Halloween
nadeszło niespodziewanie szybko, jak na tak bardzo wyczekiwany przeze mnie dzień.
Obudziłam się bardzo wcześnie. Było przed czwartą, więc jeszcze nie całkiem
jasno. Wyszłam z łóżka i odsłoniłam okna. Otworzyłam drzwi i wyszłam na balkon.
Uderzyła we mnie jeszcze chłodna nocna bryza.
Postanowiłam
wziąć blok i węglowe ołówki i namalować coś.
Usiadłam
na bujanej ławce na balkonie z blokiem na kolanach. Przez pół godziny patrzyłam
na pustą kartkę, nie wiedzą co ma się na niej znaleźć. Spojrzałam na linię na
horyzoncie, która łączyła ciemny ocean z niebem w kolorze popiołu. Przechyliłam
głowę w lewo i zmrużyłam oczy, żeby widzieć ten obraz w jeszcze ciemniejszych
barwach. Moja prawa dłoń trzymając jeden z węglowych ołówków, zaczęła szybko
ślizgać się po białej kartce. Najpierw narysowałam długą linię horyzontu,
niknącą za brzegami kartki, później elementy nieba oceanu i plaży. Woda na moim
rysunku była najpierw gładka, tak jak dzisiejszego ranka, ale tak bardzo mnie
poniosło, że po chwili była już wzburzona i mocno spieniona.
Narysowałam
siebie na plaży, ale nie stałam na piasku a unosiłam się nad nim z rozpostartymi
szeroko ramionami. Moje czerwone włosy unosiły się jakby w gniewie. Na kartce
patrzyłam na wzburzone fale oceanu, więc widać było tylko moje plecy.
Narysowałam sobie czarną długą suknie z rozcięciem na prawym udzie, była bez
ramion i dopasowana do talii. Na lewym udzie, ale bardziej na pośladku
narysowałam czerwoną dość grubą obręcz i nie połączone z nią zakręcone
promienie, które razem tworzyły słońce. Moje ciało wyglądało jakby świeciło się
czerwonym blaskiem, nie przyćmionym przez czarną suknię i popiołowe kolory
rysunkowego świata.
Dopiero
kiedy postawiłam ostatnią kreskę na swoich czerwonych włosach, otrząsnęłam się
z transu. Byłam zaskoczona tym co zobaczyłam na kartce papieru. Moja prawa dłoń
była brudna od węgla i czerwonej kredki. Kiedy znów spojrzałam na ocean, nadal
był ciemny, ale po chwili znad dachu domu zaczęły prześwitywać pierwsze
promienie słońca, które zmieniły barwę wody na seledynową, a niebo stawało się
powoli błękitne.
Wróciłam
do pokoju i spojrzałam na godzinę w telefonie. Było już po szóstej. Pierwszy
raz tak szybko narysowałam cały rysunek, bo w plus minus dwie godziny.
Zazwyczaj zajmuje mi to do dziesięciu godzin, podzielonych na dwa lub trzy dni.
Kiedy
zeszłam około ósmej na dół dosięgnął mnie zapach jabłek zapiekanych w karmelu i
ciasta dyniowego. Mama poszła do kuchni pewnie, kiedy tylko się obudziła.
Max stał przy blacie, na którym stały
metalowe tace z ciastkami w kształcie palców z migdałowymi paznokciami w trochę
zgniłym kolorze i bezy wyglądające jak oczy o różnych kolorach tęczówek
zrobionych z owocowych lukrów i źrenicach z niewielkich czekoladowych kulek.
Cała kuchnia i salon były zawalone różnymi potwornymi przysmakami, jakie
potrafi przyrządzać tylko mama.
Przez
okno w kuchni zobaczyłam tatę, który w ogrodzie przed domem zawieszał ostatnie
upiorne dekoracje jakie nam zostały. Na szafce przy frontowych drzwiach
zobaczyłam ogromne misy wypełnione cukierkami. Kiedy sięgnęłam po jednego mama
od razu to zauważyła.
– A a
a a a! Nie ruszaj słodyczy! To dla przebierańców – powiedziała to wszystko tak
szybko, że przestraszyłam się i cukierek wypadł mi z ręki.
– Nie
sądzisz, że jak na rozdawanie cukierków do osiemnastej to jest ich za dużo? –
zapytałam, siadając przy zawalonym jedzeniem stole.
– Och,
nie marudź. I tak przy okazji to wszystkiego najlepszego, kochanie –
powiedziała, pocałowała mnie w policzek, następnie sięgnęła do góry, żeby zdjąć
z wiszących szafek białe pudełko obwiązane różową wstążką, ale była zbyt niska.
– Max zdejmij prezent dla Katherine, dobrze?
Młody
z łatwością złapał pudełko i podał je mamie, a ta dotknęła jego policzka i
wręczyła mi pudełko. – Kiedy ty tak urosłeś, co?
On
tylko wzruszył ramionami i zabrał się do smarowania palców z ciasta lukrem z
szarozielonym barwnikiem.
Chciałam
pomóc Sally i Maxowi, ale mi na to nie pozwolili. Nie chciałam od razu
rozpakowywać prezentu, ale że nie miałam co zrobić z rękoma to zdjęłam wstążkę
i uniosłam wieko białego pudełka. Między białym papierem spoczywało wiele
szmaragdowych falbanek z czarnymi elementami. Wyciągnęłam materiał z pudełka i
rozłożyłam go w powietrzu przed sobą. Była to sukienka, złożona z gorsetu i
spódnicy, którą tworzyły czarne falbany przykryte zielonym materiałem w kolorze
takim samym jak gorset. W pudełku były jeszcze oddzielne rękawy, zbudowane tak
jak spódnica. Przylegające od połowy ramienia do łokcia i od tego miejsca
rozszerzane z czarnymi falbanami.
–
Mamo! – wrzasnęłam panicznie, a ona upuściła łyżkę z której właśnie próbowała
karmel.
– Co
się stało? – zapytała patrząc na mnie z przerażeniem.
Odłożyłam
szybko sukienkę i rzuciłam się Sally na szyję.
–
Dziękuję – szepnęłam, a w moich oczach zebrały się łzy.
Dlaczego
musi być tak, że ja ich ranię, a oni nadal mnie kochają jakby nigdy nic? Ale
oni ranią mnie tak się zachowując. Przestańcie mnie kochać! Błagam.
–
Jest piękna – powiedziałam odsuwając się od niej i ocierając łzy z kącików
oczu. – Ale nie mogę jej dziś założyć.
–
Dlaczego? – zdziwiła się.
–
Obiecałam już Tiffany, że założę sukienkę od niej. – Zamilkłam na
moment. – No dobra,
zostałam do tego zmuszona. – To nie było kłamstwo. – Przepraszam.
– Nie
przepraszaj – machnęła ręką. – Nic nie szkodzi. Przecież wszyscy znamy Tiffany.
Zaśmiałyśmy
się.
–
Koniecznie muszę zabierać Maxa na m o j ą
imprezę? – zapytałam.
– Nie
będę przecież biegał po dzielnicy i zbierał słodyczy – prychnął. – Ty dwa lata
temu byłaś na swojej pierwszej imprezie właśnie w Halloween. – Próbowałam
zatkać mu usta kiedy to mówił, ale nie pozwolił mi na to.
–
Zamknij się – syknęłam.
–
Mówiłaś wtedy, że ty i Sonia – moja pierwsza przyjaciółka – będziecie tutaj
same świętować twoje urodziny – powiedziała mama. – Dlatego zostawiliśmy z tobą
Maxa.
–
Przyszło jeszcze kilka koleżanek – powiedziałam, wyrywając się młodemu.
– I
kolegów – powiedział Max, a ja uderzyłam go w głowę.
– On
kłamie! – krzyknęłam.
–
Twoja reakcja świadczy przeciw twoim słowom – powiedziała Sally i zaczęła
wypełniać kruche kulki karmelem. – Pilnujcie, żeby ojciec się nie dowiedział.
Ty Maxwellu także – powiedziała celując w niego łyżką. – A ty Katherine, nie
bij brata.
Kiedy
mama odwróciła się na chwilę, szturchnęłam go w żebra, a potem on uszczypnął
mnie w ramię.
– A! –
zawołał uradowany Max, kiedy zabierałam pudełko z prezentem i wychodziłam z
kuchni. Młody poszedł za mną. – Chodź ze mną – powiedział.
– Co?
– zdziwiłam się.
– No
chodź.
Poszłam.
Najpierw zaniosłam prezent od mamy do swojego pokoju, a kiedy zatrzymałam się
na progu jego sypialni to dał mi do ręki małą papierową torebeczkę. Tak jak
mama mówiła, zadziwiające jest to jak bardzo Max urósł przez wakacje. Jeszcze
jakieś cztery miesiące temu był ode mnie niższy o głowę, a teraz jest wyższy o
pół.
–
Wszystkiego najlepszego, Kat – powiedział z uśmiechem.
– Mam
nadzieję, że wyrosłeś już z robienia mi głupich żartów.
– No
nie wiem.
Mimo
to od razu zajrzałam do środka. Była tam najnowsza składanka Linkin Park –
Living Things. Jedyna płyta spośród moich ulubionych zespołów, której jeszcze
nie miałam, bo mama i Robby nie chcieli mi jej kupić. Dobry braciszek, wie co
dobre.
–
Aaa! –zaczęłam piszczeć i rzuciłam się na szyję Maxa. – Dziękuję! – wrzasnęłam i
pocałowałam go w policzek.
–
Hej! – zaprzeczył. –
Bez zbędnych czułości.
– Nie
ma mowy.
Zaczęłam
miażdżyć mu żebra, bo tak mocno go tuliłam.
O
godzinie dziesiątej już wiele dzieciaków odwiedziło nasz dom w poszukiwaniu
słodyczy. Mama i Robby zawieźli przygotowane wcześniej smakołyki do domu Marco.
Mi nie pozwolono tam jechać aż do wieczora. Musiałam siedzieć w domu i rozdawać
kurduplom cukierki. Nudziarstwo.
Impreza
miała się zacząć o dwudziestej, więc przed dziewiętnastą zaczęłam się szykować.
Sally miała urwanie głowy w restauracji, bo to tam gwiazdy Hollywood urządziły
dziś charytatywny bankiet. Nie było jej już od kilku godzin. Robby pojechał z
nią, bo i tak miał dziś w pracy wolne.
Po
kąpieli pomalowałam się i natapirowałam włosy układając je tak aby nabrały
objętości. Założyłam czarną bieliznę i szlafrok po czym zeszłam na dół, żeby
znaleźć Max’ a. Miał pilnować kiedy ktoś przychodzi do domu i rozdawać
słodycze.
Znalazłam
go w kuchni. Był z nim jego najlepszy przyjaciel Steward. Chłopak zawsze był
wyższy od mojego brata. Teraz oboje urośli. Max jest wyższy ode mnie, a
Stewardowi brakuje tylko kilku centymetrów do mojego wzrostu.
Czternastolatki
stali obok zlewu i pili coś z szklanek do whisky z rżniętego szkła. Płyn w
szklankach miał bursztynowo złoty kolor, a na blacie obok zlewozmywaka stała
butelka z takiego samego szkła jak szklanki.
– Co
wy do jasnej cholery robicie, gówniarze!? – wrzasnęłam.
Podbiegłam
do nich wyrywając im szklanki z rąk.
– O
co ci chodzi? – zapytał Max, próbując zabrać mi swoją szklankę.
–
Jeszcze się pytasz? Za młodzi jesteś na alkohol! – warknęłam. – A ty Steward…
Jeśli twoja matka się dowie to ja za to beknę.
–
Czepiasz się – powiedział.
Odstawiałam
szklanki na blat rozlewając przy tym trochę alkoholu.
– Max
przypomnij sobie naszą wczorajszą rozmowę. Nie chciałeś, żebym była taka jak
jestem, a ty co teraz robisz? Przestanę się upijać i chodzić na imprezy, ale
nie zamieniaj się we mnie, błagam.
Nie
spojrzałam na niego. Bałam się, tak bardzo, że w kącikach moich oczu zebrały
się łzy. Po chwili, całkiem niespodziewanie zaczęłam szlochać i nie mogłam tego
powstrzymać.
Naprawdę
bardzo nie chciałam, żeby młody zmienił się we mnie. W tym właśnie momencie
chciałam być taką dobrą dziewczyną jak Diana Brielle. Mieć blond włosy i
ubierać się w jasne kolory i ciuchy kroju tych do kościoła.
–
Kat, my… – zaczął Max i położył dłoń na moim ramieniu. – To tylko herbata.
Chcieliśmy ci zrobić kawał z tą whisky. Ale nie sądziłem, że tak zareagujesz…
–
Myśleliśmy, że cały czas będziesz krzyczała i chcieliśmy się pośmiać –
wytłumaczył Steward. – Nie wiedzieliśmy, że zaczniesz płakać. Wybacz.
Sięgnęłam
po szklankę Max’ a i powąchałam jej zawartość. Nie wyczułam zapachu whisky, ale
dla pewności pociągnęłam łyk. To była zwykła herbata bez cukru. Wyplułam płyn
do umywalki, bo nie znoszę gorzkiej herbaty.
Wylałam
zawartość szklanek i wstawiłam je do zlewu.
Powoli
podniosłam głowę i uderzyłam Max’ a otwartą dłonią w policzek.
–
Nigdy więcej tak nie rób – wycedziłam, powstrzymując łzy. – Wiesz, że się o
ciebie martwię Max.
Chłopak
parzył na mnie zaskoczony, ale nie złapał się za piekący policzek, który
zaczerwienił się od mojego ciosu.
Okey,
przesadziłam z tymi ciuchami do kościoła.
– W
zasadzie cię nie znam Steward, ale o ciebie tez się boję, kiedy spędzasz czas z
moim bratem.
Chłopak
zarumienił się.
Sięgnęłam
po karafkę i pociągnęłam z niej łyk. To była whisky. Zabrałam ją i odstawiłam
do barku w salonie. Maxwell i Steward poszli za mną, ale zanim któryś z nich
coś powiedział rozległo się pukanie do drzwi.
–
Otwórzcie, a ja się przebiorę i poprawię makijaż, bo się pomoczył od łez –
powiedziałam. – Jeśli to Elliot to go wpuśćcie.
– Że
co!? – wrzasnął Max.
– Bez
gadania.
Każdy
z nas ruszył w wyznaczonym kierunku.
W
łazience ogarnęłam się odrobinę. Makijaż mi się nie rozmazał, bo na szczęście
nie wytarłam łez, ale dobrze, że kosmetyki mam wodoodporne. Wysuszyłam policzki
i oczy, po czym poprawiłam czarne krasi na dolnych powiekach i pomalowałam
rzęsy tuszem. Nie podoba mi się to, że moje oczy są tak małe, że bez makijażu
wyglądam jak kret.
Wróciłam
do pokoju i zdjęłam szlafrok. Kiedy to zrobiłam poczułam się dziwnie naga.
Powili odwróciłam się w stronę drzwi na korytarz. O futrynę niby od niechcenia
opierał się Elliot.
Miał
na sobie ciuchy z… Miasta Kości? Przebrał się za Jace z Miasta Kości! Nawet
miał namalowane takie same czarne runy i w tych samych miejscach. Przyznam, że
Elliot jest przez te swoje blond włosy bardzo podobny do Jace’a, z tym że on
jest po tej złej stronie mocy.
–
Witaj – powiedział zgarniając długie blond włosy do tyłu.
–
Zrób tak jeszcze raz, bo aż mnie przyjemne dreszcze przechodzą jak to widzę –
powiedziałam, a on podszedł do mnie i wziął w ramiona.
Zamruczałam
mu do ucha kiedy zaczął całować moją szyję.
Tylko się nie wzdrygaj z obrzydzenia – poprosiłam w myślach samą
siebie.
– Mam
mały prezencik dla ciebie – powiedział Elliot i pokazał mi krwistoczerwoną
różę. – Taki przedsmak tego co się wydarzy po jedenastej.
–
Brzmi tak jakbym miała dostać więcej takich pięknych róż – powiedziałam.
– Ty
wiesz o co mi chodzi – zamruczał i ugryzł mnie w ucho.
Odepchnęłam
go lekko i wzięłam z łóżka sukienkę od Tiffany.
–
Zapniesz? – zapytałam, kiedy założyłam sukienkę.
Położył
swoje duże dłonie na moich biodrach i okręcił mnie tak, że teraz stałam do
niego tyłem. Zgarnęłam włosy do przodu, a on podciągnął suwak do góry.
– Czy
to nie dziwne, że w tej sukience bardziej mnie pociągasz niż w samej bieliźnie?
– zapytał.
–
Elliot, ale ty w ogóle jesteś dziwny – stwierdziłam.
Zmierzył
mnie morderczym spojrzeniem, jednak zanim zdążyłam coś powiedzieć, popchnął
mnie na łóżko i położył się na mnie.
Wrzasnęłam,
a potem zaśmiałam się.
Elliot
zaczął mnie całować w szyję, dotykając przy tym całego mojego ciała. Kiedy mnie
całował, ja zaczęłam go do siebie przyciągać rękoma i nogami, ale nagle Elliot
się zatrzymał.
– Co
jest? Elliot… – zaczęłam.
Otworzyłam
oczy i zobaczyłam Max’a, który trzymał w dłoni srebrny pistolet z mojej szafy,
tuż przy skroni Elliota.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Proszę bardzo, jest nowa notka. Ale co do kolejnej to mam dość duży problem, bo muszę opisać urodzinki Kat i wielką imprezę Halloween, a ja nigdy nie miałam wyprawianych urodzin i nigdy nie byłam na wielkiej imprezie, bo zwyczajnie ich nie znoszę. No i jeszcze muszę uwzględnić Paramore -,- a teraz wolałabym, żeby to było Linkin Park...
A co do sprawy z Elliotem i Olivere posłuchajcie sobie All I Wnted by Paramore ;), bo dzięki tej piosence wpadłam na fajny pomysł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz