sobota, 13 października 2012

Saugh


Zapraszam pierwszą notkę, mam nadzieję, że się spodoba :)



Szum w głowie już od tygodnia nie dawał mi spokoju. Kilka minut temu się obudziłam. Leżałam właśnie na łóżku w swoim pokoju z nogami uniesionymi nad jego wezgłowiem. Wysłałam sms’ a do mojej najlepszej przyjaciółki, że chyba nic nie wyjdzie z naszego dzisiejszego wyjścia na plażę. Głowa bolała mnie niemiłosiernie.
Nie doczekawszy się odpowiedzi zwlekłam się z łóżka i poczłapałam na boso na dół do kuchni. Na schodach poczułam zapach świeżo zaparzonej kawy.
Mama stała przy blacie i nalewała do filiżanki kawy, tata siedział przy stole i czytał gazetę, a mój młodszy braciszek Max wsypywał z kartonu czekoladowe groszki do miski. Usiadłam przy stole na swoim zwykłym miejscu i przyłożyłam czoło do chłodnego blatu stołu.
– Dzień dobry, Katherine – przywitała się mama. – Co się stało, że tak wcześnie wstałaś?
– Wcześnie? – mruknęłam, przekręcając głowę nie odrywając jej od stołu i spoglądając na zegar na kuchence. Było po ósmej. – Mamo?
– Tak?
– Mamy jakiś lek na ból głowy? – zapytałam.
– Głowa cię boli? – Podeszła do mnie, a ja podniosłam się do pozycji siedzącej, żeby mogła położyć mi dłoń na czole.
– Nie masz gorączki. Od jak dawna cię boli?
– Bodajże tydzień.
– Kochanie, wracaj do łóżka, zaraz ci przyniosę zimny kompres. Prześpij się jeszcze troszkę, dobrze?
– Tak, mamo. – Wstałam od stołu i poczłapałam w stronę wyjścia.
– Tato! – zawołał Max. – Kat, nie ma spodni!
– Nie krzycz kurduplu. – Mylił się. Pod krótką jedwabną koszulką nocną miałam spodenki. Podciągnęłam piżamę i wychyliłam biodro w jego stronę. – Bardzo proszę o ciszę, braciszku.
Max miał czternaście lat i zachowywał się jak niedorozwój. Wkurza mnie na każdym kroku, ale i tak go kocham. Przyznam z satysfakcją, że mam nad nim władzę, bo jest ode mnie młodszy o prawie dwa lata.
– Dobranoc – powiedziałam i powłóczyłam nogami do swojej sypialni.
Na miejscu wzięłam do ręki telefon i spojrzałam na wyświetlacz. Nie było żadnej nowej wiadomości. Położyłam się i przykryłam głowę cienką narzutą. Ból był nie do zniesienia, zamknęłam oczy i próbowałam nie zwracać na niego uwagi.
Kilka minut po tym przyszła mama i położyła mi mokry, zimny ręcznik na czole. Wzięłam aspirynę, po czym zasnęłam.

Obudził mnie piosenka Paramore – „Brick by Boring Brick” i dopiero wtedy zauważyłam, że zasnęłam z komórką w ręce. Ktoś dzwonił, więc nacisnęłam na dotykowym ekranie „odbierz”.
– Halo – powiedziałam ziewając.
– Jak to nie przyjdziesz na plażę! – wrzasnął mi ktoś do ucha, ale głowa nie bolała mnie już prawie wcale, więc wytrzymałam hałas.
– To ty, Tiffany? – zapytałam, strzepując piasek Piaskowego Dziadka z oczu.
– Oczywiście, że ja. A niby kto!? Kat, powiedz, że pójdziesz dziś ze mną na plażę.
– Jeszcze nie wiem. Impreza jest wieczorem, a mnie boli głowa, więc… – tłumaczyłam.
– Piłaś wczoraj? – zapytała już całkiem poważnie.
– Tak, ale tylko jedno piwo – przyznałam. – A głowa boli mnie już od jakiegoś czasu.
– To nawet mniej ode mnie. Ale przestanie cię boleć do wieczora? – zapytała z nadzieją.
– Tak. Zauważyłaś, że sms’ a wysłałam ci o ósmej, a teraz jest – spojrzałam na zegarek na szafce nocnej. – Prawie jedenasta.
– Miałyśmy iść dzisiaj do fryzjera.
– Możemy już zaraz pójść. Tylko się ubiorę i zrobię coś z włosami.
– Jej! – wrzasnęła. – Spotkamy się na przystanku.
Usłyszałam kliknięcie, które oznajmia koniec połączenia.
Zdjęłam z czoła już suchy ręcznik, który o dziwo nie spadł i poszłam do łazienki. Wzięłam błyskawiczny zimny prysznic i wróciłam do pokoju. Założyłam czarne rurki, czarną bluzę w duże białe groszki z kapturem i sino koperkową koszulkę z nadrukiem misia z tasakiem w głowie.
Zeszłam na dół do salonu, gdzie Max siedział przed telewizorem. Podeszłam do niego i zabrałam mu kanapkę z sałatą, żółtym serem i rzodkiewką.
– Hej! – zaprotestował.
Uderzyłam go lekko otwartą dłonią w tył głowy i pokazałam mu język. Ugryzłam kanapkę i poszłam do kuchni , gdzie rozmawiali rodzice.
– Tatku, dostałabym kilka dolarów? Na autobus i fryzjera? – zapytałam i zjadłam ostatni kęs kanapki.
– Tak, zaraz ci dam. – Wstał od stołu i wyszedł z pomieszczenia, żeby po chwili wrócić z portfelem. Wyciągnął z niego kilka banknotów i wręczył mi, ale gdy je złapałam on ich nie puścił. – Na pewno do fryzjera?
– Tak, tato. A niby na co?
– No nie wiem. Może na dzisiejszą imprezę na plaży?
– Nie. Idę z Tiff do fryzjera i potrzebuję na autobus, żeby się tam dostać.
– Idziesz tam? – mama przestała wycierać mokre naczynia i zaczęła mi się przyglądać.
– Nie wiem. Moi znajomi chcą, żebym tam poszła, ale jeszcze głowa mnie boli.
– Naprawdę? – ojciec nie krył swoich wątpliwości.
– Tak, tato. Naprawdę.
– Gdy wczoraj wróciłaś, czuć było od ciebie alkohol.
– Bo byłam w klubie, a tam dużo osób z którymi tańczyłam piło.
– Jakim klubie?
– Planet Bang. – Nie musiałam tego ukrywać, bo i tak by go nie znaleźli.
– Jeśli dziś wieczorem, gdy wrócisz do domu wyczuję od ciebie alkohol, to już nigdy nie pójdziesz na żadną imprezę – zagroził. – Tylko do szkoły i nigdzie indziej, chyba że z nami. – Dopiero teraz puścił pieniądze.
– Katherine, masz dopiero piętnaście lat – powiedziała mama.
– W październiku skończę szesnaście.
– To i tak za mało.
– Ludzie, ja chciałam iść tylko do salonu.
Wyminęłam tatę, załapałam trampki i wybiegłam na werandę, zakładając je w podskokach. Do przyjazdu autobusu zostało mi tylko kilka minut. Za mało, żeby tam dojść. Schowałam pieniądze do kieszeni jeansów i puściłam się biegiem w dół mojej ulicy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz