sobota, 26 października 2013

Overprotective Dwarf



Halloween nadeszło niespodziewanie szybko, jak na tak bardzo wyczekiwany przeze mnie dzień. Obudziłam się bardzo wcześnie. Było przed czwartą, więc jeszcze nie całkiem jasno. Wyszłam z łóżka i odsłoniłam okna. Otworzyłam drzwi i wyszłam na balkon. Uderzyła we mnie jeszcze chłodna nocna bryza.
Postanowiłam wziąć blok i węglowe ołówki i namalować coś.
Usiadłam na bujanej ławce na balkonie z blokiem na kolanach. Przez pół godziny patrzyłam na pustą kartkę, nie wiedzą co ma się na niej znaleźć. Spojrzałam na linię na horyzoncie, która łączyła ciemny ocean z niebem w kolorze popiołu. Przechyliłam głowę w lewo i zmrużyłam oczy, żeby widzieć ten obraz w jeszcze ciemniejszych barwach. Moja prawa dłoń trzymając jeden z węglowych ołówków, zaczęła szybko ślizgać się po białej kartce. Najpierw narysowałam długą linię horyzontu, niknącą za brzegami kartki, później elementy nieba oceanu i plaży. Woda na moim rysunku była najpierw gładka, tak jak dzisiejszego ranka, ale tak bardzo mnie poniosło, że po chwili była już wzburzona i mocno spieniona.
Narysowałam siebie na plaży, ale nie stałam na piasku a unosiłam się nad nim z rozpostartymi szeroko ramionami. Moje czerwone włosy unosiły się jakby w gniewie. Na kartce patrzyłam na wzburzone fale oceanu, więc widać było tylko moje plecy. Narysowałam sobie czarną długą suknie z rozcięciem na prawym udzie, była bez ramion i dopasowana do talii. Na lewym udzie, ale bardziej na pośladku narysowałam czerwoną dość grubą obręcz i nie połączone z nią zakręcone promienie, które razem tworzyły słońce. Moje ciało wyglądało jakby świeciło się czerwonym blaskiem, nie przyćmionym przez czarną suknię i popiołowe kolory rysunkowego świata.
Dopiero kiedy postawiłam ostatnią kreskę na swoich czerwonych włosach, otrząsnęłam się z transu. Byłam zaskoczona tym co zobaczyłam na kartce papieru. Moja prawa dłoń była brudna od węgla i czerwonej kredki. Kiedy znów spojrzałam na ocean, nadal był ciemny, ale po chwili znad dachu domu zaczęły prześwitywać pierwsze promienie słońca, które zmieniły barwę wody na seledynową, a niebo stawało się powoli błękitne.
Wróciłam do pokoju i spojrzałam na godzinę w telefonie. Było już po szóstej. Pierwszy raz tak szybko narysowałam cały rysunek, bo w plus minus dwie godziny. Zazwyczaj zajmuje mi to do dziesięciu godzin, podzielonych na dwa lub trzy dni.
Kiedy zeszłam około ósmej na dół dosięgnął mnie zapach jabłek zapiekanych w karmelu i ciasta dyniowego. Mama poszła do kuchni pewnie, kiedy tylko się obudziła. Max  stał przy blacie, na którym stały metalowe tace z ciastkami w kształcie palców z migdałowymi paznokciami w trochę zgniłym kolorze i bezy wyglądające jak oczy o różnych kolorach tęczówek zrobionych z owocowych lukrów i źrenicach z niewielkich czekoladowych kulek. Cała kuchnia i salon były zawalone różnymi potwornymi przysmakami, jakie potrafi przyrządzać tylko mama.
Przez okno w kuchni zobaczyłam tatę, który w ogrodzie przed domem zawieszał ostatnie upiorne dekoracje jakie nam zostały. Na szafce przy frontowych drzwiach zobaczyłam ogromne misy wypełnione cukierkami. Kiedy sięgnęłam po jednego mama od razu to zauważyła.
– A a a a a! Nie ruszaj słodyczy! To dla przebierańców – powiedziała to wszystko tak szybko, że przestraszyłam się i cukierek wypadł mi z ręki.
– Nie sądzisz, że jak na rozdawanie cukierków do osiemnastej to jest ich za dużo? – zapytałam, siadając przy zawalonym jedzeniem stole.
– Och, nie marudź. I tak przy okazji to wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedziała, pocałowała mnie w policzek, następnie sięgnęła do góry, żeby zdjąć z wiszących szafek białe pudełko obwiązane różową wstążką, ale była zbyt niska. – Max zdejmij prezent dla Katherine, dobrze?
Młody z łatwością złapał pudełko i podał je mamie, a ta dotknęła jego policzka i wręczyła mi pudełko. – Kiedy ty tak urosłeś, co?
On tylko wzruszył ramionami i zabrał się do smarowania palców z ciasta lukrem z szarozielonym barwnikiem.
Chciałam pomóc Sally i Maxowi, ale mi na to nie pozwolili. Nie chciałam od razu rozpakowywać prezentu, ale że nie miałam co zrobić z rękoma to zdjęłam wstążkę i uniosłam wieko białego pudełka. Między białym papierem spoczywało wiele szmaragdowych falbanek z czarnymi elementami. Wyciągnęłam materiał z pudełka i rozłożyłam go w powietrzu przed sobą. Była to sukienka, złożona z gorsetu i spódnicy, którą tworzyły czarne falbany przykryte zielonym materiałem w kolorze takim samym jak gorset. W pudełku były jeszcze oddzielne rękawy, zbudowane tak jak spódnica. Przylegające od połowy ramienia do łokcia i od tego miejsca rozszerzane z czarnymi falbanami.
– Mamo! – wrzasnęłam panicznie, a ona upuściła łyżkę z której właśnie próbowała karmel.
– Co się stało? – zapytała patrząc na mnie z przerażeniem.
Odłożyłam szybko sukienkę i rzuciłam się Sally na szyję.
– Dziękuję – szepnęłam, a w moich oczach zebrały się łzy.
Dlaczego musi być tak, że ja ich ranię, a oni nadal mnie kochają jakby nigdy nic? Ale oni ranią mnie tak się zachowując. Przestańcie mnie kochać! Błagam.
– Jest piękna – powiedziałam odsuwając się od niej i ocierając łzy z kącików oczu. – Ale nie mogę jej dziś założyć.
– Dlaczego? – zdziwiła się.
– Obiecałam już Tiffany, że założę sukienkę od niej. – Zamilkłam na moment. – No dobra, zostałam do tego zmuszona. – To nie było kłamstwo. – Przepraszam.
– Nie przepraszaj – machnęła ręką. – Nic nie szkodzi. Przecież wszyscy znamy Tiffany.
Zaśmiałyśmy się.
– Koniecznie muszę zabierać Maxa na  m o j ą  imprezę? – zapytałam.
– Nie będę przecież biegał po dzielnicy i zbierał słodyczy – prychnął. – Ty dwa lata temu byłaś na swojej pierwszej imprezie właśnie w Halloween. – Próbowałam zatkać mu usta kiedy to mówił, ale nie pozwolił mi na to.
– Zamknij się – syknęłam.
– Mówiłaś wtedy, że ty i Sonia – moja pierwsza przyjaciółka – będziecie tutaj same świętować twoje urodziny – powiedziała mama. – Dlatego zostawiliśmy z tobą Maxa.
– Przyszło jeszcze kilka koleżanek – powiedziałam, wyrywając się młodemu.
– I kolegów – powiedział Max, a ja uderzyłam go w głowę.
– On kłamie! – krzyknęłam.
– Twoja reakcja świadczy przeciw twoim słowom – powiedziała Sally i zaczęła wypełniać kruche kulki karmelem. – Pilnujcie, żeby ojciec się nie dowiedział. Ty Maxwellu także – powiedziała celując w niego łyżką. – A ty Katherine, nie bij brata.
Kiedy mama odwróciła się na chwilę, szturchnęłam go w żebra, a potem on uszczypnął mnie w ramię.
– A! – zawołał uradowany Max, kiedy zabierałam pudełko z prezentem i wychodziłam z kuchni. Młody poszedł za mną. – Chodź ze mną – powiedział.
– Co? – zdziwiłam się.
– No chodź.
Poszłam. Najpierw zaniosłam prezent od mamy do swojego pokoju, a kiedy zatrzymałam się na progu jego sypialni to dał mi do ręki małą papierową torebeczkę. Tak jak mama mówiła, zadziwiające jest to jak bardzo Max urósł przez wakacje. Jeszcze jakieś cztery miesiące temu był ode mnie niższy o głowę, a teraz jest wyższy o pół.
– Wszystkiego najlepszego, Kat – powiedział z uśmiechem.
– Mam nadzieję, że wyrosłeś już z robienia mi głupich żartów.
– No nie wiem.
Mimo to od razu zajrzałam do środka. Była tam najnowsza składanka Linkin Park – Living Things. Jedyna płyta spośród moich ulubionych zespołów, której jeszcze nie miałam, bo mama i Robby nie chcieli mi jej kupić. Dobry braciszek, wie co dobre.
– Aaa! –zaczęłam piszczeć i rzuciłam się na szyję Maxa. – Dziękuję! – wrzasnęłam i pocałowałam go w policzek.
– Hej! – zaprzeczył. – Bez zbędnych czułości.
– Nie ma mowy.
Zaczęłam miażdżyć mu żebra, bo tak mocno go tuliłam.
O godzinie dziesiątej już wiele dzieciaków odwiedziło nasz dom w poszukiwaniu słodyczy. Mama i Robby zawieźli przygotowane wcześniej smakołyki do domu Marco. Mi nie pozwolono tam jechać aż do wieczora. Musiałam siedzieć w domu i rozdawać kurduplom cukierki. Nudziarstwo.
Impreza miała się zacząć o dwudziestej, więc przed dziewiętnastą zaczęłam się szykować. Sally miała urwanie głowy w restauracji, bo to tam gwiazdy Hollywood urządziły dziś charytatywny bankiet. Nie było jej już od kilku godzin. Robby pojechał z nią, bo i tak miał dziś w pracy wolne.
Po kąpieli pomalowałam się i natapirowałam włosy układając je tak aby nabrały objętości. Założyłam czarną bieliznę i szlafrok po czym zeszłam na dół, żeby znaleźć Max’ a. Miał pilnować kiedy ktoś przychodzi do domu i rozdawać słodycze.
Znalazłam go w kuchni. Był z nim jego najlepszy przyjaciel Steward. Chłopak zawsze był wyższy od mojego brata. Teraz oboje urośli. Max jest wyższy ode mnie, a Stewardowi brakuje tylko kilku centymetrów do mojego wzrostu.
Czternastolatki stali obok zlewu i pili coś z szklanek do whisky z rżniętego szkła. Płyn w szklankach miał bursztynowo złoty kolor, a na blacie obok zlewozmywaka stała butelka z takiego samego szkła jak szklanki.
– Co wy do jasnej cholery robicie, gówniarze!? – wrzasnęłam.
Podbiegłam do nich wyrywając im szklanki z rąk.
– O co ci chodzi? – zapytał Max, próbując zabrać mi swoją szklankę.
– Jeszcze się pytasz? Za młodzi jesteś na alkohol! – warknęłam. – A ty Steward… Jeśli twoja matka się dowie to ja za to beknę.
– Czepiasz się – powiedział.
Odstawiałam szklanki na blat rozlewając przy tym trochę alkoholu.
– Max przypomnij sobie naszą wczorajszą rozmowę. Nie chciałeś, żebym była taka jak jestem, a ty co teraz robisz? Przestanę się upijać i chodzić na imprezy, ale nie zamieniaj się we mnie, błagam.
Nie spojrzałam na niego. Bałam się, tak bardzo, że w kącikach moich oczu zebrały się łzy. Po chwili, całkiem niespodziewanie zaczęłam szlochać i nie mogłam tego powstrzymać.
Naprawdę bardzo nie chciałam, żeby młody zmienił się we mnie. W tym właśnie momencie chciałam być taką dobrą dziewczyną jak Diana Brielle. Mieć blond włosy i ubierać się w jasne kolory i ciuchy kroju tych do kościoła.
– Kat, my… – zaczął Max i położył dłoń na moim ramieniu. – To tylko herbata. Chcieliśmy ci zrobić kawał z tą whisky. Ale nie sądziłem, że tak zareagujesz…
– Myśleliśmy, że cały czas będziesz krzyczała i chcieliśmy się pośmiać – wytłumaczył Steward. – Nie wiedzieliśmy, że zaczniesz płakać. Wybacz.
Sięgnęłam po szklankę Max’ a i powąchałam jej zawartość. Nie wyczułam zapachu whisky, ale dla pewności pociągnęłam łyk. To była zwykła herbata bez cukru. Wyplułam płyn do umywalki, bo nie znoszę gorzkiej herbaty.
Wylałam zawartość szklanek i wstawiłam je do zlewu.
Powoli podniosłam głowę i uderzyłam Max’ a otwartą dłonią w policzek.
– Nigdy więcej tak nie rób – wycedziłam, powstrzymując łzy. – Wiesz, że się o ciebie martwię Max.
Chłopak parzył na mnie zaskoczony, ale nie złapał się za piekący policzek, który zaczerwienił się od mojego ciosu.
Okey, przesadziłam z tymi ciuchami do kościoła.
– W zasadzie cię nie znam Steward, ale o ciebie tez się boję, kiedy spędzasz czas z moim bratem.
Chłopak zarumienił się.
Sięgnęłam po karafkę i pociągnęłam z niej łyk. To była whisky. Zabrałam ją i odstawiłam do barku w salonie. Maxwell i Steward poszli za mną, ale zanim któryś z nich coś powiedział rozległo się pukanie do drzwi.
– Otwórzcie, a ja się przebiorę i poprawię makijaż, bo się pomoczył od łez – powiedziałam. – Jeśli to Elliot to go wpuśćcie.
– Że co!? – wrzasnął Max.
– Bez gadania.
Każdy z nas ruszył w wyznaczonym kierunku.
W łazience ogarnęłam się odrobinę. Makijaż mi się nie rozmazał, bo na szczęście nie wytarłam łez, ale dobrze, że kosmetyki mam wodoodporne. Wysuszyłam policzki i oczy, po czym poprawiłam czarne krasi na dolnych powiekach i pomalowałam rzęsy tuszem. Nie podoba mi się to, że moje oczy są tak małe, że bez makijażu wyglądam jak kret.
Wróciłam do pokoju i zdjęłam szlafrok. Kiedy to zrobiłam poczułam się dziwnie naga. Powili odwróciłam się w stronę drzwi na korytarz. O futrynę niby od niechcenia opierał się Elliot.
Miał na sobie ciuchy z… Miasta Kości? Przebrał się za Jace z Miasta Kości! Nawet miał namalowane takie same czarne runy i w tych samych miejscach. Przyznam, że Elliot jest przez te swoje blond włosy bardzo podobny do Jace’a, z tym że on jest po tej złej stronie mocy.
– Witaj – powiedział zgarniając długie blond włosy do tyłu.
– Zrób tak jeszcze raz, bo aż mnie przyjemne dreszcze przechodzą jak to widzę – powiedziałam, a on podszedł do mnie i wziął w ramiona.
Zamruczałam mu do ucha kiedy zaczął całować moją szyję.
Tylko  się nie wzdrygaj z obrzydzenia – poprosiłam w myślach samą siebie.
– Mam mały prezencik dla ciebie – powiedział Elliot i pokazał mi krwistoczerwoną różę. – Taki przedsmak tego co się wydarzy po jedenastej.
– Brzmi tak jakbym miała dostać więcej takich pięknych róż – powiedziałam.
– Ty wiesz o co mi chodzi – zamruczał i ugryzł mnie w ucho.
Odepchnęłam go lekko i wzięłam z łóżka sukienkę od Tiffany.
– Zapniesz? – zapytałam, kiedy założyłam sukienkę.
Położył swoje duże dłonie na moich biodrach i okręcił mnie tak, że teraz stałam do niego tyłem. Zgarnęłam włosy do przodu, a on podciągnął suwak do góry.
– Czy to nie dziwne, że w tej sukience bardziej mnie pociągasz niż w samej bieliźnie? – zapytał.
– Elliot, ale ty w ogóle jesteś dziwny – stwierdziłam.
Zmierzył mnie morderczym spojrzeniem, jednak zanim zdążyłam coś powiedzieć, popchnął mnie na łóżko i położył się na mnie.
Wrzasnęłam, a potem zaśmiałam się.
Elliot zaczął mnie całować w szyję, dotykając przy tym całego mojego ciała. Kiedy mnie całował, ja zaczęłam go do siebie przyciągać rękoma i nogami, ale nagle Elliot się zatrzymał.
– Co jest? Elliot… – zaczęłam.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam Max’a, który trzymał w dłoni srebrny pistolet z mojej szafy, tuż przy skroni Elliota.


~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Proszę bardzo, jest nowa notka. Ale co do kolejnej to mam dość duży problem, bo muszę opisać urodzinki Kat i wielką imprezę Halloween, a ja nigdy nie miałam wyprawianych urodzin i nigdy nie byłam na wielkiej imprezie, bo zwyczajnie ich nie znoszę. No i jeszcze muszę uwzględnić Paramore -,- a teraz wolałabym, żeby to było Linkin Park...
A co do sprawy z Elliotem i Olivere posłuchajcie sobie All I Wnted by Paramore ;), bo dzięki tej piosence wpadłam na fajny pomysł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz