czwartek, 31 października 2013

Happy Birthday and Halloween Katherine!



Z okazji szesnastych urodzin Katherine postanowiłam napisać tę notkę, ale robiłam to na szybkiego, żeby jeszcze dziś zdążyć, bo przez ostatnie dni byłam zajęta innym opo.
Wszystkiego naj dla Kat ;)
Notka nie jest idealna, więc przepraszam :P


– Nie dotykaj mojej siostry, ty… – Tego słowa wolałabym nie wspominać. – Ona jest człowiekiem, a nie zabawką. Ma uczucia. – Jego głos był przesączony wściekłością.
– Max – powiedziałam z przerażeniem. – Odłóż broń
– Nie, póki on cię nie zostawi w spokoju.
Wściekłość malował się na jego twarzy. W ogóle się nie bał. Trzymał broń zdecydowanie, a ta nawet nie drgnęła w jego prawej dłoni. Wyglądało to tak, jakby już nie raz ją trzymał i nie wahał się  strzelić.
– Max…
– Wstawaj – warknął młody, przerywając mi.
Elliot, który wciąż się nade mną pochylał podparł się rękoma po bokach mojej głowy i powoli wstał. Uniósł dłonie do góry i odszedł tyłem w stronę drzwi balkonowych. Ja wstałam błyskawicznie, po czy zasłoniłam swoim ciałem Elliota, w którego Max wciąż celował.
– Maxwellu Satine natychmiast odłóż broń – powiedziałam. A spojrzeniem chciałam mu przekazać, że sama to załatwię. Jeszcze tylko kilka godzin.
Max od razu złapał pistolet za lufę i podał mi go. Szubko zabrałam Maxowi pistole schowałam do kabury i zapięłam ją na lewym udzie.
– Przepraszam was – powiedział Max. – Ja po prostu się martwię. Proszę zrozum.
– Rozumiem – powiedział Elliot i podszedł do Maxa po czym położył mu dłoń an ramieniu. – Jesteś podobny do siostry, wiesz? Odwagą nie grzeszysz i wiesz czego chcesz. Może chciałbyś…
– Nie – przerwałam mu stanowczo. – Dziś są moje urodziny i przynajmniej dzisiejszego dnia chcę mieć nad tobą władzę, Elliot. Żadnego gadania o gangach, jasne panowie? – zapytałam, zakładając na ramiona skrzydła anioła zrobione z czarnych piór.
Blondyn wziął z szafki nocnej Serce Diligs i zapiął mi je na szyi uważając, żeby nie dotknąć przy tym mojej skóry.
– Jasne, kochanie – powiedział i zanim mnie dotknął, zapytał Max’a: – Mogę?
Młodszy skinął głową, więc Elliot objął mnie ramieniem.
Razem we trójkę ruszyliśmy do wyjścia.
Na szczęści Nicki nie pozwoliła Stewardowi iść na moją imprezę, więc już tylko Max mi przeszkadzał. Chociaż nie… Jest jeszcze on. Pan O. Sunwood.
Dlaczego wciąż, mimo że jest kłamcą, kocham go tak mocno, że kiedy Elliot mnie dotyka to mam ochotę wołać imię ukochanego, żeby mnie od niego uwolnił. Ale… Już niedługo to się skończy. Elliot się skończy i już nigdy nie zagości w moim zasranym życiu.
Elliot siedział za kółkiem, ja obok, a Max za mną. Gdy dotarliśmy na miejsce, Max od razu wyszedł z samochodu i poszedł w stronę bramy gdzie stali dwaj strażnicy, którzy sprawdzali zaproszenia i przeszukiwali gości.
– Może pójdziemy zaatakować jakiś gang, co? – zapytał Elliot, kiedy nie wysiadłam z samochodu.
– Wiesz, że od kilku dni mam wielką ochotę odebrać komuś życie? – Tobie Elliot, tobie!
– A więc spadamy? Nikt nie połapie się, aż do jutra, że nasza ofiara nie żyje. W końcu mamy Halloween i wiele osób maże się krwią i udaje, że umiera, albo ktoś go goni, a potem zabija.
– Kuszące, ale wolę zobaczyć Paramore.
Nachyliłam się do niego, ale nie zaczęłam pocałunku. Wgramoliłam się na jego kolana i dopiero wtedy, nie bacząc na podwijającą się sukienkę zaczęłam go całować.
– Dobra, idziemy – powiedziałam po kilku minutach, przerywając pocałunek.
Ochroniarze stojący przy bramie od razu mnie rozpoznali, mimo że ja ich nigdy na oczy nie widziałam. Oboje uśmiechali się do mnie szeroko i nawet złożyli mi życzenia urodzinowe, ale niestety musieli nas przeszukać. Bałam się, że znajdą pistolet, który miałam na udzie, ale na szczęście ten który mnie przeszukiwał, położył mi tylko ręce na ramionach, a później tylko lekko musnął biodra i pozwolił iść dalej. Cieszyłam się, że nie zobaczyli pistoletu, mimo że mocno odznaczał się pod obcisłą sukienką.
Gdy szliśmy drogą do frontowych drzwi willi nie słyszałam nic. Żadnej muzyki, krzyków tłumu. Światła w oknach tez nie było widać. Zatrzymałam się przy drzwiach frontowych i zaczęłam nasłuchiwać. Porozumiewawczo spojrzałam an Elliota, kiedy nic nie usłyszałam.
Odwróciłam się w stronę bramy. Ochraniarzy już tam nie było. Samochodu Elliot też nie, a to było dziwne bo nawet nie słyszałam warkotu silnika.
– Trochę mnie to przeraża – powiedziałam, a wtedy jedno skrzydło drzwi uchyliło się ze skrzypnięciem.
Razem pchnęliśmy oba skrzydła drzwi. Kiedy weszliśmy do środka drzwi za nami zatrzasnęły się znów skrzypiąc. Podskoczyłam w ciemnościach, ale na szczęście Elliot trzymał moją dłoń.
Po chwili w jakiej trwaliśmy w ciszy, zaczął narastać szum. Z początku myślałam, że to w mojej głowie, bo już wiele razy mi taki psikus sprawiała, ale po chwili w głębi wejściowej Sali domu pokazały się słabe ciemnopomarańczowe i żółte światła. Po obu stronach Sali pokazywały się małe płomyki zawieszone w powietrzu, które gdy było ich już wiele rozświetliły twarze zebranych, trzymających w dłoniach świece.
Światła powoli stawały się mocniejsze, Rozświetlając pomieszczenie pełne ludzi. Naprzeciw nas, tuż obok schodów postawiono upiornie przygotowaną scenę, na której rozłożony został sprzęt, który używali Damon Band, ale tym teraz na scenie nie byli oni, a instrumentaliści Paramore. Tylko, że wokalistki brakowało.
Szumem jak wciąż narastał były głosy zebranych, którzy po chwili zaczęli krzyczeć, klaskać i gwizdać. Rozbrzmiały instrumentu, a ja z głośników rozbrzmiał głos Hayley. Melodia, którą grali była znajoma, ale słowa inne.
– Happy birthday to You, happy birthday to You, happy birthday to Katherine, happy birthday to You – śpiewała na melodię swojej piosenki All I Wanted z albumu Brand New Eyes.
Rozejrzałam się, ale wciąż nie widziałam tej marchewkowej czupryny. Po chwili poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłam się. To była Hayley Williams. Zakończyła śpiewać i uśmiechnęła się do mnie.
– Happy Sweet Sixteen Katherine – powiedziała, ale już nie do mikrofonu.
– Dziękuję Hayley – powiedziałam, całkowicie opanowanym głosem.
Już od tygodnia szykowałam się na nasze spotkanie i sądzę, że całkiem dobrze mi poszło. Nie zareagowałam jak głupia nastoletnia fanka.
– Zacznijmy Halloween! – wrzasnęła Tiffany, która stała prędzej obok drzwi razem z Hayley.
Tłum zaczął wrzeszczeć, a instrumenty głośniej rozbrzmiały.
– Mogę cię przytulić? – zapytałam, wypuszczając z ręki dłoń Elliota.
Hay zaśmiała się i objęła mnie.
Wiele osób podchodziło do mnie, aby złożyć życzenia. Po Hayley, była Tiffa i Marco i inni. Elliot nie odstępował mnie na krok, nawet gdy chciałam iść do toalety.
Gdy ich zobaczyłam siedziałam właśnie przy stole z Tiffany i Elliotem. Przed chwilą zeszliśmy z parkietu i przysiedliśmy się do niej. Sunwood i jego plastikowa Barbie obściskiwali się na parkiecie. Wyglądało to tak jakby to ona obściskiwała jego, ale od dziesiątek dni nie jesteśmy parą, więc mu wolno. Ale dlaczego akurat z nią? Byli ubrani podobnie. On miał na biodrach czarne rurki, był boso i z nagim torsem. Na ramionach miał założone skrzydła na przeźroczystych pasach. Pióra wyglądały jak prawdziwe, ale były zbyt długie i miały zbyt niezwykłe kształty jak na ptasie pióra. U góry były ciemne, a schodząc w dół coraz jaśniejsze. Ona miała na sobie białą zwiewną suknię na ramiączkach, sięgającą ziemi, a na ramionach tak jak on miała skrzydła z taki samych piór, z tym że te były całkiem białe.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że siedzę próbując wzrokiem zabić blond aniołka i że nie słucham tego co mówi do mnie Tiffa.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – zapytała.
– Przepraszam, zamyśliłam się – powiedziałam. – Elliot, przyniesiesz mi Pepsi?
– Jasne.
Złożył na moich ustach słodki pocałunek i zniknął w tłumie.
– Mówiłam, że to co masz na sobie to jeszcze nie komplety strój, więc teraz chodź ze mną.
Złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę schodów.
– Tylko znajdę Ell…
– Nie ma czasu. O dziesiątej będzie tort.
– Heee!?
Pociągnęła mnie na górę. Ale niestety po drodze minęłyśmy parkę dzięki, której kłótnią zakochałam się. Starałam się na nich nie patrzeć i udałoby się gdyby on na mnie nie spojrzał.
– Kat…? – zaczął, ale dzięki Tiffany zniknęłam, tak szybko jak się pojawiłam.

sobota, 26 października 2013

Overprotective Dwarf



Halloween nadeszło niespodziewanie szybko, jak na tak bardzo wyczekiwany przeze mnie dzień. Obudziłam się bardzo wcześnie. Było przed czwartą, więc jeszcze nie całkiem jasno. Wyszłam z łóżka i odsłoniłam okna. Otworzyłam drzwi i wyszłam na balkon. Uderzyła we mnie jeszcze chłodna nocna bryza.
Postanowiłam wziąć blok i węglowe ołówki i namalować coś.
Usiadłam na bujanej ławce na balkonie z blokiem na kolanach. Przez pół godziny patrzyłam na pustą kartkę, nie wiedzą co ma się na niej znaleźć. Spojrzałam na linię na horyzoncie, która łączyła ciemny ocean z niebem w kolorze popiołu. Przechyliłam głowę w lewo i zmrużyłam oczy, żeby widzieć ten obraz w jeszcze ciemniejszych barwach. Moja prawa dłoń trzymając jeden z węglowych ołówków, zaczęła szybko ślizgać się po białej kartce. Najpierw narysowałam długą linię horyzontu, niknącą za brzegami kartki, później elementy nieba oceanu i plaży. Woda na moim rysunku była najpierw gładka, tak jak dzisiejszego ranka, ale tak bardzo mnie poniosło, że po chwili była już wzburzona i mocno spieniona.
Narysowałam siebie na plaży, ale nie stałam na piasku a unosiłam się nad nim z rozpostartymi szeroko ramionami. Moje czerwone włosy unosiły się jakby w gniewie. Na kartce patrzyłam na wzburzone fale oceanu, więc widać było tylko moje plecy. Narysowałam sobie czarną długą suknie z rozcięciem na prawym udzie, była bez ramion i dopasowana do talii. Na lewym udzie, ale bardziej na pośladku narysowałam czerwoną dość grubą obręcz i nie połączone z nią zakręcone promienie, które razem tworzyły słońce. Moje ciało wyglądało jakby świeciło się czerwonym blaskiem, nie przyćmionym przez czarną suknię i popiołowe kolory rysunkowego świata.
Dopiero kiedy postawiłam ostatnią kreskę na swoich czerwonych włosach, otrząsnęłam się z transu. Byłam zaskoczona tym co zobaczyłam na kartce papieru. Moja prawa dłoń była brudna od węgla i czerwonej kredki. Kiedy znów spojrzałam na ocean, nadal był ciemny, ale po chwili znad dachu domu zaczęły prześwitywać pierwsze promienie słońca, które zmieniły barwę wody na seledynową, a niebo stawało się powoli błękitne.
Wróciłam do pokoju i spojrzałam na godzinę w telefonie. Było już po szóstej. Pierwszy raz tak szybko narysowałam cały rysunek, bo w plus minus dwie godziny. Zazwyczaj zajmuje mi to do dziesięciu godzin, podzielonych na dwa lub trzy dni.
Kiedy zeszłam około ósmej na dół dosięgnął mnie zapach jabłek zapiekanych w karmelu i ciasta dyniowego. Mama poszła do kuchni pewnie, kiedy tylko się obudziła. Max  stał przy blacie, na którym stały metalowe tace z ciastkami w kształcie palców z migdałowymi paznokciami w trochę zgniłym kolorze i bezy wyglądające jak oczy o różnych kolorach tęczówek zrobionych z owocowych lukrów i źrenicach z niewielkich czekoladowych kulek. Cała kuchnia i salon były zawalone różnymi potwornymi przysmakami, jakie potrafi przyrządzać tylko mama.
Przez okno w kuchni zobaczyłam tatę, który w ogrodzie przed domem zawieszał ostatnie upiorne dekoracje jakie nam zostały. Na szafce przy frontowych drzwiach zobaczyłam ogromne misy wypełnione cukierkami. Kiedy sięgnęłam po jednego mama od razu to zauważyła.
– A a a a a! Nie ruszaj słodyczy! To dla przebierańców – powiedziała to wszystko tak szybko, że przestraszyłam się i cukierek wypadł mi z ręki.
– Nie sądzisz, że jak na rozdawanie cukierków do osiemnastej to jest ich za dużo? – zapytałam, siadając przy zawalonym jedzeniem stole.
– Och, nie marudź. I tak przy okazji to wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedziała, pocałowała mnie w policzek, następnie sięgnęła do góry, żeby zdjąć z wiszących szafek białe pudełko obwiązane różową wstążką, ale była zbyt niska. – Max zdejmij prezent dla Katherine, dobrze?
Młody z łatwością złapał pudełko i podał je mamie, a ta dotknęła jego policzka i wręczyła mi pudełko. – Kiedy ty tak urosłeś, co?
On tylko wzruszył ramionami i zabrał się do smarowania palców z ciasta lukrem z szarozielonym barwnikiem.
Chciałam pomóc Sally i Maxowi, ale mi na to nie pozwolili. Nie chciałam od razu rozpakowywać prezentu, ale że nie miałam co zrobić z rękoma to zdjęłam wstążkę i uniosłam wieko białego pudełka. Między białym papierem spoczywało wiele szmaragdowych falbanek z czarnymi elementami. Wyciągnęłam materiał z pudełka i rozłożyłam go w powietrzu przed sobą. Była to sukienka, złożona z gorsetu i spódnicy, którą tworzyły czarne falbany przykryte zielonym materiałem w kolorze takim samym jak gorset. W pudełku były jeszcze oddzielne rękawy, zbudowane tak jak spódnica. Przylegające od połowy ramienia do łokcia i od tego miejsca rozszerzane z czarnymi falbanami.
– Mamo! – wrzasnęłam panicznie, a ona upuściła łyżkę z której właśnie próbowała karmel.
– Co się stało? – zapytała patrząc na mnie z przerażeniem.
Odłożyłam szybko sukienkę i rzuciłam się Sally na szyję.
– Dziękuję – szepnęłam, a w moich oczach zebrały się łzy.
Dlaczego musi być tak, że ja ich ranię, a oni nadal mnie kochają jakby nigdy nic? Ale oni ranią mnie tak się zachowując. Przestańcie mnie kochać! Błagam.
– Jest piękna – powiedziałam odsuwając się od niej i ocierając łzy z kącików oczu. – Ale nie mogę jej dziś założyć.
– Dlaczego? – zdziwiła się.
– Obiecałam już Tiffany, że założę sukienkę od niej. – Zamilkłam na moment. – No dobra, zostałam do tego zmuszona. – To nie było kłamstwo. – Przepraszam.
– Nie przepraszaj – machnęła ręką. – Nic nie szkodzi. Przecież wszyscy znamy Tiffany.
Zaśmiałyśmy się.
– Koniecznie muszę zabierać Maxa na  m o j ą  imprezę? – zapytałam.
– Nie będę przecież biegał po dzielnicy i zbierał słodyczy – prychnął. – Ty dwa lata temu byłaś na swojej pierwszej imprezie właśnie w Halloween. – Próbowałam zatkać mu usta kiedy to mówił, ale nie pozwolił mi na to.
– Zamknij się – syknęłam.
– Mówiłaś wtedy, że ty i Sonia – moja pierwsza przyjaciółka – będziecie tutaj same świętować twoje urodziny – powiedziała mama. – Dlatego zostawiliśmy z tobą Maxa.
– Przyszło jeszcze kilka koleżanek – powiedziałam, wyrywając się młodemu.
– I kolegów – powiedział Max, a ja uderzyłam go w głowę.
– On kłamie! – krzyknęłam.
– Twoja reakcja świadczy przeciw twoim słowom – powiedziała Sally i zaczęła wypełniać kruche kulki karmelem. – Pilnujcie, żeby ojciec się nie dowiedział. Ty Maxwellu także – powiedziała celując w niego łyżką. – A ty Katherine, nie bij brata.
Kiedy mama odwróciła się na chwilę, szturchnęłam go w żebra, a potem on uszczypnął mnie w ramię.
– A! – zawołał uradowany Max, kiedy zabierałam pudełko z prezentem i wychodziłam z kuchni. Młody poszedł za mną. – Chodź ze mną – powiedział.
– Co? – zdziwiłam się.
– No chodź.
Poszłam. Najpierw zaniosłam prezent od mamy do swojego pokoju, a kiedy zatrzymałam się na progu jego sypialni to dał mi do ręki małą papierową torebeczkę. Tak jak mama mówiła, zadziwiające jest to jak bardzo Max urósł przez wakacje. Jeszcze jakieś cztery miesiące temu był ode mnie niższy o głowę, a teraz jest wyższy o pół.
– Wszystkiego najlepszego, Kat – powiedział z uśmiechem.
– Mam nadzieję, że wyrosłeś już z robienia mi głupich żartów.
– No nie wiem.
Mimo to od razu zajrzałam do środka. Była tam najnowsza składanka Linkin Park – Living Things. Jedyna płyta spośród moich ulubionych zespołów, której jeszcze nie miałam, bo mama i Robby nie chcieli mi jej kupić. Dobry braciszek, wie co dobre.
– Aaa! –zaczęłam piszczeć i rzuciłam się na szyję Maxa. – Dziękuję! – wrzasnęłam i pocałowałam go w policzek.
– Hej! – zaprzeczył. – Bez zbędnych czułości.
– Nie ma mowy.
Zaczęłam miażdżyć mu żebra, bo tak mocno go tuliłam.
O godzinie dziesiątej już wiele dzieciaków odwiedziło nasz dom w poszukiwaniu słodyczy. Mama i Robby zawieźli przygotowane wcześniej smakołyki do domu Marco. Mi nie pozwolono tam jechać aż do wieczora. Musiałam siedzieć w domu i rozdawać kurduplom cukierki. Nudziarstwo.
Impreza miała się zacząć o dwudziestej, więc przed dziewiętnastą zaczęłam się szykować. Sally miała urwanie głowy w restauracji, bo to tam gwiazdy Hollywood urządziły dziś charytatywny bankiet. Nie było jej już od kilku godzin. Robby pojechał z nią, bo i tak miał dziś w pracy wolne.
Po kąpieli pomalowałam się i natapirowałam włosy układając je tak aby nabrały objętości. Założyłam czarną bieliznę i szlafrok po czym zeszłam na dół, żeby znaleźć Max’ a. Miał pilnować kiedy ktoś przychodzi do domu i rozdawać słodycze.
Znalazłam go w kuchni. Był z nim jego najlepszy przyjaciel Steward. Chłopak zawsze był wyższy od mojego brata. Teraz oboje urośli. Max jest wyższy ode mnie, a Stewardowi brakuje tylko kilku centymetrów do mojego wzrostu.
Czternastolatki stali obok zlewu i pili coś z szklanek do whisky z rżniętego szkła. Płyn w szklankach miał bursztynowo złoty kolor, a na blacie obok zlewozmywaka stała butelka z takiego samego szkła jak szklanki.
– Co wy do jasnej cholery robicie, gówniarze!? – wrzasnęłam.
Podbiegłam do nich wyrywając im szklanki z rąk.
– O co ci chodzi? – zapytał Max, próbując zabrać mi swoją szklankę.
– Jeszcze się pytasz? Za młodzi jesteś na alkohol! – warknęłam. – A ty Steward… Jeśli twoja matka się dowie to ja za to beknę.
– Czepiasz się – powiedział.
Odstawiałam szklanki na blat rozlewając przy tym trochę alkoholu.
– Max przypomnij sobie naszą wczorajszą rozmowę. Nie chciałeś, żebym była taka jak jestem, a ty co teraz robisz? Przestanę się upijać i chodzić na imprezy, ale nie zamieniaj się we mnie, błagam.
Nie spojrzałam na niego. Bałam się, tak bardzo, że w kącikach moich oczu zebrały się łzy. Po chwili, całkiem niespodziewanie zaczęłam szlochać i nie mogłam tego powstrzymać.
Naprawdę bardzo nie chciałam, żeby młody zmienił się we mnie. W tym właśnie momencie chciałam być taką dobrą dziewczyną jak Diana Brielle. Mieć blond włosy i ubierać się w jasne kolory i ciuchy kroju tych do kościoła.
– Kat, my… – zaczął Max i położył dłoń na moim ramieniu. – To tylko herbata. Chcieliśmy ci zrobić kawał z tą whisky. Ale nie sądziłem, że tak zareagujesz…
– Myśleliśmy, że cały czas będziesz krzyczała i chcieliśmy się pośmiać – wytłumaczył Steward. – Nie wiedzieliśmy, że zaczniesz płakać. Wybacz.
Sięgnęłam po szklankę Max’ a i powąchałam jej zawartość. Nie wyczułam zapachu whisky, ale dla pewności pociągnęłam łyk. To była zwykła herbata bez cukru. Wyplułam płyn do umywalki, bo nie znoszę gorzkiej herbaty.
Wylałam zawartość szklanek i wstawiłam je do zlewu.
Powoli podniosłam głowę i uderzyłam Max’ a otwartą dłonią w policzek.
– Nigdy więcej tak nie rób – wycedziłam, powstrzymując łzy. – Wiesz, że się o ciebie martwię Max.
Chłopak parzył na mnie zaskoczony, ale nie złapał się za piekący policzek, który zaczerwienił się od mojego ciosu.
Okey, przesadziłam z tymi ciuchami do kościoła.
– W zasadzie cię nie znam Steward, ale o ciebie tez się boję, kiedy spędzasz czas z moim bratem.
Chłopak zarumienił się.
Sięgnęłam po karafkę i pociągnęłam z niej łyk. To była whisky. Zabrałam ją i odstawiłam do barku w salonie. Maxwell i Steward poszli za mną, ale zanim któryś z nich coś powiedział rozległo się pukanie do drzwi.
– Otwórzcie, a ja się przebiorę i poprawię makijaż, bo się pomoczył od łez – powiedziałam. – Jeśli to Elliot to go wpuśćcie.
– Że co!? – wrzasnął Max.
– Bez gadania.
Każdy z nas ruszył w wyznaczonym kierunku.
W łazience ogarnęłam się odrobinę. Makijaż mi się nie rozmazał, bo na szczęście nie wytarłam łez, ale dobrze, że kosmetyki mam wodoodporne. Wysuszyłam policzki i oczy, po czym poprawiłam czarne krasi na dolnych powiekach i pomalowałam rzęsy tuszem. Nie podoba mi się to, że moje oczy są tak małe, że bez makijażu wyglądam jak kret.
Wróciłam do pokoju i zdjęłam szlafrok. Kiedy to zrobiłam poczułam się dziwnie naga. Powili odwróciłam się w stronę drzwi na korytarz. O futrynę niby od niechcenia opierał się Elliot.
Miał na sobie ciuchy z… Miasta Kości? Przebrał się za Jace z Miasta Kości! Nawet miał namalowane takie same czarne runy i w tych samych miejscach. Przyznam, że Elliot jest przez te swoje blond włosy bardzo podobny do Jace’a, z tym że on jest po tej złej stronie mocy.
– Witaj – powiedział zgarniając długie blond włosy do tyłu.
– Zrób tak jeszcze raz, bo aż mnie przyjemne dreszcze przechodzą jak to widzę – powiedziałam, a on podszedł do mnie i wziął w ramiona.
Zamruczałam mu do ucha kiedy zaczął całować moją szyję.
Tylko  się nie wzdrygaj z obrzydzenia – poprosiłam w myślach samą siebie.
– Mam mały prezencik dla ciebie – powiedział Elliot i pokazał mi krwistoczerwoną różę. – Taki przedsmak tego co się wydarzy po jedenastej.
– Brzmi tak jakbym miała dostać więcej takich pięknych róż – powiedziałam.
– Ty wiesz o co mi chodzi – zamruczał i ugryzł mnie w ucho.
Odepchnęłam go lekko i wzięłam z łóżka sukienkę od Tiffany.
– Zapniesz? – zapytałam, kiedy założyłam sukienkę.
Położył swoje duże dłonie na moich biodrach i okręcił mnie tak, że teraz stałam do niego tyłem. Zgarnęłam włosy do przodu, a on podciągnął suwak do góry.
– Czy to nie dziwne, że w tej sukience bardziej mnie pociągasz niż w samej bieliźnie? – zapytał.
– Elliot, ale ty w ogóle jesteś dziwny – stwierdziłam.
Zmierzył mnie morderczym spojrzeniem, jednak zanim zdążyłam coś powiedzieć, popchnął mnie na łóżko i położył się na mnie.
Wrzasnęłam, a potem zaśmiałam się.
Elliot zaczął mnie całować w szyję, dotykając przy tym całego mojego ciała. Kiedy mnie całował, ja zaczęłam go do siebie przyciągać rękoma i nogami, ale nagle Elliot się zatrzymał.
– Co jest? Elliot… – zaczęłam.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam Max’a, który trzymał w dłoni srebrny pistolet z mojej szafy, tuż przy skroni Elliota.


~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Proszę bardzo, jest nowa notka. Ale co do kolejnej to mam dość duży problem, bo muszę opisać urodzinki Kat i wielką imprezę Halloween, a ja nigdy nie miałam wyprawianych urodzin i nigdy nie byłam na wielkiej imprezie, bo zwyczajnie ich nie znoszę. No i jeszcze muszę uwzględnić Paramore -,- a teraz wolałabym, żeby to było Linkin Park...
A co do sprawy z Elliotem i Olivere posłuchajcie sobie All I Wnted by Paramore ;), bo dzięki tej piosence wpadłam na fajny pomysł.