Trzy noce zajęło mi przygotowanie tej notki i zakończenie 6 rozdziału LMF ;)
Rozdział nie jest kolorowy i następne tez nie będą, więc mam nadzieję, że przetrzymacie te chwile smutku z Katherine.
Zapraszam na nową notkę.
Previously on LMF:
Kiedy dotarli
śmy do domu babci, który mieścił się sześć kilometrów od domu Marco i jedenaście od naszego, samochód Robbego już tam stał. Na jego masce i szybie było widać rysy po wyrzuconych przez wybuch odłamkach.
Babcia i on siedzieli w jej niewielkim saloniku z niskimi ró
żowymi fotelami o wysokich oparciach ozdobionych białymi serwetami, które sama zrobiła na szydełku. Ona miała łzy w oczach, a Robby przybrał maskę względnego spokoju, który mógł zakłócić mój chodź jeden zły ruch.
– Co si
ę stało? –
zapytała na wejściu Max, podszedł do babci i przytulił ją, klękając obok fotela.
Ojciec nie patrzy
ł na mnie, ale wzrok Violet był skierowany na mnie i mówił ‘Wynoś się z mojego domu potworze!’. Odwróciłam wzrok. Na szczęście Oliver był za mną i złapał mnie za rękę.
– Gdzie jest mama? – zapyta
ła młody.
– Tato… – zacz
ęłam.
~*~*~
– Wiem,
że to będzie dla ciebie szokiem Max, ale jesteś już wystarczająco duży, aby zrozumieć –
powiedział Robby, patrząc w pełną gorącego parującego płynu filiżankę, którą trzymał w rękach. – Chodzi o to,
że… –
Odetchnął głęboko. –
W nocy w domu wybuchł pożar i w piwnicy prawdopodobnie wybuchła butla z gazem. Ja właśnie wyszedłem z domu, aby przepakować samochód bliżej domu, kiedy zauważyłem wybuch.
– Czy mama… – zacz
ął młody, ale głos uwiązł mu w gardle.
Robby pokr
ęcił głową.
Max patrzy
ł na niego szeroko otwartymi oczami i mogło się wydawać, że zaraz zacznie płakać, ale tak się nie stało. Po prostu wstał i zacisnął pięści.
– A dom? – zapyta
ł. Jego głos był przepełniony furią. – Zosta
ło z niego coś?
– Na szcz
ęście tył domu nie ucierpiał –
powiedział Robby. –
Wasze rzeczy nadaj tam są, ale myślę, że jeszcze dziś, będziecie mogli je spakować.
– Kat, je
śli ty chcesz – zwróci
ł się do mnie Max. – Tato, czy mo
żemy zatrzymać się u Marco i Olivera, jeśli się zgodzą? Wybacz babciu, ale nie chcę być tutaj.
Babcia skin
ęła głową i wytarła oczy chusteczką.
– Tutaj, wiele rzeczy j
ą przypomina – powiedzia
ła i uśmiechnęła się do nas.
– Tato? – zapyta
ł Max.
– Je
śli Oliverowi to nie przeszkadza?
– Zaopiekuj
ę się nimi, Rob – powiedzia
ł. – Obiecuj
ę.
– A wi
ęc idźcie. Zadzwonię do was, jeśli się czegoś dowiem.
– Gdzie wy
ście byli tyle czasu, co!? –
wrzasnęła Tiffa zbiegając ze schodów zawalonych kubkami po piwie, kiedy zobaczyła nas wysiadających z samochodu przed garażem. – W domu istny chaos, a my tylko we dwoje musieli
śmy to opanować! Ty mała ruda mendo jak mogłaś? Zabiję cię za to, że musiałam z Marco sprzątać cały ten syf! Zemszczę się za to! Jak w ogóle mogliście…
– Tiffany, nie teraz – powiedzia
ł Oliver obejmując mnie ramieniem i prowadząc do domu. Max szedł przed nami z pochyloną głową i opuszczonymi ramionami. Dłonie miał w kieszeniach spodni, ale po napiętym materiale było widać, że są zaciśnięte w pięści.
– Matko boska, co si
ę wam stało!? – wrzasn
ęła Tiffany, kiedy wszyscy weszliśmy do domu Marco. – Dlaczego jeste
ście tak przybici?
Max szybko si
ę ulotnił. Był typem ‘cierpię w samotności’.
– Wiesz o tym ogniu wszystko, a na to nie wpadniesz? – zapyta
łam szeptem.
– Katherine – powiedzia
ła smutno i przytuliła mnie strącając przy tym ramię Olivera z moich barków. – To nie mo
że być prawda. Nie! To nie mogło się tak skończyć.
O dziwo to ona p
łakała, a nie ja, ale jej łzy podniosły mnie na duchu. Wiedziałam, że jeśli Tiffa naprawdę jest strażniczką ognia tak jak my to ją też czeka śmierć rodziców.
– Nie b
ędę płakać, bo to nie ma sensu – powiedzia
łam wyswabadzając się z uścisku Tiff. –
Właściwie to nawet nie czuję smutku, ani żalu. Lie Life mają rację, nie jestem nawet w nieznacznym stopniu człowiekiem, a zwykłym potworem żądnym krwi.
– Katherine! – wrzasn
ęli razem Oliver i Tiffany.
– Nie zaprzeczajcie – powiedzia
łam stanowczo. –
ODEBRAŁAM ŻYCIE JUŻ ZBYT WIELU OSOBOM! –
wrzasnęłam. –
Najgorsze jest to, że sprawia mi to przyjemność –
szepnęłam, kładąc zaciśniętą w pięść dłoń na sercu. –
I mam ochotę nadal zabijać.
– Ona jest t
ą prawdziwą Główną Strażniczką Ognia, tą złą na dodatek –
powiedział Marco, biorą się niewiadomo skąd. –
Miałem takie same objawy przez większość życia, aż do przemiany. To dziwne, że nadal chcesz to robić, bo z chwilą uzyskania szesnastu lat powinnaś pozbyć się tej chęci.
Odj
ęłam dłoń od serca i patrzyłam na blondyna zszokowana.
– Marco – powiedzia
ła zaskoczona Tiffany. – Ty… Wy naprawd
ę kogoś zabiliście – stwierdzi
ła.
– A my
ślałaś, że to co ci powiedziałam o Lie Life i o tym jak tam działałam to było kłamstwo? – zapyta
łam, otrząsając się. Zwróciłam swój wzrok na nią. – Tak, zabi
łam kilkoro ludzi, w tym własną matkę. To wszystko prawda i jeśli, któreś z was się wygada to mogę pójść siedzieć, bo mam już te cholerne szesnaści lat!
Zamachn
ęłam się ręką, a z koniuszków moich palców na lakierowaną, drewnianą podłogę spadły płomyki ognia, które szybko urosły i zaczęły płonąć wokół mnie, wypalając w podłodze coś na wzór sierpa.
– Potwór – szepn
ęłam patrząc na swoją rękę. – Ja naprawd
ę nim jestem.
– Twoja moc jest zbyt wielka – powiedzia
ł Oliver podchodzą do mnie powoli. – Poprosz
ę o natychmiastowe przyjęcie cię do ZiC.
Gdy po
łożył dłoń na moim ramieniu szybko ją strąciłam i odsunęłam się od tamtej trójki.
– Prosz
ę, nie dotykaj mnie – powiedzia
łam spanikowana. – Ja… ja nie panuj
ę nad tym. Boję się, że was skrzywdzę.
– Marco, Oliver! – wrzasn
ęła Tiffa i wskazała na płomienie, które próbował wchłonąć Marco. – Spójrzcie na kolor ognia.
P
łomienie z czerwonych zaczynały robić się czarne.
– No to mo
żemy ci nadać rangę, moja droga Kat –
powiedział Marco, zaprzestając wchłaniania ognia, który teraz był już całkowicie czarny. – Angry Black Fire.
– Wi
ęc ja będę Blue Flame – stwierdzi
ła Tiffany i zaśmiała się nerwowo.
– No i wszystko wysz
ło na opak – powiedzia
ł Marco, wzruszając ramionami i wznosząc ręce. –
Chyba musimy się zamienić dziewczynami, kuzynie.
– Co masz na my
śli? – zapyta
ł poirytowany Oliver.
– No có
ż. Ja jestem zły, ty dobry. Twoja dziewczyna zła, a moja dobra. Nie sądzisz, że jest na opak? Ogółem to Tiffa jest teraz bardziej groźna nić Kat, więc czemu to Kat jest Black Fire? Weź ty to zgaś, tak w ogóle, bo mi dom spalisz.
– Nie b
ędziemy się niczym zamieniać. I doskonale wiesz, że ona nie jest w stanie tego zrobić.
– Czuj
ę się, cholera, jakbyście zapomnieli, że tu jestem – powiedzia
łam i machnęłam ręką, a płomień powoli zmalał, a po chwili zgasł zostawiając na drewnianej podłodze duży lekko zwęglony ślad.
– Te
ż tak mam – westchn
ęła Tiff. – I nie b
ędziesz się mną zamieniał, głupku. Ja cię kocham, a ty żarty sobie stroisz. Nie rób tak więcej, bo cię zostawię.
– Sama powiedzia
łaś, że to był żart. –
Marco wzruszył ramionami i opadł na kanapę, której jeszcze wczoraj nie było w salonie.
– Wiesz,
że mogę mieć każdego – powiedzia
ła zakładając ręce na piersi.
– A ja ka
żdą, nie Kat?
– Za przeproszeniem, ale ja tu kryzys przechodz
ę, a wy się kłócicie i sobie grozicie.
Ju
ż się uspokoiłam, więc myślę, że moja moc się nie uwolni. Opadłam na kanapę, przez jej oparcie, tak że nogi miałam na nim, a głowę na krawędzi siedzenia. Oliver usiadł obok mnie, a Tiffany położyła głowę na kolanach Marco i położyła się. Kanapa była ogromna, więc wszyscy się z łatwością zmieściliśmy.
– Przez pierwsze miesi
ące po przemianie, cierpienie będziesz miała tak jakby wyłączone, więc nie kłam, co? – skarci
ł mnie Marco.
– Jak to wy
łączone?
– Twoja moc przewy
ższa wszystkie uczucia…
– Poza przyjemn
ą – doda
ł Oliver, kiedy Maco urwał zdanie.
– No w
łaśnie. A co do uczuć, to już przeżyłeś coś co wywołałoby twoją przemianę? – zwróci
ł się Marco do Olivera.
– Nadal tylko Beth, Ben, Zoe i Zack dokonali przemiany – powiedzia
ł Oliver. – No i ty – doda
ł zazdroszcząc. – Gdyby
ś mi powiedział to już bym dokonał przemiany.
– Dyrcia zabrania. – Marco wzruszy
ł ramionami. – Sorry Memory. Nie mog
ę.
– Wszyscy to mówicie.
~*~
Gdy wysiedli
śmy z samochody, szybko ruszyłem do domu, wymijając mającą o coś pretensje Tiffany. Machała miotłą wydzierając się, ale nie obchodziło mnie teraz to co mówi. Już nic mnie nie obchodziło. Nie po śmierci mamy.
Oni zostali w salonie, a ja schowa
łem się w cieniu niedaleko salonu. Nie miałem siły, żeby wejść na górę, ale oni myśleli, chyba że odeszłam daleko, bo ich rozmowa zbiegła na temat, którego nie powinienem wysłuchiwać, ale jak to się mówi: Zakazany owoc smakuje najlepiej.
Ciekawo
ść wzięła górę i zacząłem słuchać.
– Nie b
ędę płakać, bo to nie ma sensu. – Us
łyszałem głos Katherine. – W
łaściwie to nawet nie czuję smutku, ani żalu. Lie Life mają rację, nie jestem nawet w nieznacznym stopniu człowiekiem, a zwykłym potworem żądnym krwi.
– Katherine! – teraz odezwali si
ę równocześnie Tiffa i Oliver.
– Nie zaprzeczajcie – powiedzia
ła Kat. Jej głos brzmiał jak taty, kiedy któreś z nas coś przeskrobało. – ODEBRA
ŁAM ŻYCIE JUŻ ZBYT WIELU OSOBOM! – wrzasn
ęła. Po chwili dodała coś jeszcze, ale zbyt cicho, żebym usłyszał konkretne słowa.
– Ona jest t
ą prawdziwą Główną Strażniczką Ognia, tą złą na dodatek – powiedzia
ł Marco, który przed chwilą przechodził obok mojej kryjówki. Dobrze, że mnie nie zauważył, bo mogłoby się to źle dla mnie skończyć. – Mia
łem takie same objawy przez większość życia, aż do przemiany. To dziwne, że nadal chcesz to robić, bo z chwilą uzyskania szesnastu lat powinnaś pozbyć się tej chęci.
O czym on gada? O pozbyciu si
ę chęci? Jakich znowu, kurde, chęci?
– Marco – odezwa
ła się Tiffany. – Ty… Wy naprawd
ę kogoś zabiliście.
No tak. Katherine zabi
ła, ale byłem zbyt mały, aby to zrozumieć. Jak dobrze, że mam tak dobry słuch i słyszałem jak rozmawiała o tym z Tiffany, kilka lat temu.
– A my
ślałaś, że to co ci powiedziałam o Lie Life i o tym jak tam działałam to było kłamstwo? – zapyta
ła Kat, po dłuższej ciszy. – Tak, zabi
łam kilkoro ludzi, w tym własną matkę.
C-co ona powiedzia
ła!? Wiedziałem, że… Ale jak ona mogła zabić mamę? Przecież ten wybuch i… w ogóle? Mogła go spowodować. To w sumie nie takie trudne, ale… była z nami całą noc. Chyba.
Us
łyszałem ciche buczenie ognia. Może rozpalili w kominku? Ale przecież na zewnątrz, jest około dziewięćdziesiąt stopni ciepła Farenheita.
– Potwór – wy
łapałem ciche słowa siostry. –
Ja naprawdę nim jestem.
– Twoja moc jest zbyt wielka – powiedzia
ł Oliver. – Poprosz
ę o natychmiastowe przyjęcie cię do ZiC.
A to co znowu? Jaki
ś ośrodek dla psychopatów? Bo jak tak to ona się tam nadaje.
– Prosz
ę, nie dotykaj mnie –
powiedziała Kat. Jej głos był przepełniony paniką. –
Ja… ja nie panuję nad tym. Boję się, że was skrzywdzę.
– Marco, Oliver! – wrzasn
ęła Tiffa. – Spójrzcie na kolor ognia.
Wtedy ostro
żnie wyszedłem z ukrycia i stanąłem przy ścianie, Akaby mnie nie widzieli, a ja mógłbym ich doskonale obserwować. Na środku salonu, za oparciem kanapy buzował ogień, który z czerwonego zrobił się czarny. Zakryłem usta, aby nie wrzasnąć ze zdumienia.
– No to mo
żemy ci nadać rangę, moja droga Kat –
powiedział Marco, odsuwając się od rozrastającego się na podłodze ognia. –
Angry Black Fire.
– Wi
ęc ja będę Blue Flame –
powiedziała Tiffany.
O co w tym wszystkim chodzi!? Gadaj
ą o jakich rangach. Salon się pali, a oni gapią się na ten ogień i nawet nie próbują go ugasić, a Marco nawet prawie wlazł w ten dziwny czarny ogień i nawet się nie poparzył, a trzymał w nim dłonie.
– Czuj
ę się, cholera, jakbyście zapomnieli, że tu jestem – powiedzia
ła Katherine, wyrywając mnie przy tym z zamyślenia. Machnęła ręką, a czarny ogień zaczął się kurczyć się, przygasać. Gdy zniknął całkowicie, na podłodze pozostał tylko wypalony ślad.
– Ona j
ą zabiła – szepn
ąłem powoli odchodząc. Wspiąłem się na górę, do pokoju, który sobie wczoraj wybrałem.
Spe
łniło się moje największe marzenie. Fantastyka ożyła i już nie jest fikcją, a najprawdziwszą rzeczywistością. Moje siostra właśnie ugasiła ogień machnięciem ręki i to na dodatek czarny ogień. Czyli to znaczy, że mama… To Kat ją zabiła, bo w końcu wybuch butli z gazem mógł spowodować tylko ogień, którym moja siostra pokierowała.
Bo
że spełniłeś moje życzenie, ale jakim kosztem, co? OFIAROWAŁEŚ MOJEJ SIOSTRZE MOC OGNIA, ALE ODEBRAŁEŚ MOJĄ MATKĘ!
Powiedz mi chocia
ż, czy to Kat jest tą dziewczyną o wielkiej mocy, którą chciałem poznać? Jeśli tak to zabierz ją, bo ja wcale nie chcę znać potwora, który zabija i oddaj mi mamę w zamian za nią. Oboje wyjdziemy z tego z zyskiem.
Stan
ąłem w nogach łóżka i skoczyłem, a pętla zacisnęła się na mojej szyi odbierając mi dostęp powietrza. Mój oddech zanikał, a rytm serca zwolnił.
Nie wiem, kiedy dotar
łem do pokoju i zawiesiłem kabel na belce między kolumnami łóżka. Tak to jakoś wyszło.
– Max – us
łyszałem piękny kobiecy głos. Nieznajomy głos. – Maxwellu Satine. Nie s
ądzisz, że jesteś zbyt młody, aby umierać? – zapyta
ła kobieta w bieli siadając obok mnie na miękkiej trawie, na polanie pełnej drobnych kwiatów pod czysto błękitnym niebem udekorowanym mlecznymi obłoczkami.
Ja te
ż miałem na sobie biały strój. To samo co założyłem rano, ale białe.
– Kim jeste
ś? – zapyta
łem piękną kobietę o włosach srebrnych jak światło księżyca, a oczach szkarłatnych jak krew.
W bia
łym świetle, kobieta wyglądała jak anioł. Ale zaraz. To wcale nie jest kobieta. Dziewczyna w moim wieku. To widać po jej twarzy.
– Bogiem, którego wzywa
łeś – powiedzia
ła, słodkim dziewczęcym głosem.
– Ale bóg to facet.
– Nie dla takich wyj
ątkowych istot jak ty. Dla ludzi owszem. Ma długie siwe włosy i brodę, ale nikt mi w to nie wieży, bo tylko ja potrafię dostrzec jego twarz w blasku jaki go otacza. No, ale mówimy teraz o tobie. Naprawdę chcesz umrzeć?
– Nie, ale chyba ju
ż nie mam odwrotu, prawda?
– Nie prawda.
– Jak si
ę nazywasz?
– Alba. Jestem bogini
ą światła. A ty jesteś Max i jesteś Strażnikiem Ognia tak jak twoja siostra. Co prawda twoja moc obudzi się dopiero za dwa lata, ale ja wiem, że to prawda.
– Gdzie jeste
śmy? W niebie?
– Profesorze Dumbledor. To si
ę dzieje naprawdę, czy tylko w mojej głowie? – zapyta
ła. – Ale
ż oczywiście, że w twojej głowie Harry.
– Cytat z Harry’ego Pottera? To w niebie maj
ą Harryego Pottera?
– A kto powiedzia
ł, że mieszkam w niebie? Czasami odwiedzam Ziemię i lubię wasze książki. No, ale już chyba czas wracać Max…
– Ale nie powiedzia
łaś mi o co chodzi z tym ogniem.
– Max – powiedzia
ła.
– Prosz
ę, jeszcze tylko chwilkę.
– Max – to ju
ż nie był głos Alby.
Srebrnow
łosa spojrzała w górę, zachęcając mnie do tego samego.
– Max! –wrzasn
ęła Kat.
Jej twarz patrzy
ła na mnie z nieba, którego błękit zabarwiły na czerwono jej długie krwiste włosy.
Po chwili pi
ękny krajobraz znikną razem z Albą, a ja leżałem na plecach w objęciach Kat, która płakała i próbowała mnie obudzić.
Zaczerpn
ąłem głęboki oddech i złapałem mocno jej ramie. Chciałem usiąść, ale brak sił i mocny uścisk Kat mi to uniemożliwiały.
– Max! Max, wszystko dobrze. Ju
ż wszystko dobrze. Jestem z tobą, słyszysz? – mówi
ła wciąż, nieprzerwanie te słowa.
Wszyscy tam byli. Katherine mnie trzyma
ła, Tiffany kucała przy mnie, Oliver siedział obok Kat, a Marco zdejmował z baldachimu łóżka kabel, który tam zawiesiłem.
– Katherine – powiedzia
łem rozpaczliwie, po czym ją przytuliłem. – Przepraszam! – wrzasn
ąłem, mimo drapiącego bólu gardła.
~*~
– Twoja moc przewy
ższa wszystkie uczucia… – Marco nagle urwa
ł.
– Poza przyjemn
ą – powiedzia
ł Oliver, lekko się rumieniąc, ale jego mina pozostawała nadal surowa.
– No w
łaśnie – zacz
ął Marco, uderzając pięścią w otwartą dłoń – co do uczu
ć, to już przeżyłeś coś co wywołałoby twoją przemianę? – zapyta
ł Marco Olivera.
– Nadal tylko Beth, Ben, Zoe i Zack dokonali przemiany – stwierdzi
ł Oliver, wyliczając Strażników Żywiołów na palcach. – No i ty – doda
ł, niezbyt zadowolony. – Gdyby
ś mi powiedział to już bym dokonał przemiany.
– Dyrcia zabrania – powiedzia
ł Marco wzruszywszy ramionami. – Sorry Memory. Nie mog
ę.
– Wszyscy to mówicie. Nie mog
ę, bo Dyrektorka zabrania.
Prychn
ął.
– Dyrektorka? I co to jest to ZiC?
– Dowiesz si
ę w swoim czasie – powiedzieli równocze
śnie, chłopcy.
Teraz to ja prychn
ęłam. Tiffa założyła ręce na piersi, bo też pewnie chciała wiedzieć. No, ale skoro Dyrektorka, to raczej szkoła, bo gdyby to była praca to raczej szefowa, mistrzyni lub mentorka.
– Co
ś… – zacz
ęłam. –
Coś jest nie tak. Gdzie jest Max?
– Co
ś nie tak? – zdziwi
ła się Tiffany.
– Czuj
ę to samo co w nocy, kiedy poczułam, że musze się zobaczyć z rodzicami. Teraz czuję takie coś, ale jeśli chodzi o Maxa – wyt
łumaczyłam. – Gdzie on jest?
W chwili, gdy zada
łam to pytanie w mojej głowie pokazała się dokładna trasa, gdzie znajdę Maxa. No może coś w tym rodzaju. Ach, po prostu wiedziałam już gdzie go znajdę, więc ruszyłam biegiem na górę.
Gdy dopad
łam drzwi, za którymi, według mojej intuicji Max się znajdował, ten właśnie skoczył z łóżka, ale nie dosięgnął podłogi. Zobaczyłam wokół jego szyi czarny kabel.
– Cholera, on chce si
ę powiesić! – wrzasn
ęłam i podbiegłam do niego, po czym złapałam go za nogi, oplatając je w udach ramionami i podniosłam jego bezwładne ciał odo góry.
Tamci pomogli mi go zdj
ąć.
Sprawdzi
łam oddech. Całkiem zanikł, a puls był bardzo słaby, więc wykonałam kilka wdechów, jakie stosuje się w RKO przy wisielcach, topielcach i innych tego typu popaprańcach.
Trzydzie
ści ucisków, dwa wdechy, trzydzieści ucisków, dwa wdechy, trzydzieści uścisków i dwa wdechy. Na szczęście serce złapało dobry rytm, a oddech powrócił.
– Max – powiedzia
łam, biorąc brata w ramiona. –
Max!
Nagle poruszy
ł się i zaczerpnął głęboki oddech. Można powiedzieć, że zachłysnął się powietrzem. Złapał moje ramie, jakby bał się, że upadnie, gdy go wypuszczę z objęć.
– Max! Max, wszystko dobrze. Ju
ż wszystko dobrze. – Mówi
łam bardziej do siebie niż do niego. Jestem z tobą, słyszysz?
– Katherine – powiedzia
ł cicho i słabo.
– Szcz
ęście, że to wyczułaś, bo nie wiem co by z tego było kilka sekund później – powiedzia
ł Marco, zdejmując kabel z baldachimu łóżka.
– Wszystko b
ędzie dobrze, braciszku. Poradzimy sobie.