piątek, 30 listopada 2012

I Present To You Oliver...



Notka ukazuje się na prośbę mojej koleżanki z klasy. Mimo, że już to czytała cały czas mnie męczy. zapraszam ;)


Zeszliśmy na dół do jadalni.
– Dzień dobry rodzinko. – przywitałam się siadając obok Maxa. Oliver pomógł mi z krzesłem, a potem usiadł naprzeciwko mnie.
Na czele stołu siedział tata, naprzeciw niego mama, na środku naprzeciw mnie Oliver, a obok mnie Max. Ojciec specjalnie odstawił szóste krzesło, żeby Oliver wiedział gdzie jest jego miejsce.
– No to… może porozmawiamy, zanim zapiekanka dojdzie? – powiedziała Sally. – Oliver, tak? – zapytała.
– Tak.
– A nazwisko?
– Sunwood.
– Ach tak.
– A jak tam szkoła? – zapytał tata.
– Chodzę do prywatnej szkoły w Mieście Światła.
– Miasto Światła? – zapytała zdziwiona mama. – Nigdy o nim nie słyszałam.
– To nazwa małego miasteczka, której używa tylko młodzież. – No i mam odpowiedź na pytanie z wczorajszego wieczoru.
– A jak nazywa się naprawdę?
– Nie ma pojęcia – powiedział unosząc kąciki w uśmiechu.
– Naprawdę? – zdziwiła się mama. – To dziwne, żeby nie wiedzieć jak nazywa się miasto.
– Właściwie to moja szkoła jest położona poza miastem. Rzadko kiedy możemy wyjść poza teren szkoły, mamy zbyt dużo zajęć.
– To dobrze. – Tato pozostawał nieugięty, jeśli chodzi o akceptację. – Sądzę, że niepełnoletnie całkowicie powinni mieć zajęty czas i godziny policyjne. Katherine, tobie by się to przydało.
Spojrzał na mnie wściekle.
– A jak się uczysz?
– Jestem na samym szczycie pierwszej dziesiątki najlepszych uczniów. – Sumiennie odpowiadał na każde zadane pytanie.
– A internat? Razem dla wszystkich?
– Ależ oczywiście, że nie. To by było nie do pomyślenia. Chłopcy mają jeden budynek dla siebie, po jednej stronie szkoły, a dziewczęta po drugiej. Całą noc teren szkoły jest patrolowany, a jeśli ktoś po ósmej wieczorem wyjdzie z internatu jest zawieszany w prawach ucznia.
– Podoba mi się ta szkoła.
– A czesne? – zapytała dla odmiany mama.
– Nie jest wysokie. Dwieście pięćdziesiąt dolarów miesięcznie.
– Jest czerwiec, więc dlaczego nie jesteś w szkole? – zapytał Kris.
– Chciałem odreagować od pewnego wydarzenia. Zamieszkałem z moim wujostwem i kuzynem. W szkole zostałem zwolniony do końca roku szkolnego.
– Nie wnikam, ale jak to wszystko nadrobisz? – Sally pochyliła się nad stołem.
– Jakoś mi się uda. Mam przecież całe wakacje, a niedawno spotkało mnie szczęście. – Tu spojrzał na mnie. Zarumieniłam się, a to nie uszło uwadze moich rodziców i Maxa.
– Szczęście? – zapytała mama, udając, że nic nie widziała.
– Poznałem państwa córkę.
No czole Robby’ ego zaczęła pulsować żyła.
– Zapiekana już chyba jest gotowa. Pójdę sprawdzić. Katherine?
– Tak, mamo.
Wstałyśmy od stołu i przeszłyśmy do kuchni.
Nie lubiłam kiedy chciała być moją przyjaciółką, ale wiedziałam, że teraz to było nieuniknione i musiałam z nią o tym porozmawiać.
– Wspaniały jest! – powiedziała przyciszonym głosem, zakładając rękawice kuchenne.
– Wiem.
Oparłam się biodrem o blat.
– Mamo? – zapytałam cicho.
– Tak? – Wyciągnęła żaroodporne naczynie z zapiekanką i położyła je na drewnianej desce do krojenia.
– Mogę z nim być? To znaczy… Czy nie przeszkadza ci to, że…
– O co ty mnie pytasz? Chłopak jest całkowicie odmienny od ciebie. Może ściągnie cię na dobrą drogę.
– Bardzo śmieszne.
– Jak długo się znacie?
– Od dłuższego czasu. Poznaliśmy się na koncercie Damon Band.
– Aha.
Wróciłyśmy do pokoju, mama z zapiekanką a ja z talerzami w dłoniach.
Sally postawiła naczynie żaroodporne z zapiekanką na deskę do krojenia, a ja poukładałam talerze. Pierwszy postawiłam przed tatą, później Oliver, Max, mama i ja.
– Mam nadzieję, że lubisz pieczarki Oliverze. Bo sporo ich dałam.
– Oczywiście, że lubię – powiedział z uśmiechem.
Sally zaczęła rozkładać zapiekankę na równe porcje i nakładać na talerze. Oczywiście pierwszym, który dostał zapiekankę był Oliver. Uprzejmie poczekał, aż mama skończy. Dyskretnie kopnęłam go w nogę, żeby jeszcze nie zaczynał jeść.
– Pomódlmy się – powiedział tata, składając dłonie razem.
Złożyliśmy ręce i Robby zaczął.
– Dziękujemy ci panie za ten posiłek i prosimy, aby nigdy naszej rodzinie tego nie zabrakło – zamilkł i spojrzał na mnie.
– Tak, dziękujemy panie. I proszę odbierz mi moją niewiedzę i roztargnienie.
Max parsknął śmiechem, a po na twarzy Olivera pokazał się cień rozbawienia.
– Katherine! – wrzasnął ojciec.
– No co? Czy to nie prawda?
– Prawda, jedzmy już – powiedziała Sally wbijając widelec w zapieczony ser i pieczarkę.
– Ha ha ha! – Max nadal się śmiał.
– Synku uspokój się.
– Mamo, ale Kat, powiedziała, że jest głupia. Muszę wejść na facebook’a! – zaczął wstawać.
Robby odchrząknął, więc Max usiadł.
– Nie powiedziałam, że jestem głupia, matole. To w jaki sposób interpretujesz słowa innych, świadczy o tym, że ty jesteś głupi.
Zamknął się i naburmuszony zaczął jeść.
Oliver też spróbował.
– Mmm – mruknął.
– Coś nie tak? – zapytała mama.
– Nie tak? Proszę pani to najwspanialsza zapiekanka jaką kiedykolwiek jadłem!
Sally oblała się rumieńcem i powiedziała:
– Naprawdę? Dlaczego tak sądzisz?
– Czasami z chłopakami z mojego rocznika godujemy i Paul, mój przyjaciel mówi, że jego zapiekanka z mięsem i makaronem jest najwspanialsza ze wszystkich możliwych. Nie przeczę, że jest wyśmienita, ale pani… Przekracza pani najwspanialsze granice smaku.
– Och – wyrwało jej się.
No to złapał ją za serce. Już nic nie zmieni jej zdania na temat Olivera. Chyba, że mnie zrani, ale… Nie myśl teraz o tym!
– Moja żona jest właścicielką najlepszej restauracji w Los Angeles – powiedział tata.
– To świetnie! Kiedyś musze ją odwiedzić i spróbować więcej takich przysmaków.
– O boże! Restauracja. – Sally zerwała się z miejsca i podbiegła do Robby’ ego, żeby pocałować go w policzek. – Dziękuję kochanie, że mi przypomniałeś. Dziś ma nas odwiedzić najostrzejszy kryty kulinarny jakiego zna Cała Ameryka! Biorę Lexusa!
Roomster Lexus należał do taty, ale mama czasami go pożyczała. Mówiąc czasami, mam na myśli zawsze gdy gdzieś jechała.
Pobiegła do swojej sypialni, po chwili wyszła już bez fartucha i elegancko ubrana. Przed drzwiami założyła czarne szpilki i wyszła.
Po zjedzonym obiedzie Oliver pomógł mi pozmywać, bo Kris zwiał do swojego pokoju, a tata chciał odpocząć przed telewizorem, zanim pójdzie do pracy. Jak tak można traktować gościa. Pewnie usłyszałabym coś w stylu: To twój gość, ty się nim zajmuj.
Byłam tak tym wkurzona, że o mało nie pobiłam talerza, ale na szczęście Oliver go złapał zanim ten spadł na podłogę.
– Co się stało? – zapytała Oliver odkładając talerz do zmywarki.
– Nic – powiedziałam siadając na podłodze. – Absolutnie nic! – Oparłam się plecami o szafkę pod zlewem.
– Katherine. – Usiadł koło mnie.
– Chodzi o to jak ojciec cie traktuje. Jesteś gościem w naszym domu, a on siedzi z dupskiem w fotelu i udaje, że ciebie nie ma.
– Kat, taka jest natura ojców. Gdybym był na jego miejscu też bym nie miał zaufanie do adoratorów mojej córki.
– No dobra, ale nadal nie musisz mi pomagać z naczyniami.
– Nie muszę , ale chcę.
Zamknął zmywarkę i  włączył ją.
– Przejdziemy się? Może chcesz wygadać się Tiffie?
– Nie jestem plastikiem, który od razu leci do swojej przyjaciółki u wszystko jej wygaduje – oburzyłam się.
– Przepraszam.
– Żartowałam! Zaraz jej wszystko opowiem, ale plastikiem nie jestem.
– Nie, jesteś super fajną rockową dziewczyną.
– Dzięki.
Pocałował mnie szybko w usta i pomógł wstać.
– Mam ochotę zaszaleć – powiedziałam przyciszonym głosem.
– Namówimy Marco na koncert?
– Jasne! Idę się spakować. Pomożesz mi?
– Spakować?
– Ciuchy na koncert.
– To chodźmy.

piątek, 16 listopada 2012

Now I Have Boyfriend


Tak jakoś mi się nudzi i zaczęłam pisać, więc coś takiego wyszło:

W poprzedniej notce - "Komórkę położyłam na sedesie, więc nie musiałam się za bardzo ruszać, żeby ją dosięgnąć. Wytarłam ręce i spojrzałam na numer.
Nieznane."


Chciałam odrzucić, ale pomyślałam, że to może być Oliver, któremu Tiffa dała mój numer.
I nie myliłam się.
– Halo?
– Z tej strony Oliver. Tiff dała mi twój numer.
– Wiem. Zadzwoniła i pytała, czy może.
– Aha. Dobrze się już czujesz? – W jego głosie pobrzmiewała nuta zmartwienia i jakby przerażenia.
– Tak, wszystko dobrze. Wiesz… ja czasami tak mam.
– To niedobrze. Byłaś z tym u lekarza?
– Nie. Wszystko jest w porządku.
– Ee… gdzie jesteś?
– W domu, a co?
– A dokładniej?
– U siebie.
– Aha. Zaczekasz chwilkę?
– Na co? – Nie usłyszałam już jego głosu, właściwie to nic nie słyszałam.
Spojrzałam na telefon.
Połączenie zakończone
Uchylone drzwi od łazienki otworzyły się całkowicie, kiedy odkładałam telefon.
Chciałam wrzasnąć, bo myślałam, że Max, próbuje mnie podglądać, ale kiedy zobaczyłam kto stoi w drzwiach, zamarłam.
Na jego twarzy malowało się zakłopotanie, a policzki oblały się rumieńcem.
Nachylałam się przez brzeg wanny i nadal trzymałam telefon nad zamkniętym sedesem. Woda zakrywała mnie tylko do linii wcięcia w talii, ale na szczęście nagi biust zakrywał mi brzeg wanny.
Puściłam telefon i znużyłam się w wodzie i pianie po szyje, w tym samym momencie, w którym Oliver odwrócił się i zamkną drzwi.
– Przepraszam, nie wiedziałem… – szepną, przez szparę w drzwiach.
– Nie szkodzi… ee… Zaraz wyjdę.
– D-dobrze.
Usłyszałam jego kroki i skrzypnięcie obrotowego krzesła przy biurku po drugiej stronie pokoju.
Zanurzyłam głowę w wodzie i zaczęłam masować ją palcami, żeby pozbyć się soli i piasku. Wychodząc z wody zawinęłam włosy w ręcznik i założyłam na siebie puchowy szlafrok. W łazience miałam drzwi do garderoby, więc przeszłam przez nie i założyłam szeroką szarą koszulkę odkrywającą pępek i jedno ramie i krótkie spodenki. W garderobie przy oknie stała toaletka, tam uczesałam włosy i powoli wyszłam do pokoju.
Oliver siedział odwrócony do mnie plecami i wpatrywał się w zamknięty laptop.
Oblałam się rumieńcem, kiedy wspomniałam co przed chwilą zaszło. Niestety w tym momencie on się odwrócił i to zobaczył.
– Jeszcze raz przepraszam – powiedział wstając.
– Nic nie szkodzi. Już mówiłam…
– Ładnie wyglądasz.
– Dziękuję. Rozłączyłeś się – dodałam po chwili.
– Wiem, przepraszam.
– Znów przepraszasz. Trzeci raz w ciągu kilku minut.
– Przeprasza, że przepraszam.
Zaśmiałam się i usiadłam na łóżku, przy wezgłowiu. Po chwili gdy Oliver usiadł z drugiej strony, wstałam i podeszłam do drzwi.
– Zaczekasz jaszcze chwilkę?
Skinął głową.
Otworzyłam drzwi i spojrzałam na Max’ a, który jeszcze przed chwilą trzymał ucho przy dziurce od klucza.
– Co ty tak właściwie robisz? – zapytałam, a on spojrzał na mnie z dołu.
– Nic – powiedział niewinnie i się wyprostował.
– Spadaj kurduplu, bo powiem tacie, że odwiedzasz strony dla dorosłych.
– Już mnie nie ma. – I pobiegł do swojego pokoju z naburmuszoną miną.
Poczekałam, aż zamknie za sobą drzwi i wtedy zamknęłam moje i przekręciłam klucz w zamku.
Odczekałam chwilę i odwróciłam się do Olivera, opierając się plecami o drzwi. Na szczęście patrzył jak firana porusza się na wietrze w miejscu, gdzie były otwarte drzwi balkonowe.
– Przepraszam za niego, on tak zawsze.
– Nic się nie stało, też miałem młodszego brata.
– Miałeś?
– Tak. – Teraz siedział już wyprostowany i sztywny jak posąg. – Razem z moimi rodzicami zginął w pożarze, to dlatego teraz mieszkam u Marco.
– Przykro mi.
– Nic nie szkodzi.
– Zmieńmy temat.
– Jak się czujesz? – zapytał.
– Dobrze. – Już dobrze, od kiedy przyszedłeś. – Wieczorem zazwyczaj boli mnie głowa. Ale rano zawsze jest lepiej.
Coś stuknęło w ścianę, która dzieliła mój pokój od pokoju Max’ a.
– To dobrze.
Zauważyłam, że Oliver się we mnie wpatruje.
– Tak, niemiło jest kiedy ból odbiera ci wszystkie możliwości.
Podeszłam do ściany i uderzyłam w nią bokiem zaciśniętej w pięść dłoni. Głośno huknęło i  usłyszałam krzyk Max’ a.
– Co się stało? – zapytał Oliver.
– Na tej ścianie Max ma półkę, a tam komiksy i figurki. Właśnie wszystko zleciało na jego głowę.
No i teraz mamy spokój. Po chwili dało się słyszeć dźwięk bitego szkła.
– A to?
– Pobił słoik, który przykładał do ściany. Zawsze tak robi, kiedy Tiffa do mnie przychodzi.
– Aha. Ja…
– Tak? – zapytałam, siadając na łóżku.
– Chciałem ci podziękować za wczorajsze i przeprosić za to, że złapałem cię za pośladki.
Zaśmiałam się.
– Nic nie szkodzi. Wiesz, że to było całkiem przyjemne.
– Tak?
Nachylił się do mnie odrobinę.
– Tak. Jak na pierwsze dwa pocałunki w życiu to całkiem przyzwoicie.
– A co powiesz na kolejny? Postaram się bardziej.
Prowokacja zakończona powodzeniem.
Uniosłam dłoń do góry.
– Jestem za.
Uśmiechną się łobuzersko, a ja oparłam się na łokciu. Odsunął się bardziej w nogi łóżka i nachylił się nade mną.
Poczułam nagły przypływ ciepła, kiedy jego wargi odnalazły moje. Złączeni pocałunkiem przesunęliśmy się na poduszki na łóżku i zaczęliśmy przytulać. Rozpięłam guziki jego koszuli i zsunęłam ją z jego ramion.
Mięśnie jego brzucha były idealnie wyrzeźbione i twarde. Zdjął koszulę i znów nachylił się nade mną, a srebrny łańcuszek, który miał zapięty na szyi dotknął mojej skóry na obojczyku. Metal był przyjemnie ciepły, tak jak ciało Olivera.
Przyciągnęłam go jeszcze bliżej, oplątując jego szyję rękoma. Chciałam zgiąć nogi w kolanach i opleść nimi pas Olivera, ale spodenki krępowały trochę moje ruchy.
– Zaczekaj – przerwałam mu, kiedy całował mnie po szyi.
– Co? – zapytał, ciężko oddychając.
– Muszę pooddychać.
Uniosłam się na łokciach, a on uniósł kącik ust w uśmiechu. Po chwili znów się położyłam i przyciągnęłam go za srebrny łańcuszek na szyi. Dopiero teraz zobaczyłam co na nim zawiesił. Było to maleńkie srebrne słoneczko z zakręconymi promykami.
Pocałował mnie tak jak wczoraj przy samochodzie.
Zdjął mi przez głowę koszulkę.
Kiedyś zapytałam Tiffany, jaki pocałunek jej zdaniem jest najlepszy i od razu tego pożałowałam, bo zaczęła ze szczegółami opisywać pocałunki z Marco. Ale teraz sama mogę to ocenić. Najbardziej lubię francuskie pocałunki.
Jego język pieścił mój język, podniebienie i policzki, ale kiedy, gładząc moje ramiona zdjął mi ramiączko stanika i sięgnął do tyłu, żeby go odpiąć odepchnęłam go.
– Przestań! – powiedziała trochę za głośno.
– Poniosło mnie, przepraszam.
– Znów przepraszasz.
– Za szybko? – zapytał.
– Tak. Zdecydowanie za szybko. Oliver, ja nie mam jeszcze szesnastu lat.
– Ja nie mam jeszcze osiemnastu. A tak na marginesie. Kiedy masz urodziny?
– A ty? – nie chciałam mu mówić, kiedy jest moja szesnasta rocznica.
– Drugiego sierpnia.
– Trzydziestego pierwszego października.
– W Noc Duchów.
– No. O jedenastej dwanaście wieczorem.
– To już noc.
– Noc zaczyna się o trzeciej.
– Imprezowa dziewczyna z ciebie.
Uśmiechnęłam się, a on pocałował mnie w zagłębienie między piersiami.
– Robiłeś to już?
– Co już robiłem?
Znów mnie pocałował, ale teraz nad pępkiem.
– No wiesz co. – Położyłam dłonie na staniku.
– Aaa, to. – Na jego policzkach pokazały się szkarłatne plamy.
– Robiłeś to, prawda? Z nią? – Jakoś nie mogłam wypowiedzieć imienia jego byłej.
– Tak, z nią. I co z tego?
– Nic. Przecież nie robię ci wyrzutów. Chcę tylko, żebyś wiedział, że nie chcę stracić dziewictwa przed osiemnastymi urodzinami.
– A.
– A kiedy ty…?
– Nie mieliśmy jeszcze siedemnastu lat.
– Aż tak długo z nią byłeś?
– Tak. Była dla mnie powietrzem, którym oddychałem. Ale teraz ma coś lepszego…
Złożył pocałunek na mojej dłoni, a potem coraz wyżej i wyżej, aż do ramienia, obojczyk, szyję, brodę, aż w końcu usta. Ten pocałunek zapewnił mi koleją dawkę żaru.
– Mam płomień, który rozpala moje serce do życia.
I znów zaczął mnie całować. Leżeliśmy tak na moim łóżku pół nadzy, aż do południa. Rozmawialiśmy, do momentu, w którym ktoś zapukał do drzwi mojego pokoju.
– Katherine? Zejdziecie na dół? Zrobiłam zapiekankę z makaronem, serem i pieczarkami. Tak jak lubisz – powiedziała przez drzwi mama.
Oderwawszy usta od warg Olivera spojrzałam na drzwi.
– Idziemy? – zapytałam cicho.
– Twoja ulubiona?
– Taa. No wiesz… lubię pieczarki.
– Ja też. No to co?
Byłam tak zajęta, że nie czułam głodu.
– Nie jadłam śniadania.
– To nie dobrze. Idziemy na dół.
– Zaraz będziemy! – zawołałam ponad ramieniem Olivera.
– Dobrze.
Chwilę zwlekała, a potem odeszła, bo usłyszałam jej kroki na schodach.
Teraz to ja byłam na górze. Siedziałam okrakiem na biodrach Olivera. Nachyliłam się i pocałowałam go, ale oderwałam się i zeszłam z łóżka. Po chwili, on też wstał i założył czarną koszulę na ramiona. Podeszłam do niego i  za pasek jego czarnych spodni przyciągnęła go do siebie.
– Zapniesz? – zapytał, obejmując mnie.
Zapięłam po kolei każdy guzik, od dołu, a na samej górze zostawiłam trzy odpięte.
Pochylił się i znów zaczął pocałunek. Wplotłam palce w jego ciemnobrązowe włosy i zrobiłam na jego głowie artystyczny nieład.
– Uczesz włosy, bo ci się poplątały.
 Pogładził mnie po włosach.
– Sugerujesz, że nieładnie wyglądam? – zapytałam kierując się w stronę garderoby.
– Nie. Dla mnie zawsze pięknie wyglądasz. Nawet jeśli będziesz zaspana i rozczochrana.
Zaśmiałam się i usiadłam przed toaletkę. Zaczęłam rozczesywać włosy.
– Co to? – zapytał Oliver, wskazując na ścianę pomiędzy drzwiami na korytarz, a tymi od łazienki, kiedy wróciłam do pokoju.
– To, są moje rysunki.
– A to kto?
Teraz wskazał na rysunek chłopaka z mojego snu. Czerwono włosego chłopaka o czerwonych oczach, w których igrały wesołe ogniki. Dopiero gdy podeszłam do Olivera, zobaczyłam, że rysunek chłopaka jest podobny, ba! Wyglądał jak Oliver. Rysunek miał już kilka dni, ale nie napisałam na nim daty, więc mogłam skłamać.
– To ty. Narysowałam zanim przyszedłeś.
– Aha. Ale dlaczego mam włosy takiego koloru jak ty i dlaczego moje oczy, są czerwone?
– Nie wiem, tak jakoś.
– Ale moje oczy, są brązowe.
– Wiem.
– Ale dlaczego?
– Nie pytaj artystki, bo ona sama nie wie.
Otworzyłam drzwi na korytarz. Drzwi od pokoju Max’ a były otwarte.
– Masz rację – artystka. Twoje prace wyglądają jak prawdziwe. Wiesz, co?
– Hmm? – odwróciłam się do niego, bo do tej pory wpatrywałam się w drzwi pokoju Max’ a.
– Jak tak na nie patrzę to wyglądają jakby żyły. – Podszedł do mnie.
– Tak?
– Tak. – Przyciągnął mnie bliżej siebie i pochylił, żeby pocałować.
– BŁEE! – Usłyszałam z korytarza.
Oderwałam się od Olivera i odwróciłam się. Za nami, niedaleko schodów stał mój ukochany młodszy braciszek.
– Zamknij się kurduplu i spadaj.
– To było ohydne – powiedział.
– Poczekajmy na dzień, w którym ty się będziesz całować.
Oliver objął mnie od tyłu i pocałował w zagłębienie pomiędzy szyją, a ramieniem.
Max zbiegł po schodach i już go nie widziałam.
– Idziemy? – zapytał Oliver.
– Tak, ale najpierw, zanim zapomnę: jakby co znamy się od kilku miesięcy, ale… – zaczęłam.
– … dopiero wczoraj zaiskrzyło?
Dokładnie. Eee…
– Co?
– Nie wiem jak masz na nazwisko.
– Sunwood. A ty Satine?
– Taa.

wtorek, 6 listopada 2012

Love Hangover


No dobra, przydało by się coś napisać na wstępie, więc...:
Dziękuję SuSusce za komentarz pod prologiem. Kurde gdyby nie ty to bym nawet nie wiedziała co to blog, hehe. I to nie bujda!
Ok, kolejna notka Light My Fire, której (zresztą jak moich pozostałych blogów :( ) nikt nie polubi. Nie zanudzam zapraszam na notkę.

P.s. Dzięki Natalii z mojej klasy za poleceni mi pewnego świetnego bloga: sweet--sound.tumblr.com
Oczywiście zachęcam do czytania go ^.^


Na plaży Marko i Tiff zostali przy samochodzie, a ja I Oliver poszliśmy do wody. Co tu dużo gadać. On zdjął swoją koszulę, więc ja zdjęłam swoją i pływaliśmy tak w dżinsie, krępującym nasze biodra i rozmawialiśmy o sobie.
Po jakimś czasie zostawiliśmy Marco i Tiff na plaży, bo stamtąd mięli blisko do domu Marco, a ten chciał jej coś pokazać u siebie w ogrodzie.
Oliver odwiózł mnie do domu, bo głowa zaczęła mnie boleć tak samo jak dziś rano. Do domu wniósł mnie na rękach, bo przez tępy ból w skroniach nie mogłam się utrzymać na nogach. Ramieniem nacisnął dzwonek, drzwi otworzył tata. Był zdziwiony widząc młodego chłopaka w drzwiach swojego domu z jakąś, prawdopodobnie pijaną dziewczyną na rękach. Dopiero po chwili, gdy mama podeszła do taty, poznała mnie natychmiast.
Ojciec był zbyt zszokowany, żeby zabrać mnie od Olivera, więc mama kazała mu zanieść mnie na górę. W mojej sypialni położył mnie na łóżku, a mama zamknęła za nami drzwi. Położył się obok mnie i zaczął głaskać dwoma palcami po skroni.
Ból był nie do wytrzymania, ale jak najbardziej byłam świadoma tego co się wokoło mnie działo.
Brązowowłosy patrzał na mnie bez słowa, ale po chwili zaczął coś śpiewać. Coś bardzo znajomego, ale jednak nie zrozumiałam ani słowa, bo śpiewał w jakim dziwny języku. Wsłuchałam się w jego melodyjny cichy głos tak bardzo, że w końcu zasnęłam.


Śniło mi się, że miałam na sobie białą długą suknie z gorsetem, z rozcięciem na prawym udzie i wizerunkiem czerwonego słońca na lewym. Nie miała ramiączek, tylko biały rzemyk na szyję, zakończony przy gorsecie małym czerwonym słoneczkiem, takim jak na udzie.
Stałam na boso w kręgu ognia, wokoło mnie z wysokości dwudziestu metrów spadał wodospad wody, zamykający się w kolejny krąg wokoło mnie, nad moją głową huczał wiatr i śmigały złote błyskawice. Kolejnym kręgiem były drzewa.
Przejrzałam się w tafli wody. Moje włosy, zarówno jak i tęczówki błyszczały szkarłatem.
Próbowałam otaczającym mnie ogniem przełamać te kręgi. Nie wiem jak to zrobiłam ale z moich dłoni wylatywały płomienie czerwonego ognia. Nic to nie dawało, bo wody było zbyt dużo.
Po kilku próbach, w których próbowałam przebić wodospad kulami ognia, poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Dłoń należącą do Olivera.
Spojrzałam na niego. Uśmiechnął się i podał mi dłoń. Razem wykonaliśmy jaką skąplikowaną pieczęć i puściliśmy przed siebie strumień czerwonego ognia, który przybrał wygląd chińskiego smoka. Bestia pognała jak szalona i w mgnieniu oka złamała wszystkie bariery żywiołów….
               
– Katherine, obudź się.
– Oliver? – zapytałam szukając go ręką na pościeli.
Natrafiłam na coś ciepłego i małego.
– Kto to Oliver? – zapytał ten ktoś.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to Max, a ja właśnie próbuję go przytulić. Otworzyłam oczy i odepchnęłam go tak mocno, że spadł z łóżka.
– To ten koleś, który leżał wczoraj z tobą w łóżku?
– Tak, ten. I co z tego?
– A nic. – Wstał z podłogi i pomasował ramię, bo najwyraźniej je sobie stłukł.
– Co robił!? – Dopiero teraz dotarły do mnie jego słowa.
Może jednak Tiff ma racje? Mam spóźniony refleks.
– Leżał w twoim łóżku.
Dopiero teraz zaczęłam sobie przypominać. Teraz także widziałam dokładnie mój sen. Za każdym z kręgów stały postacie, a razem było ich osiem i to one panowały nad żywiołami, tak jak ja i Oliver nad ogniem.
– Spadaj. Muszę się przebrać.
– Rodzice chcą cię widzieć.
– Powiedz im, że najpierw wezmę prysznic.
Odchrząknął, kiedy wychodziłam spod kołdry.
– Uwaga cytuję: „Ma się niezwłocznie pokazać w kuchni, albo… Nie, nie. Jak przyjdzie to się dowie.” Tak powiedział tata.
– Dobra, kurduplu. Idziemy.
Wyszliśmy z mojego pokoju i zeszliśmy na dół do kuchni.
Po drodze przypomniało mi się też, że te postacie w moim śnie szeptały coś do mnie. Coś podobnego do tego co śpiewał mi wczoraj Oliver. Sen został ochrzczony tytułem „Nocne Szepty”.
Gdy weszłam do kuchni poczułam na sobie ciężar oskarżycielskiego spojrzenia ojca, jakim zwykł mnie zaszczycać. Nie owijając w bawełnę powiedział:
– Kim był ten młody mężczyzna, który przyniósł cię wczoraj, gdy byłaś pod wpływem alkoholu?
– Odpowiem po kolei na wszystko, tylko nie krzycz.
– Na to liczę, a więc dobrze.
– Chłopak, który wniósł mnie do domu, bo nie mogłam iść sama, to kuzyn chłopaka mojej przyjaciółki.
– Naprawdę? Nie wiedziałam, że chłopak twojej przyjaciółki ma jakichś kuzynów poza Los Angeles – powiedziała mama, odrywając oczy od jakiegoś kolorowego czasopisma.
Ale Robby nie zrozumiał.
– Ma – przyznałam. – Widziałaś jaki od blady? Biały jak mleko.
– Dokładnie tak pomyślałam.
Obie się zaśmiałyśmy.
– Jaki kuzyn? Kogo chłopak? – zapytał tata.
– Moja przyjaciółka Tiffany Brielle…
– Ta młoda śliczna panienka o blond włosach i ślicznej buzi?
– To zabrzmiało jakbym była szkaradna. Nie to nie ona. Ta to Diana. – Wzdrygnęłam się wymawiając to imię. – Mam na myśli tę wysoką, o farbowanych kasztanowych włosach i świetnej figurze.
– Tiff jest farbowana? – zapytała Sally zdziwiona, a ja kiwnęłam głową.
– Ta rozwrzeszczana i dziwnie ubierając się dziewucha?
– Tak. Ta z topazowymi oczami i czarną maleńką łezką pod lewym.
– Już wiem. A dalej? – ponaglał.
– To właśnie kuzyn Marco mnie…
– Kim jest Marco?
– Marco Colins. Chłopak Tiff.
– Ach tak. Mów dalej. – I tak nie wiedział o kogo chodzi.
– No to… Kuzyn Marco mnie odwiózł, bo został o to poproszony. Nie byłam pijana. W ogóle nie piłam alkoholu. Opiłam się tylko trochę słonej wody kiedy nurkowałam. Głowa zaczęła mnie boleć, to dlatego nie mogłam iść sama, bo przed oczami zrobiło mi się biało tak mocno paliło.
– Rozumiem. – Teraz obrzucił moje włosy takim spojrzeniem jakbym zwymiotowała mu na buty.
– Sam dałeś mi na to pieniądze, więc się nie czepiaj.
– Jak to mam się nie czepiać?! – wrzasnął.
– Co? Zazdrościsz, że nie są kasztanowe jak twoje?
– Nie chodzi o to! Miałaś takie piękne włosy, a teraz…?
– Mam takie jak mama. No… prawie.
Tata i Max mieli kasztanowe, a mama rude. Zawsze zastanawiam się po kim ja mam… miałam miodowo złoty blond. Pewnie podmienili mnie w szpitalu.
– Mi się podoba – wtrąciła Sally. – Wyglądasz jak ta piosenkarka i na dodatek te twoje zielone oczy.
Właściwie to szarolimonkowe.
– Mam je po tobie.
– Dość! Dziś pójdziesz przefarbować włosy na swój naturalny kolor – powiedział władczo Robby
– Nie. Nie będziesz mi rozkazywał. I nie chcę rozjaśniać włosów, bo mi wszystkie wypadną.
Z jednej z szafek wyciągnęłam szklankę, wsadziłam do niej dwie tabletki aspiryny i zalałam zimną wodą. Kiedy już się rozpuściły, wypiłam lek duszkiem.
– Idę wziąć prysznic i bardzo cię proszę ojcze nie krzycz, bo czaszka mi pęka.

W pokoju opadłam bezwładnie na łóżko, chowając głowę w poduszkach. Dłońmi mocniej przycisnęłam poduszkę do twarzy i wrzasnęłam jak najgłośniej mogłam. Krzyczałam dopóki nie poczułam piekącego bólu w gardle. Pod poduszką coś zaczęło brzęczeć.
– She live’ s in the… – śpiewała Heyley.
– Halo? – zapytałam ochrypłym głosem i oparłam głowę na podbródku.
–Wszystko dobrze? Głowa cię już nie boli? – zapytała tak cicho Tiffa, że ledwo ją zrozumiałam.
– Jeszcze trochę boli, ale da się to znieść. Wzięłam dwie aspiryny i już jest lepiej. Ale teraz to nieważne…
– Wiedziałam, że zaczniesz. I co się stało? Bezpiecznie wróciłaś do domu? – zapytała zmartwiona.
– Tak, ojciec mnie nie poznał, kiedy Oliver wniósł mnie do domu.
– Wniósł cię do domu? – zapiszczała.
– Tak, bo nie mogłam sama iść.
– Aż tak mocno bolało?
– Tak. I chyba już wiem dlaczego – odchrząknęłam i przekręciłam się na plecy.
– Naprawdę? To mów.
– Wczoraj gdy Oliver kładł mnie do łóżka, to zaczął coś śpiewać. Nic nie zrozumiałam, bo to nie było po angielsku…
– Był w twoim pokoju?! I kładła cię do ł ó ż k a?
– Tak, bo Robby to kretyn i nie rozpoznał własnej córki.
– Skoro nie wiedział, że jesteś ruda…
– I ty Brutusie przeciwko mnie?
–Nie. –  Zaśmiała się. – Mów dalej.
– Zasnęłam i śniły mi się jakieś dziwne postacie, które szeptały do mnie to samo co Oliver śpiewał.
– Może dlatego szeptały, bo prędzej już to słyszałaś?
– Nie, na pewno nie. Teraz jak się nad tym zastanowię to już od tygodnia słyszałam te szepty, tyle że starałam się o tym zapomnieć i udawało się.
Po drugiej stronie słuchawki zapadło milczenie.
– Tiffa? Wiem, że sądzisz, że zwariowałam, ale to co właśnie powiedziałam to prawda. I ja wcale nie słyszę głosów, bo to było tylko w śnie! – wrzasnęłam i rzuciłam telefonem w ścianę naprzeciw łóżka. Coś za ścianą spadło na podłogę, ale nie przejmowałam się tym.
Chyba nic się telefonowi nie stało, bo nadal słyszałam w nim krzyki Tiffany.
Wstałam i podniosłam go.
– Przepraszam – szepnęłam.
– Nic się nie stało. Ja… po prostu nie wiedziałam co powiedzieć.
– Znowu.
Usiadłam na dywanie w miejscu gdzie wylądował telefon.
– Co? – zapytała zdziwiona.
– Napad.
– No tak. Biedny telefon. To już trzeci raz w ciągu tygodnia.
–Ehh. No cóż, chyba zacznę pić ziołowe herbatki.
Po tych słowach obie zaczęłyśmy się śmiać.
– Pozwolisz, że pójdę pod prysznic?
– Jasne, ale lepiej ci zrobi długa gorąca kąpiel z dużą ilością bąbelków.
– Skorzystam.
– To pa. Idę do Marco… – Zamilkła jakby zastanawiając się, czy powiedzieć mi po co.
– Nie musisz mi zdradzać waszych niecnych planów – prychnęłam.
Przez chwilę nic nie mówiła, ale potem powiedziała, a jej głos brzmiał całkiem normalnie.
– Oliver pytał, czy mu dam twój numer telefonu. To powiedziałam, że cię zapytam.
– Jasne, jeśli chce to tak.            
– Spoko. Ja chyba też pójdę pod prysznic, bo z Marco…
– Nie chcę wiedzieć! – przerwałam.
– I Oliverem siedzieliśmy u nich w salonie i zamartwialiśmy się całą noc. Więc nie byłam w łazience i muszę się wykąpać.
– Całą noc – powtórzyłam bezwiednie. Poczułam się dziwnie lekko, kiedy usłyszałam, że Oliver się o mnie martwił i nie spał całą noc.
– Tak, do łazienki! – zawołała. – Pa!
– Pa. – Rozłączyłam się.
W łazience napuściłam wody do wanny, a gdy już do niej weszłam postanowiłam, że trochę tam posiedzę. Byłoby tak gdyby nie telefon, który odebrałam po piętnastu minutach spędzonych w wannie.
Komórkę położyłam na sedesie, więc nie musiałam się za bardzo ruszać, żeby ją dosięgnąć. Wytarłam ręce i spojrzałam na numer.
Nieznane.