czwartek, 13 marca 2014

You are Jay Harris?



Coś się uczepiłam tego trzynastego dnia w miesiącu :/
Zapraszam na przeeeraźliwie nudną notkę :D - oczywiście jest to moja
opinia, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Czemu ja zrażam ludzi do czytania tego? - pomyślała uderzając
głową w stół, uprzednio odsunąwszy laptopa, żeby nie ucierpiał :P


– Twoja moc przewyższa wszystkie uczucia… – Marco nagle urwał.
– Poza przyjemną – powiedział Oliver, lekko się rumieniąc, ale jego mina pozostawała nadal surowa.
– No właśnie – zaczął Marco, uderzając pięścią w otwartą dłoń – co do uczuć, to już przeżyłeś coś co wywołałoby twoją przemianę? – zapytał Marco Olivera.
– Nadal tylko Beth, Ben, Zoe i Zack dokonali przemiany – stwierdził Oliver, wyliczając Strażników Żywiołów na palcach. – No i ty – dodał, niezbyt zadowolony. – Gdybyś mi powiedział to już bym dokonał przemiany.
– Dyrcia zabrania – powiedział Marco wzruszywszy ramionami. – Sorry Memory. Nie mogę.
– Wszyscy to mówicie. Nie mogę, bo Dyrektorka zabrania.
Prychnął.
– Dyrektorka? I co to jest to ZiC?
– Dowiesz się w swoim czasie – powiedzieli równocześnie, chłopcy.
Teraz to ja prychnęłam. Tiffa założyła ręce na piersi, bo też pewnie chciała wiedzieć. No, ale skoro Dyrektorka, to raczej szkoła, bo gdyby to była praca to raczej szefowa, mistrzyni lub mentorka.
– Coś… – zaczęłam. – Coś jest nie tak. Gdzie jest Max?
– Coś nie tak? – zdziwiła się Tiffany.
– Czuję to samo co w nocy, kiedy poczułam, że musze się zobaczyć z rodzicami. Teraz czuję takie coś, ale jeśli chodzi o Maxa – wytłumaczyłam. – Gdzie on jest?
W chwili, gdy zadałam to pytanie w mojej głowie pokazała się dokładna trasa, gdzie znajdę Maxa. No może coś w tym rodzaju. Ach, po prostu wiedziałam już gdzie go znajdę, więc ruszyłam biegiem na górę.
Gdy dopadłam drzwi, za którymi, według mojej intuicji Max się znajdował, ten właśnie skoczył z łóżka, ale nie dosięgnął podłogi. Zobaczyłam wokół jego szyi czarny kabel.
– Cholera, on chce się powiesić! – wrzasnęłam i podbiegłam do niego, po czym złapałam go za nogi, oplatając je w udach ramionami i podniosłam jego bezwładne ciał odo góry.
Tamci pomogli mi go zdjąć.
Sprawdziłam oddech. Całkiem zanikł, a puls był bardzo słaby, więc wykonałam kilka wdechów, jakie stosuje się w RKO przy wisielcach, topielcach i innych tego typu popaprańcach.
Trzydzieści ucisków, dwa wdechy, trzydzieści ucisków, dwa wdechy, trzydzieści uścisków i dwa wdechy. Na szczęście serce złapało dobry rytm, a oddech powrócił.
– Max – powiedziałam, biorąc brata w ramiona. – Max!
Nagle poruszył się i zaczerpnął głęboki oddech. Można powiedzieć, że zachłysnął się powietrzem. Złapał moje ramie, jakby bał się, że upadnie, gdy go wypuszczę z objęć.
– Max! Max, wszystko dobrze. Już wszystko dobrze. – Mówiłam bardziej do siebie niż do niego. Jestem z tobą, słyszysz?
– Katherine – powiedział cicho i słabo.
– Szczęście, że to wyczułaś, bo nie wiem co by z tego było kilka sekund później – powiedział Marco, zdejmując kabel z baldachimu łóżka.
– Wszystko będzie dobrze, braciszku. Poradzimy sobie.


Od moich szesnastych urodzin, śmierci mamy i niedoszłego samobójstwa Maxa minął tydzień. Zabraliśmy nasze rzeczy ze starego domu i przewieźliśmy je do domu Marco i Olivera.
Nie dziwne jest to, że dwuch osiemnastolatków utrzymuje taką wielką chatę w Mallibu? I to bez żadnej służby, ani niczego. Oni muszą mieć jakieś magiczne sztuczki, bo po imprezie jak nas nie było Marco pewnie tak sprzątał.
Rob tymczasowo mieszkał u babci Violet, dopóki nie znajdzie dla nas czegoś, żebyśmy znów mogli razem zamieszkać. Hmm, razem tak? Mamy już przecież nie ma.
Z nowym miesiącem zaczęły się poszukiwania mojego biologicznego ojca, Jaya Harrisa. Tiff, Oliver i Marco pomagali mi w tym, ale nie szło to zbyt szybko. Pomyślałam, że mogliby poszukać w jakichś magicznych bazach danych, bo po kimś musiałam odziedziczyć moc Strażnika, ale okazało się, że naszą moc dziedziczymy po matkach, więc to byłoby na nic.
Mogłam zapytać o to Roba, ale on nie wiedział, że ja wiem, iż nie jest moim biologicznym ojcem. Nie chciałam mu przysparzać żadnych dodatkowych zmartwień, ponieważ miał ich już dość przy organizowaniu pogrzebu.
– Proszę, załóż to, dobrze? – powiedział ojciec w dzień pogrzebu mamy, cztery dni temu, wręczając mi wieszak z workiem na ubranie.
– Co to takiego? – zapytałam, odpinając zamek worka.
– Sukienka na pogrzeb. Jest czarna, ale tak szyta, aby nie było ci zbyt gorąco.
Była to przylegająca do ciała, czarna sukienka z długimi rękawami z wiązaną pod biustem kokardką z czarnej wstążki. Materiał był mi nieznany, ale nie był też cienki, więc zastanawiało mnie czy na pewno nie będzie mi w tym gorąco.
– Dziękuję.
Do sukienki ubrałam niewielki kapelusz z czarną woalką, a włosy związałam w kok. Co prawda założyłam czarne szpilki, ale nie zrobiłam sobie żadnego makijażu. Mama zawsze powtarzała, że ładnie mi bez makijażu. Ale chodziło jej tu raczej o ‘ładniej ci bez tak mocnego makijażu’.
Na pogrzeb przyszli wszyscy znajomi. Była Tiffany z Dianą i Rodzicami, Oliver i Marco, ludzie ze szkoły, a nawet Poopy i kilku młodych ludzi, których widziałam pierwszy raz na oczy.
– Moje kondolencje – powiedział młody mężczyzna z tamtej nieznajomej świty, kiedy ja i Oliver objęci odchodziliśmy od miejsca, gdzie pochowano mamę.
Był to czarnoskóry facet o długich czarnych dredach i małej pomarańczowej bródce. Był ubrany w garnitur, a towarzyszyła mu także czarnoskóra dziewczyna, z tym że jej odcień skóry był jakby z mlekiem. Miała długie falowane włosy, które wyglądały trochę jak afro, ale o dziwo podobała mi się jej fryzura.
– Jednak przyszliście – stwierdził Oliver, kiedy mężczyzna uścisnął mi dłoń, a dziewczyna położyła swoją dłoń na moim ramieniu. – Katherine to są Zack i Zoe. Jedna para ze Strażników. Oni akurat od Ziemi.
– Och – wyrwało mi się.
– A gdzie…? – zaczął Oliver, ale za Zackiem pokazali się już pozostali, których jeszcze nie znałam. – A to są pozostali Strażnicy, Kat.
– Dużo ich – stwierdziłam nerwowo, wtulając się w Olivera, jakbym się ich bała.
– To są Bob i Bethany, od błyskawic. – Dziewczyna o długich jasnobrązowych włosach i chłopak o krótkich włosach tylko o odcień jaśniejszych od Olivera. Oboje mieli piwne oczy. – Will i Veronica. Woda. – Dziewczyna miała blond włosy tak długie jak ja, ale były dużo jaśniejszy od mojego naturalnego. Chłopak o włosach trochę dłuższych od Olivera. Były jednak tak samo potargane jak Sunwooda. Najdziwniejsze było w nich to, że były… taa niebieskie. Soczyście niebieskie, odrobinę ciemniejsze od nieba w słoneczny dzień. Oboje mieli azjatyckie rysy. Japonia, Chiny, Korea i te sprawy.
Wszyscy podawali mi ręce, lub mnie przytulali, żeby się przywitać. Moim zdaniem było to dość dziwne, ponieważ dopiero co się poznaliśmy, no ale niech im tam będzie.
– No i oczywiście Paul i Poopy, którą już można powiedzieć, że znasz. – Chłopak miał tak samo blond włosy jak Poopy, ale jego oczy nie były szare, a czekoladowe, co nadawało jego rysom ciekawego wyglądu.
– Teraz w końcu mogłyśmy się naprawdę poznać, Ollie – powiedziała Poopy i podeszła do mnie, po czym objęła mnie. – Skrzywdź go, a rozerwę twoje ciało na strzępy huraganem tak wielkim jakiego nigdy w życiu nie widziałaś – szepnęła mi do ucha.
– Nie wiem, czy wiesz, ale powietrze wspomaga ogień – odszepnęłam, przytrzymując ją dłużej. – Żeby to się nie obróciło przeciw tobie.
– Ale ty jesteś zabawna, Katherine – powiedziała już na głos, odsuwając się ode mnie, po czym klepnęła mnie w ramię.
– Widzę, że się dziewczyny polubiły – powiedział Zack, lekko zdenerwowany.
– Kolejna Strażniczka z mocą większą od ciebie i już się boisz, Zackuś-chan? – zapytała Veronica podchodząc do czarnoskórego mężczyzny.
Zdecydowanie był z nich najstarszy.
– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie tak nie nazywała, Chichi (czyt. Cziczi) – odgryzł się jej.
– Chichi? – zdziwiłam się.
– Veronica pochodzi z Japonii, a Chichi było jej imieniem, zanim została Strażniczką.
– Nadal jest, bo moi rodzice nie pozwolili mi go zmienić – prychnęła, przestając okładać Zacka pięściami. – Nee,  Kim Ha Rim?
– Ja twojego prawdziwego imienia nie używam, Ronnie – powiedział Will.
– Will z kolei jest z Korei. Jego imię to Harim – powiedział Oliver.
Zgaduję, że Kim to nazwisko.
– Aha – tylko tyle zdołałam wydusić.
W naszym kierunku zmierzali Tiffa i Marco, a za nimi ze spuszczoną głową sunął Max.
– A właśnie, trochę bez taktu, ale przyjmij nasze kondolencje z powodu śmierci mamy – powiedział Paul.
Uśmiechnęłam się lekko.
– Wybaczcie mi to co powiem, ale ja w zasadzie nic teraz nie czuję…
– Nie martw się – powiedział ze smutkiem Bob. – Każdy z nas to przechodził.
– Nie każdy – zaprzeczyła Veronica. – W niepublicznym miejscu ci to opowiem – powiedziała celując we mnie palcem i mrugnęła.
– Hej – zawołała Tiffa, podchodząc do nas. – Wszędzie was szukamy, gdzie zwialiście? Wiem, że nie powinnam żartować w takiej chwili, ale poszliście na miłosny mroczny spacerek po cmentarzu, co?
– Nie wiem jak ty to robisz, ale… skąd wiedziałaś? – zapytałam.
– Skarbie, jestem bogiem – powiedziała udając ważniaka, po czym objęła mnie ramieniem. – Ja wiem wszystko.
– Nie przechwalaj się tak, do boga ci jeszcze daleko, Tiffany – powiedziała Bethany.
– Cii, Beth. Psujesz tak piękną chwilę.
– T-to wy się znacie!? – wrzasnęłam.
– No – przyznała Tiffa. – Już jakieś pięć miesięcy.
– Co? Wy byliście tu wtedy z Poopy, jak my z Oliverem na plaży się poz… przechadzaliśmy? – O mało się nie wygadałam, że nie chodziłam z Oliverem w dzień, w którym pokazaliśmy Poopy nasz pocałunek, żeby myślała iż jesteśmy parą, którą, właśnie wtedy zostaliśmy.
– Byli. Wybacz mi, Kaciu, ale te nasze dwa barany mi zabroniły o nich mówić.
– Spoko, ale tego Kaciu nie zniosę – prychnęłam. – Błagaj pana na kolanach o przebaczenie! – zawołałam władczym tonem.
– No dobrze, już dobrze, Kat.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, ale tę sytuację przerwał nam, ostatnio ciągle przygnębiony, Max. Dobrze, że już nikogo tu nie było, bo źle by było gdyby rozniosło się, że śmiałam się na pogrzebie własnej matki.
– Możemy już wracać, Oliver? – zapytał młody.
Młody, taa? Jest teraz tylko trochę niższy od Olivera, a przecież wciąż rośnie. Nie dziwię mu się, bo  w końcu jego ojcem jest  Rob, a ten też jest bardzo wysoki.
– Ach, tak. Emm. Ludzie to jest Max, młodszy brat Katherine. Max to są…
– Chcę już wrócić do domu – powiedział wkładając ręce do kieszeni spodni od garnituru i zaczął odchodzić w stronę wyjścia z cmentarza.
– Biedny chłopak – powiedziała Zoe. – Pewnie to przeżywa.
A o mnie to się tak nie martwili. Co prawda nie odczuwam teraz smutku, ale w końcu to była też moja mama.
– Zareagował lepiej ode mnie – powiedziałam i objęłam ramię Olivera. – Nawet nie płakał.
– Prawda, ale już chodźmy.
– Wiesz dlaczego się do mnie nie odzywa? – zapytałam, kiedy ruszyliśmy wszyscy za Maxem.
– Nie powiedział, żebym nikomu nie mówił, więc chyba będzie w porządku jeśli ci powiem – stwierdził Oliver.
Spojrzałam na niego spod woalki.
Przez dłuższą chwilę milczał. Zapewne zastanawiał się w jakie słowa ubrać swoją wypowiedź. Haha! Ale to zdanie dziwnie zabrzmiało. Jak z baroku jakiegoś.
– Obraził się, bo zabrałaś mu jego pierwszy pocałunek – powiedział w końcu.
– Całowałaś się ze swoim bratem!? – wrzasnęła Veronica.
Oblałam się rumieńcem, kiedy to powiedziała. Rozejrzałam się dookoła, żeby sprawdzić, czy nikt nie słyszał, ale byliśmy sami, a Max był zbyt daleko.
– Dzieci opatrznie odbierają wykonanie sztucznego oddychania.
– A co się stało? – zapytała. – Nie mogłaś poćwiczyć na Oliverze?
– Ronnie! – skarcił ją Will.
– Nic nie szkodzi – powiedziałam. – Powiem ci dlaczego, Veronica. Max jest niedoszłym  samobójcą. – Spojrzałam przed siebie na Maxa, który opierał się o samochód z rękoma wciąż w kieszeniach. – Próbował się powiesić, kiedy dowiedział się o śmierci mamy.
– Oho – wydusiła.
– Katherine, mówiłaś, że jak wyglądał Jay? – zapytał Marco przyspieszając, żeby do nas podejść. – Miał blond włosy, tak?
– No tak.
– To spójrz tam.
Wskazał mi samochód, kilka metrów od tego, którym tu przyjechaliśmy.
– To może być on! – zawołałam i nagle ruszyłam biegiem.
Oliver nie zdążył zareagować i mnie zatrzymać, a ja w biegu zdjęłam szpilki z nóg i ruszyłam w stronę mężczyzny.
Właśnie otwierał bagażnik swojego czarnego mercedesa, kiedy ja znalazłam się przed maską. Założyłam szpilki i powoli obeszłam samochód, od strony kierowcy. Mężczyzna zobaczył mnie dopiero, gdy zatrzasnął bagażnik.
– Przepraszam, pan nazywa się Jay Harris? – zapytałam, kiedy patrzył na mnie zaskoczony.
– Tak, o co chodzi? – zapytał.
To on. To mój ojciec! – wrzasnęłam uradowana w duchu.
Nie powiem, jak na trzydziesto paro latka to przystojny jest. I ma taki samo odcień blondu jak ja. Te rysy i nos. Tak jakbym widziała starszą, męską wersję siebie. Nie ma wątpliwości, on jest moim ojcem.
– Słyszy mnie pani?
– Ach, przepraszam. Zamyśliłam się. Wie pan, pogrzeb mamy i to wszystko – machnęłam ręką w stronę cmentarza. – Chciałam zapytać…
No właśnie. O co chciałam zapytać.
– Katherine? – zapytał.
– Słucham?
– Ty jesteś Katherine, prawda?
– Tak.
– Wiesz już o mnie? O tym wszystkim. Skąd?
– A więc pan…
– Mów mi Jay, w końcu i tak się nie znamy, ale nie chcę, żebyś mówiła do mnie per pan. Hmm – zamyślił się na moment. – Ty mnie nie znasz. Odpowiesz mi? – dodał po chwili.
Dużo mówi. Ja też tak mam. Raczej częściej niż rzadziej.
– Pewien znajomy widział cię z moimi… z mamą i Robem. Sprawdziłam mój akt urodzenia i zobaczyłam twoje nazwisko. A więc, jesteś moim biologicznym ojcem, Jay?
– Tak. Myślę, że nie ma sensu już dłużej tego przed tobą ukrywać, ale nie rozmawiajmy tutaj. Proszę. – Wręczył mi wizytówkę, którą wyciągnął z kieszeni. Kiedy będziesz gotowa się ze mną spotkać,  śmiało zadzwoń. Ale powiedz o tym Robertowi.
– Dobrze.
– Pozwolisz, że już odjadę?
– Tak, ale…
– Słucham?
– Chciałabym wiedzieć, kto nadał mi imię? – zapytałam o to tylko by jeszcze przez chwilę go zatrzymać.
– Imię? – zdziwił się.
Zaskoczyło go moje pytanie? Może myślał, że zapytam o coś innego.
– Ach. To był mój pomysł. Moja matka miała na imię Katherine. Urodziłaś się w dzień jej śmierci.
– Rozumiem – powiedziałam i westchnęłam. – Dziękuję za imię i odpowiedź. Bardzo mi się ono podoba.
– Kondolencję z powodu mamy.
– Dziękuję.
Wszedł do samochodu, a kiedy odeszłam na chodnik odjechał.
– To był on? – zapytała Tiffa, gdy podeszłam do nich do samochodu z przyciśniętą do piersi wizytówką.
Pokazałam jej wizytówkę, kiwając głową. Kiedy już wszyscy ją zobaczyli powiedziałam:
– Chcę się z nim spotkać. On jest moim biologicznym ojcem, więc chcę wiedzieć o nim wszystko, żeby poznać drugą połowę siebie. – Zamilkłam. – Jest taki podobny do mnie. Nie. Ja jestem podobna do niego. Bardziej niż do mamy. Po niej mam tylko oczy.
– No już dobrze, nie rozmyślaj tak o nim, Flame – powiedział Oliver śmiejąc się. – Zastanowimy się nad tym i ustalimy wszystko, ale teraz czas wracać do domu i odpocząć.
– Masz rację – przyznałam.
W samochodzie usiedliśmy, chłopcy z przodu, a ja, Tiff i Max z tyłu.
– Tiffany? – zaczął Max, kiedy ja już wsiadłam do auta.
– Hmm?
– Usiądziesz w środku? – zapytał.
– Czemu?
– Nie lubię siedzieć w środku. – Kłamca!
– No dobra.
Na cmentarz Max przyjechał z Robbym, więc nie mieliśmy problemu, ale teraz… To już szczyt wszystkiego, żeby z powodu uratowania mu życia, nie chciał ze mną rozmawiać, ani mieć żadnego kontaktu, nawet cielesnego. Ale do babci Violet to się nie przeprowadzi. W willi mu wygodnie. Mały cholerny książę.


~*~*~*~*~*~

Podobało się? Nie? Mnie też nie xD