?
– Alba. Jestem boginią światła. A ty jesteś Max i jesteś Strażnikiem Ognia tak jak twoja siostra. Co prawda twoja moc obudzi się dopiero za dwa lata, ale ja wiem, że to prawda.
– Gdzie jesteśmy? W niebie?
– Profesorze Dumbledor. To się dzieje naprawdę, czy tylko w mojej głowie? zapytała. Ależ oczywiście, że w twojej głowie Harry.
– Cytat z Harry’ego Pottera? To w niebie mają Harryego Pottera?
– A kto powiedział, że mieszkam w niebie? Czasami odwiedzam Ziemię i lubię wasze książki. No, ale już chyba czas wracać Max…
– Ale nie powiedziałaś mi o co chodzi z tym ogniem.
– Max – powiedziała.
– Proszę, jeszcze tylko chwilkę.
– Max – to już nie był głos Alby.
Srebrnowłosa spojrzała w górę, zachęcając mnie do tego samego.
– Max! –wrzasnęła Kat.
Jej twarz patrzyła na mnie z nieba, którego błękit zabarwiły na czerwono jej długie krwiste włosy.
Po chwili piękny krajobraz znikną razem z Albą, a ja leżałem na plecach w objęciach Kat, która płakała i próbowała mnie obudzić.
Zaczerpnąłem głęboki oddech i złapałem mocno jej ramie. Chciałem usiąść, ale brak sił i mocny uścisk Kat mi to uniemożliwiały.
– Max! Max, wszystko dobrze. Już wszystko dobrze. Jestem z tobą, słyszysz? mówiła wciąż, nieprzerwanie te słowa.
Wszyscy tam byli. Katherine mnie trzymała, Tiffany kucała przy mnie, Oliver siedział obok Kat, a Marco zdejmował z baldachimu łóżka kabel, który tam zawiesiłem.
– Katherine – powiedziałem rozpaczliwie, po czym ją przytuliłem. Przepraszam! – wrzasnąłem, mimo drapiącego bólu gardła.
 
~*~
 
– Twoja moc przewyższa wszystkie uczucia… Marco nagle urwał.
– Poza przyjemną powiedział Oliver, lekko się rumieniąc, ale jego mina pozostawała nadal surowa.
– No właśnie zaczął Marco, uderzając pięścią w otwartą dłoń co do uczuć, to już przeżyłeś coś co wywołałoby twoją przemianę? zapytał Marco Olivera.
– Nadal tylko Beth, Ben, Zoe i Zack dokonali przemiany – stwierdził Oliver, wyliczając Strażników Żywiołów na palcach. – No i ty – dodał, niezbyt zadowolony. Gdybyś mi powiedział to już bym dokonał przemiany.
– Dyrcia zabrania – powiedział Marco wzruszywszy ramionami. Sorry Memory. Nie mogę.
– Wszyscy to mówicie. Nie mogę, bo Dyrektorka zabrania.
Prychnął.
– Dyrektorka? I co to jest to ZiC?
– Dowiesz się w swoim czasie powiedzieli równocześnie, chłopcy.
Teraz to ja prychnęłam. Tiffa założyła ręce na piersi, bo też pewnie chciała wiedzieć. No, ale skoro Dyrektorka, to raczej szkoła, bo gdyby to była praca to raczej szefowa, mistrzyni lub mentorka.
– Coś… zaczęłam. Coś jest nie tak. Gdzie jest Max?
– Coś nie tak? zdziwiła się Tiffany.
– Czuję to samo co w nocy, kiedy poczułam, że musze się zobaczyć z rodzicami. Teraz czuję takie coś, ale jeśli chodzi o Maxa wytłumaczyłam. Gdzie on jest?
W chwili, gdy zadałam to pytanie w mojej głowie pokazała się dokładna trasa, gdzie znajdę Maxa. No może coś w tym rodzaju. Ach, po prostu wiedziałam już gdzie go znajdę, więc ruszyłam biegiem na górę.
Gdy dopadłam drzwi, za którymi, według mojej intuicji Max się znajdował, ten właśnie skoczył z łóżka, ale nie dosięgnął podłogi. Zobaczyłam wokół jego szyi czarny kabel.
– Cholera, on chce się powiesić! wrzasnęłam i podbiegłam do niego, po czym złapałam go za nogi, oplatając je w udach ramionami i podniosłam jego bezwładne ciał odo góry.
Tamci pomogli mi go zdjąć.
Sprawdziłam oddech. Całkiem zanikł, a puls był bardzo słaby, więc wykonałam kilka wdechów, jakie stosuje się w RKO przy wisielcach, topielcach i innych tego typu popaprańcach.
Trzydzieści ucisków, dwa wdechy, trzydzieści ucisków, dwa wdechy, trzydzieści uścisków i dwa wdechy. Na szczęście serce złapało dobry rytm, a oddech powrócił.
– Max – powiedziałam, biorąc brata w ramiona. Max!
Nagle poruszył się i zaczerpnął głęboki oddech. Można powiedzieć, że zachłysnął się powietrzem. Złapał moje ramie, jakby bał się, że upadnie, gdy go wypuszczę z objęć.
– Max! Max, wszystko dobrze. Już wszystko dobrze. Mówiłam bardziej do siebie niż do niego. Jestem z tobą, słyszysz?
– Katherine – powiedział cicho i słabo.
– Szczęście, że to wyczułaś, bo nie wiem co by z tego było kilka sekund później powiedział Marco, zdejmując kabel z baldachimu łóżka.
– Wszystko będzie dobrze, braciszku. Poradzimy sobie.