czwartek, 19 grudnia 2013

Death is Coming

Trochę sobie ponarcyzuję (nie ma takiego słowa, prawda? Ale wiadomo o co chodzi mam nadzieję ;)). Jestem dla was tak dobra, że w Grudniu dodaję już trzecią notkę, a tu niby czytelników przybywa, ale po komentarzach tego nie widać. Sądzę, że już niedługo osoba, która zażyczyła sobie kontynuowania przeze mnie tej historii, będzie musiała pogodzić się z prawdopodobny zawieszeniem działalności tego bloga, ponieważ nie ma sensu prowadzić czegoś, czego i tak nikt nie czyta :(.
Ja jestem taka dobra (ta jasne xD), a wy źli i mnie jeszcze dołujecie tym brakiem komentarzy.
Ps. Chciałam podziękować nowemu czytelnikowi (tak samo zapalonym jak pierwsza czytelniczka i o którym wiem oczywiście) za jego umiejętne posługiwanie się pewnym programem komputerowym i zrobienie dla mnie niespodzianki w formie zajebiaszczego napisu w nagłówku tegoż bloga. Napis jest wspaniały i najbardziej mi się podoba to 'Fire' :3.
Dziękuję Alan ;) i dziękuję, też Gosi za pokazanie mu moich wypocin.
 ~*~*~*~*~
Previously on Light My Fire:

– Marco ma rację, nie mogę tego przed tobą ukrywać – powiedział, przerywając ciszę. – Pamiętasz jak zginęła moja rodzina? – zapytał.
– W pożarze – powiedziałam, a po chwili coś do mnie dotarło. – To to się stanie kiedy zobaczę Sally i Robbego? – zapytałam. – Zabije ich moja moc? – zapytałam, a w moich oczach zebrały się łzy.
– Tak – powiedział Oliver z westchnieniem i przytulił mnie.
– Opowiedz mi o tym – powiedziałam łamiącym się głosem.
– Jedno z nich musi zginąć, ale jeżeli oboje będą w tym samym czasie i miejscu co ty to niestety zginą oboje. Na dodatek jeśli Max będzie tam z wami to twój ogień go nie ominie.
– Ale Max… – zaczęłam i spojrzałam w oczy Olivera. – On jest moim przyrodnim bratem, a Robby nie jest moim biologicznym ojcem. Pamiętasz?
– A więc tylko twoja matka jest w niebezpieczeństwie.
– Nie jeśli odnajdę Jaya Harrisa. Mojego biologicznego ojca – powiedziałam ożywiona.


...



– Masz rację – przyznał. – Nie jest to zły pomysł, ale nic o nim nie wiemy. Jedyne dane jakie znamy to jego nazwisko, a w Stanach mogą być miliony mężczyzn nazywający się Jay Harris.
– Wiem. – Westchnęłam. – Ale znamy też przedział wiekowy, w którym mógł się urodzić. Sally ma trzydzieści siedem lat, a Robby jest od niej straszy o trzy lata. Więc Jay może mieć od trzydziestu pięciu do czterdziestu lat.
– Pomyślimy o tym rano, dobrze? – zapytał. – Jest już późno, a dziś wybawiłem się chyba za wszystkie lata.
Pocałował czubek mojej głowy.
– Masz rację.
Oliver ziewnął, ale ja zbytnio się pobudziłam i teraz z pewnością długo nie zasnę.
Podniosłam głowę i spojrzałam w brązowe zaspane oczy ukochanego.
– Dobranoc – szepnęłam i złożyłam delikatny pocałunek na jego lekko rozchylonych wargach. Kiedy się odsunęłam, żeby znów spojrzeć mu w twarz, oczy miał zamknięte, a na ustach gościł delikatny uśmiech.
Jego klatka piersiowa zaczęła miarowo opadać i unosić się, a oddech stał się spokojniejszy i cichszy. Zasnął.
– Przynajmniej tobie się udało – szepnęłam i z powrotem położyłam głowę na nagim torsie Olivera. Zamknęłam oczy, ale mimo to sen nie przychodził.
Tuż przed świtem wyszłam z łóżka i zaczęłam szukać swoich ubrań rozrzuconych w przeszłości po domu. Znalazłam szafirowe biodrówki i czarne trampki, ale nic poza tym, więc w pokoju gdzie wciąż spał Oliver znalazłam jego czarną koszulkę, którą w nocy ze mnie zdjął i ubrałam się. Nigdzie nie mogłam znaleźć biustonosza, więc tylko zawiązałam koszulką pod biustem.
Po przeszukaniu mebli znalazłam szafkę, gdzie Oliver trzymał kluczyki do swojego arsenału samochodów i złapałam jedne z pilotem.
Stanęłam przy drzwiach na korytarz i ostatni raz spojrzałam na Olivera. Wciąż twardo spał. Leżał na plecach z jedną ręką położoną na poduszce nad głową, drugą na brzuchu. Był przykryty prześcieradłem tylko do połowy, więc było widać krawędź jego bokserek, które miał nisko na biodrach, przez co jego kości biodrowe były bardzo widoczne.
Nie mogąc się powstrzymać podeszłam do śpiącego i pocałowałam lekko jego wargi. Wtedy poruszył się, a ja odskoczyłam jak oparzona. Na moje szczęście nie obudził się.
W garażu nacisnęłam guzik otwierający mechanizm. Samochodem który wydał dźwięk otwieranych drzwi było czarne błyszczące w słabym świetle żarówki Subaru Impreza.
Zadowolona, że to właśnie tak ładne autko, otworzyłam drzwi garażu, po czym usiadłam za kierownicą. Oliver będzie zły, że jeżdżę po LA bez prawa jazdy, ale coś w środku mówiło mi, że muszę się znaleźć w domu i to jak najszybciej, ale co i dlaczego? Nie mam pojęcia, ale to przeświadczenie, że stanie się coś złego było bardzo silne.
Po kilkunastu minutach jazdy wciąż opustoszałymi dzielnicami bogaczy wyjechałam na drogę publiczną. Tam też spotkałam niewiele samochodów, bo w końcu wczoraj było Halloween i do końca tygodnia większa część miasta miała wolne.
Kiedy dotarłam do domu z zadowoleniem stwierdziłam, że samochodu Robby’ego nie ma na podjeździe. Mamy zapewne stało w garażu, ale pamiętam, że wczoraj to Lexusem ojca jechali do restauracji.
Na futrynie drzwi znalazłam zapasowy klucz od domu i weszłam do środka. Gdy otworzyłam drzwi od razu uderzył mnie mocny zapach świeżo zaparzonej kawy. Idąc za zapachem dotarłam do kuchni.
– Katherine? – zdziwił się Robby. – Co ty tu robisz o tak wczesnej porze i jak się tu dostałaś?
– Gdzie mama? – zapytała ignorując jego pytania.

~*~

– Twoje oczy – powiedziałem.
Tęczówki miała całkowicie czerwone, a źrenic nie było widać na tle płonącej czerwieni. Jej już i tak czerwone włosy delikatnie zaczęły falować jak płomienie trawiące drewno, a z nich do góry unosiły się drobinki czerwonego popiołu, który znikał zanim do końca zgasł.
– Gdzie jest mama? – powtórzyła.
– Mamy nie ma – A więc jednak jest nią. – Nie możesz jej dziś zobaczyć.
– Bo? – zapytała opierając się z założonymi na piersi rękoma o framugę drzwi.
– Bo… – zacząłem i przełknąłem ślinę. – Bo musiała zostać w pracy i nie będzie jej przez kilka dni. Może wrócisz do domu Marco, co? – zapytałem z nadzieją.
– Jak nie ma jej tutaj to pojadę do restauracji – powiedziała.
Jej oczy i włosy coraz bardziej płonęły, a skóra przybrała kolor gasnących węgli, zmieniających się w popiół.
– Kochanie z kim rozmawiasz? – dobiegł nas głos Sally z naszej sypialni.
– Oj, nie ładnie kłamać ojczymie – powiedziała Katherine karcącym tonem i pomachała wskazującym palcem. – Nie ładnie.
Zanim się obejrzałem Kat szła już w stronę Sally, więc ruszyłem za nią.

~*~

Powoli ruszyłam w stronę sypialni rodziców. Nie widziałam Sally, ale już wiedziałam, że tam jest. Zdradziła się pytając ojca z kim rozmawia.
– Sally uciekaj! – zawołał za mną ojciec. – Ona już wie!
Złapał mnie mocno za przedramię, ale usłyszałam tylko skwierczący odgłos. Robby poparzył się od dotyku mojej skóry. Przekrzywiłam lekko głowę i spojrzałam na niego z wyższością.
– A mnie zawsze uczyłeś, że nie wolno dotykać rozgrzanych do czerwoności rzeczy – powiedziałam i przyłożyłam wskazujący palec do jego policzka. Mężczyzna zawył z bólu i puścił w końcu moją rękę, opadając na kolana.
Weszłam przez otwarte drzwi do ich sypialni, a później do łazienki. Sally stała przy umywalce patrząc w lustro. Stały tam dwie postacie. Zapłakana Sally i potwór o płonących czerwienią oczach i włosach, które jeszcze kilka godzin temu związane były w warkocz. W tym stworze rozpoznałam samą siebie, ale gdy w tym momencie chciałam przestać, moje ciało coraz mocniej pchało mnie do zrobienia tego, czego tak bardzo się obawiałam.
Mimo gorąca po moich policzkach zaczęły płynąć łzy.
– Zadzwoń po strażaków Robby! – zawołała Sally.
– Mamo – powiedziałam, a mój głos już nie brzmiał oschle, a załamywał się. – Ja nie mogę się powstrzymać. Moje ciało…
– Cicho – szepnęła Sally i odwróciwszy się do mnie podeszła i przytuliła mnie jak kiedyś, gdy byłam mała. – Wszystko będzie dobrze – powiedziała starając się nie krzyczeć z bólu spowodowanego przez ogień, który wykwitał na mojej skórze.  – Jesteś już duża. Poradzisz sobie, ale obiecaj mi, że zaopiekujesz się Maxem i Robbym.
– Mamusiu – wyszlochałam ciągnąc nosem. – Woda, ona powstrzyma…
– W przypadku zabicia swojego rodzica nie powstrzyma. Studiowałam wszystkie możliwe księgi, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o twojej mocy i przygotować się na ten dzień. Nie martw się o mnie. Kiedy odejdę myśl o mnie, ale nigdy nie płacz. Rozumiesz? Nie wolno ci.
Kiedy to mówiła ja z przerażeniem patrzyłam w lustro jak jej ubranie i włosy znikają trawione przez płomienie.
– Musisz wiedzieć, że twoja moc nie jest po tej stronie po której myślisz – kontynuowała. – A teraz, gdy już odejdę musisz użyć całej siły woli i wysadzić butlę z gazem w piwnicy. Jest tak ustawiona, że zniszczy tylko frontową ścianę domu. Twoje i Maxa rzeczy nie ucierpią.
– Kocham cię – szepnęłam – i przepraszam – dodałam po czym zwiększyłam płomień okalający moje ciało i zakryłam uszy, żeby zagłuszyć krzyk Sally.
Zacisnęłam mocno powieki i opadłam na kolana, a przede mną opadło już całkiem sczerniałe ciało kobiety. Wrzasnęłam z bólu jaki sprawiło mi to co właśnie się stało. To co się stało z moje winy.
– Po co ja do cholery tu przyjeżdżałam! – wrzasnęłam i wstałam.
O dziwo mojego ubrania nie strawił ogień.
Otarłam łzy i skupiłam swoją całą siłę woli na piwnicy, gdzie stała butla gazowa. Gniew jaki w sobie kumulowałam pomógł mi w osiągnięciu celu. Siła płomienia była tak silna, że przebiła podłogę w łazience i uderzyła w piwnicę. Wybuch był ogromny i bardzo głośny. Kiedy wyszłam na korytarz już cały stał w płomieniach. Kuchni nie było, a salon już zajmował się ogniem.
Na szczęście zdążyłam wyjść z domu i wsiąść do samochodu zanim ktokolwiek zdołał zobaczyć co się dzieje. Na szczęście moja moc już się ukryła i przestałam płonąć.
Po chwili z domu wybiegł Robby, kiedy frontowa ściana domu zawaliła się. Tak jak przewidziała mama sypialnie moja i Maxa zostały nienaruszone.
Mój przybrany ojciec podbiegł do auta i zajrzał do środka przez otwarte okno pasażera.
– Uciekaj – powiedział. – Nikt nie może cię tu zobaczyć, rozumiesz? Uciekaj – warknął. – Przywieziesz Maksa do mojej matki, kiedy za kilka godzin zadzwonię, nie prędzej.
W oddali usłyszałam mieszaninę syren straży pożarnej, policji i karetki.
– Już jadą – stwierdził Robby. – Jedź – ponaglił. – No już!
Uruchomiłam silnik i ruszyłam. Jechałam szybciej niż poprzednio. A kiedy dotarłam do domu Marco wszyscy wciąż spali.
Samochód zaparkowałam tam skąd go wzięłam, kluczki do niego też.
W łazience Olivera wzięłam szybki prysznic. Na dole w pralni wyprałam ciuchy, które na sobie miałam i wysuszyłam w suszarce na pranie. Żeby nikt nie usłyszał skubnęłam suszarkę i wysuszyłam włosy za zamkniętymi drzwiami w pralni.
W samej koszulce Nirvany wróciłam do sypialni i położyłam się obok Olivera i wtuliłam się w jego bok. Nie było już ważne czy się obudzi. Nawet jeśli to mógłby pomyśleć, że zrobiłam to przez sen. Ale on nadal spał jak zabity. Wymęczona nadużyciem ognia zamknęłam oczy i tym razem szybko odpłynęłam w krainę snów.

Obudziłam się przeciągając mocno w objęciach...
– Koca? – zdziwiłam się rozglądając po pokoju.
Olivera nigdzie nie było. W pokoju było już bardzo jasno od wpadających przez okno promieni, więc musiało być południe.
Podniosłam się do pozycji siedzącej, kiedy drzwi się otworzyły.
– Już wstałaś – stwierdził Oliver, wchodząc do pokoju. – A miałem już taki piękny plan jak cię obudzić.
W rękach trzymał stolik przy którym jada się w łóżku.
Położyłam się z powrotem i zakryłam kocem po szyję.
– Budź mnie – powiedziałam zamykając oczy.
Oliver zaśmiał się.
Po chwili brzeg łóżka ugiął się, a na moich ustach został złożony pocałunek.
– Mmmm – mruknęłam z wargami wciąż przy ustach Olivera, po czym przyciągnęłam go do siebie wplatając palce w jego gęste długie brązowe włosy.
– No no – powiedział, kiedy zaczęłam go wciągać do łóżka. – Śniadanko jemy. – Postawił przede mną stolik na którym stał talerz z górą naleśników polanych złotobrązowym syropem i szklanką soku.
– Sos karmelowy i świerzy sok z limonki, bez miąższu i pestek.
– Mniam – powiedziałam siadając i przyciągając stolik, po czym rzuciłam się na naleśniki. – O kurde, ale pycha.
Zauważyłam, że Oliver był już kompletnie ubrany i nie rozczochrany tak bardzo jak w nocy kiedy próbował się ze mną… chciał swojej zapłaty za wygraną w zakładzie.
– Nie patrz tak na mnie, bo się czuję dziwnie – powiedziałam przełykając kęs naleśnika.
– Lubię patrzeć, kiedy jesz. Jesteś wtedy naprawdę szczęśliwa.
– Chcesz, żebym przytyła? – zapytałam celując w niego widelcem.
Uśmiechnął się.
– Która godzina? – zapytałam i wsadziłam do buzi duży kawałek naleśnika.
– Po dziesiątej.
Skinęłam głową, bo miałam za bardzo zapchaną buzię, żeby odpowiedzieć.
– Jak skończysz to idziemy na plażę. Co ty na to? – zapytał.
Pokiwałam energicznie głową i przełknęłam.
– Wszyscy, mam nadzieję – powiedziałam.
– No tak.
– Może w końcu się opalisz.
– Przecież jestem opalony – prychnął.
– Nie – zaprzeczyłam i złapałam go za ramię. – Spójrz. – Jego skóra już nie była tak jasna jak kiedy przyjechał do LA, ale wciąż był dużo bledszy ode mnie.
– Ja tu mieszkam od kilku miesięcy, a ty całe życie, nie dziwię się, że masz taki, a nie inny odcień skóry.
Nagle mój telefon się rozdzwonił. Dźwięk wyraźnie dobiegał z bliska, ale nie łatwo było znaleźć komórkę w plątaninie poduszek i pościeli. Gdy w końcu go złapałam przestał dzwonić.
– To tata – powiedziałam sprawdzając nieodebrane połączenie. – Ciekawe czego chce.
– Oddzwoń do niego – powiedział Oliver.
Ale w tym momencie All We Know – Paramore znów zaczęło lecie cieć.
– Tato? Co się stało?
– Powiedz Marco, czy komuś, żeby przywiózł cię i Maxa do Violet – powiedział. – Ja będę tam za jakąś godzinę.
– Dobrze. Przyjedziemy jak najszybciej.
Rozłączył się.
Violet to mama Sally. Moja babcia. Mieszka sama, bo dziadek zmarł kilka lat temu.
Odstawiłam stoik na bok i wyszłam z łóżka.
– Byłaś w nocy w swoim domu, prawda? – zapytał Oliver.
Zamarłam. On wstał i zatrzymał się tuż za mną.
– Czasami przeraża mnie zasięg twojej wiedzy – powiedziałam, nie odwracając się.
Oliver okrążył mnie i stanął naprzeciw, kładąc swoje dłonie na moich ramionach.
– Katherine – powiedział z czułością i przytulił nie, a ja zaczęłam szlochać w jego ramionach.
Żadne z nas już nic nie mówiło. Po prostu staliśmy tak w pokoju, ja płacząc, a Oliver głaszcząc mnie po głowie i nucąc melodię modlitwy, którą zawsze mi śpiewał.
– Ja… – zaczęłam ciągnąc nosem. – Nie wiem co mnie podkusiło – wyksztusiłam. – Nie mogłam zasnąć, bo czułam, że coś złego się stanie. Pojechałam do domu, bo bałam się o mamę, a okazało się, że to ja jestem tym zagrożeniem. Pojechałam mimo, iż wiedziałam, że to może się stać, ale nie skojarzyłam tego. A teraz… Teraz ona…
– Ćśśś – szepnął. – Wiem jak się czujesz, ale pamiętaj, że Robby, Max, Tiffa i Marco, a ja w szczególności zawsze będziemy z tobą. – Odsunął się trochę ode mnie i złapał za brodę, żebym na niego spojrzała. – Przysięgam, że już cię nie opuszczę, rozumiesz? Nawet jeśli mnie odtrącisz to ja i tak będę z tobą. Będę natrętny, ale zawsze będę pilnował twojego bezpieczeństwa. – Mówił to z taki uczuciem, że z moich oczy łzy zaczęły mocniej płynąć, ale już nie szlochałam. Po prostu patrzyłam na niego z uwielbieniem.
– Bądź natrętny, rób co tylko uważasz za stosowne, ale nigdy mnie nie opuszczaj i nie pozwól bym i ja to zrobiła.
– Obiecuję.
Przysięgę przypieczętowaliśmy pocałunkiem.
– Jak tam po nocy pełnej przeżyć? – zapytał Marco, kiedy weszłam do jego sypialni.
Leżał wysoko, oparty o poduszki i tylko do połowy przykryty prześcieradłem. Tiffany nigdzie nie było, ale mimo to weszłam bez żadnych ceregieli.
– Gdzie Tiff? – zapytałam.
– Poszła do kuchni? A co?
– Chcę jakieś coś do ubrania, bo nie wzięłam ciuchów na zmianę – powiedziałam i weszłam do pokoju. – Gdzie są rzeczy? – zapytałam.
Wskazał na jedną z szafek, więc podeszłam do niej i zaczęłam szukać jakichś spodenek.
– Nie odpowiedziałaś na moje pierwsze pytanie.
– Żadnych przeżyć nie było, zboczeńcu – prychnęłam i akurat natrafiłam na granatowe szorty.
Kilka rzeczy stało się właśnie w tamtej chwili. Ja zaczęłam zakładać spodenki (wciąż miałam na sobie tylko bokserki i koszulkę Olivera), ale zamarłam bo Marco wyszedł z łóżka, a w otwartych drzwiach pokoju ktoś stanął.
– Co wy tak w ogóle tu robicie? – zapytała Tiffa, wcinająca popcorn z przeźroczystej miski, którą trzymała przytuloną do piersi.
Założyłam szorty i zawiązałam ich sznurek na kokardkę. Dopiero wtedy spojrzałam na Marco.
– O cholera! – wrzasnęłam i wystawiłam rękę tak, żeby zakryć nią Marco. – Ty głupku zakładaj gacie! – wrzasnęłam.
– No wiesz ty co Marco? – jęknęła Tiffa i weszła do pokoju po czym rzuciła w niego garstką popcornu. – Zobacz co zrobiłeś. Twarz Kat jest teraz bardziej czerwona od jej włosów. – Zaśmiała się.
– Ale o co ci chodzi – powiedział tamten. – Niech wie jak powinien wyglądać prawdziwy facet, bo jeśli chodzi o mojego durnego kuzyna to…
– Tiffa, wzięłam sobie twoje szorty, bo swoich nie mam i już sobie idę! – powiedziałam przerywając Marco, po czym ruszyłam do wyjścia, nie patrząc w jego stronę.
– Spoko! – zawołała za mną przyjaciółka.
Wyszłam z pokoju nie zamykając drzwi, ale nie odeszłam. Zatrzymałam się tuż obok nich na korytarzu.
– Nic między nimi nie zaszło – powiedział Marco.
– Serio? – jęknęła Tiffa.
– Tak powiedziała. I znowu wyzwała mnie od zboczeńca.
– Znasz ją dłużej niż ja. Powinieneś przywyknąć.
– Co im tak bardzo kurde zależy na tym co robię z Oliverem w nocy – mruknęłam z niezadowoleniem pod nosem.
– Jak myślisz. Robby ukryję Sally przed mocą Kat, dopóki ta jej nie zacznie kontrolować? – zapytała.
– Miejmy nadzieję – powiedział. – Katherine jest twarda, ale jeśli chodzi o jej bliskich to mięknie. Jest zbyt wrażliwa na taki ból.
– Wiem – westchnęła.
– Przejdziemy do bardziej przyjemnych czynności? – zapytał uwodzicielsko.
– Mhm – mruknęła.
Wtedy odeszłam.
– Mam już spodenki – powiedziałam i wzięłam od Olivera mój telefon.
Czekał na mnie w salonie na kanapie.
Wybrałam numer Maxa i zadzwoniłam do niego.
– Brat, chodź do salonu – powiedziałam, kiedy w końcu odebrał.
– Po so? – zapytał, nie dość wyraźne, ponieważ właśnie coś przeżuwał.
– Jak przyjdziesz to się dowiesz.
Westchnął.
– No dobła – powiedział i się rozłączył.
Po chwili wyszedł z kuchni z paczką żelków w ręce, które po chwili znalazły się w mojej.
– Hej! – zaprotestował.
Odetchnęłam głęboko, starając się nie zacząć płakać.
– Coś się stało? – zapytał.
Wzięła żelka i zaczęłam go powoli gryźć.
– Kat?
– Nie nic. – Udałam ziewnięcie. – Zmęczona jestem i trochę nie ogarniam co się wokół dzieje. Sorki. No, ale co do tego czy coś się dzieje to tak naprawdę nie wiem, bo tata dzwonił, że mamy jechać do babci Violet, ale nie powiedział czemu. Więc teraz jedziemy. Zbieraj się.
– Już gotowy – powiedział.
– Okey, to ja zadzwonię jeszcze do Tiff, bo boję się tam iść do góry i możemy jechać – powiedziałam. – Idźcie już – dodałam zanim, którykolwiek z nich zdołał zadać pytanie odnośnie tamtej dwójki.
– No – powiedziała Tiffany po odebraniu telefonu, po czym usłyszałam odgłos pocałunku.
– Marco ty debilu nie całuj Tiffy, kiedy z nią rozmawiam, zboczeńcu! – wrzasnęłam.
– Nie no znowu – usłyszałam jego stłumiony głos.
– Już – powiedziała Tiff, po chwili. – Co jest?
– A ty nie odbieraj, kiedy się z nim migdalisz – warknęłam.
– A jak ty się z Olivciem migdalisz to dobrze jest, tak?
Prychnęłam.
– No mów wreszcie co chcesz – powiedziała i zaśmiała się cicho.
Ten dureń, znowu ją tyka no.
– Po pierwsze: Nie wiesz gdzie jest mój biustonosz, bo od trzeciej go nie widziałam.
– Nie wiem… – powiedziała. – Chwila, że co!? To czemuś go zdjęła!?
– Bo nie mam w zwyczaju spać w tej części garderoby – moja mina w tym momencie wyglądała tak ‘ -,- ‘.
– Ta jasne – mruknęła z zadowoleniem, przez co zarumieniłam się, wspomniawszy poprzednią noc.
– Po drugie: Max i ja musimy być u babci – powiedziałam zanim zdążyła coś jeszcze dodać. – Oliver nas zawozi i nie wiem, czy wrócimy, więc…
– Mhmm…
– Znów się z nim całujesz, prawda?
Moja irytacja weszła na jeszcze wyższy poziom.
– Mhm – mruknęła znowu, po czym zaczęła się głośno śmiać, więc musiałam odjąć komórkę od ucha.
– Macie wolną chatę i dużo sprzątania tylko dla was! – zawołałam radośnie i rozłączyłam się, żeby nie słyszeć jej sprzeciwu.
Oliver i Max czekali na mnie przy czarnym Suvie na podjeździe przed bramą wjazdową. Wyszłam poza teren domu i dołączyłam do nich.
W drodze słuchaliśmy Linkin Park i Metallici. Włączyłam je i dałam jak najgłośniej się dało. Mimo, że siedziałam z przodu to czułam na plecach basy wydobywające się z subufora znajdującego się w bagażniku.
Jechaliśmy tym samym samochodem, który sobie pożyczyłam. Cieszyło mnie to, że Oliver nie zapytał mnie czym dostałam się do mojego domu. On wiedział, kiedy trzeba zachować milczenie i to jest jedna z tych cech, które w nim podziwiam i kocham.
Kiedy dotarliśmy do domu babci, który mieścił się sześć kilometrów od domu Marco i jedenaście od naszego, samochód Robbego już tam stał. Na jego masce i szybie było widać rysy po wyrzuconych przez wybuch odłamkach.
Babcia i on siedzieli w jej niewielkim saloniku z niskimi różowymi fotelami o wysokich oparciach ozdobionych białymi serwetami, które sama zrobiła na szydełku. Ona miała łzy w oczach, a Robby przybrał maskę względnego spokoju, który mógł zakłócić mój chodź jeden zły ruch.
– Co się stało? – zapytała na wejściu Max i podszedł do babci i przytulił ją, klękając obok fotela.
Ojciec nie patrzył na mnie, ale wzrok Violet był skierowany na mnie i mówił ‘Wynoś się z mojego domu potworze!’. Odwróciłam wzrok. Na szczęście Oliver był za mną i złapał mnie za rękę.
– Gdzie jest mama? – zapytała młody.
– Tato… – zaczęłam.
– Wiem, że to będzie dla ciebie szokiem Max, ale jesteś już wykraczająco duży, aby zrozumieć – powiedział Robby, patrząc w pełną gorącego parującego płynu filiżankę, którą trzymał w rękach. – Chodzi o to, że…


~*~*~*~*~
A jak nie będzie komentarzy to się fochnę i nie będę pisać, a jak wiadomo idą święta, a w święta Teny się opierdala, a jak się opierdala to znaczy, że pisze, a jak ma wolne to duuuzio pisze, bo ma duuuzio durnych pomysłów :P

sobota, 7 grudnia 2013

Caught on... Nothing?



Notka dodana ze względu na pewną bardzo ważną okoliczność.
Moja jedyna czytelniczko, która utwierdzasz mnie w przekonaniu, że te opowiadanie nie jest tak złe jak myślałam zaczynając je pisać, chcę ci złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji twoich siedemnastych urodzin, dużo zdrowia, szczęścia i pomyślności i żebyś spotkała w swoim życiu kogoś, jak to stwierdziłaś, kogoś tak wspaniałego jak Oliver, kto będzie cię kochał tak jak on kocha Katherine ;)Oliver podpisuje się pod życzeniami :*


Zapraszam na duużo czytania :D

– A więc to jednak ty, Katherine – powiedział, ktoś od strony drzwi.
Elliot przestał mnie całować w szyję, ale ja nadal byłam sparaliżowana bólem
– Witaj Red Flame – powiedział Elliot i zszedł z moich bioder.
Zauważyłam, że jego usta były brudne od czegoś ciemnego. Uniosłam rękę, żeby dotknąć szyi i poczułam na palcach lepką ciecz.
Elliot spojrzał mi w oczy. Jego tęczówki, jak i białka były całkiem czarne.
– Odejdź Demonie i zostaw ją w spokoju – powiedział Oliver, wchodząc głębiej do pokoju. – Ona nie ma z tym nic wspólnego.
– Kim ty jesteś, że możesz mi mówić co mam robić? Durnym podnóżkiem tej Białej dziewczynki, co się uważa za boginię? Daj spokój.
– Cz-zym ty jesteś? – wychrypiałam.
– To Demon, Katherine – odpowiedział mi Oliver. – Pił twoją krew, żeby się wzmocnić.
– C-co?
– Och zamknijcie się oboje – jęknął Elliot.
Wstał z łóżka, a jego rozświetlona blaskiem szalejącego w pokoju ognia sylwetka jakby zaczęła rosnąć. Po chwili miał już jakieś trzy metry wzrostu. Jego włosy zaczęły rosnąć i zmieniać kolor, teraz zamiast blond były szarobłękitne i sięgały kolan. Jego sylwetka i kończyny także się wydłużyły. Ubrania jakie jeszcze na sobie miał rozerwały się na nim, skóra od pasa w górę była szaroniebieska, od pasa w dół czarna, a jego nogi wyglądały teraz jak zwykłe spodnie. Przestraszyły mnie jego długie łydki i to że zamiast stóp miał teraz kopyta, a paznokcie u rąk stały się długimi szponami. Tylko oczy pozostały tak samo czarne jak po wypiciu przez niego mojej krwi. Pod nimi na policzkach miał dziwne wzory, wyglądające jakby były to tatuaże łez.
Potężny ryk jaki wydobył się z jego gardła ogłuszył mnie.
W mojej głowie wciąż rozbrzmiewała piosenka All I Wanted, ale po chwili, kiedy odzyskałam panowanie nad ciałem, usłyszałam całkiem inną melodię.
Ból całkowicie zniknął.
Sięgnęłam po kaburę z pistoletem, którą odłożył na brzeg łóżka Elliot, kiedy mi ją odpiął. Wyciągnęłam pistolet i usiadłam. Na szczęście Elliot Demon był zajęty Oliverem.
– Jestem Pierwszym Arcy Demonem Piekieł i czy tego chcesz, czy nie to musisz ze mną walczyć, bo inaczej ją zabiję.
– Gdybym przyszedł chwilę później, pewnie wyssał byś z niej całą moc, prawda? – prychnął Oliver.
– Mocy nie ruszałem, bo taki ogień mnie nie kręci – powiedział zachrypniętym głosem Demon. – Ale skoro sama do mnie przyszła, to co? Mam nie skorzystać? Nie Bloody Silver? – zapytał odwracając do mnie swój wieli łeb.
– Die, die my Darling – powiedziałam i wystrzeliłam. Kula trafiła prosto w czoło Demona.
– Ktoś cię uprzedził, że tylko tak można zabić Demona, co? – zapytał Elliot i zaśmiał się, zanim zaczął się dosłownie w sobie kurczyć.
– Czytam fantastykę, szmato – powiedziałam zdmuchując dymek z lufy pistoletu.
Spojrzałam na Olivera. Obserwował ciało kurczącego się demona, dopiero kiedy znikło całkowicie spojrzała na mnie. Przez chwilę patrzeliśmy na siebie, a w następnej on tulił mnie do siebie, a ja jak najmocniej chciałam się wtulić w jego nagi tors.
– Katherine, jak mogłaś zrobić coś tak głupiego? – zapytał, kiedy już się od siebie oderwaliśmy. – To było…
– Przynajmniej po sobie posprzątał – przerwałam mu.
– Nie chodzi mi o Demona. No w pewnym sensie. Nie o jego śmierć, a o to co z nim robiłaś.
– Chciałam, żebyś był zazdrosny i przyznał się, że Strażnicy Żywiołów nie istnieją, a nie wiedziałam, że był Demonem. Zapewniam cię, że gdybym wiedziała to bym tego nie zrobiła. I uwierzyłabym od razu kim jesteś.
– Ten ogień to twoja sprawka, wiesz? Jeśli chcesz mocnego dowodu na istnienie Władców Żywiołów to spróbuj go powstrzymać. Możesz sobie wyobrazić, że jesteś gąbkom i wchłaniasz ten ogień.
– Gąbka wchłania wodę, ale dobra…
Zrobiłam tak jak kazał, przy okazji zamykając oczy, ale zamiast gąbki, wyobraziłam sobie, że trawione ogniem przedmioty cofają się w czasie, do momentu kiedy ognia jeszcze nie było, a gdy już otworzyłam oczy ognia faktycznie nie było.
– O mój boże! – zawołałam. – To ja to zrobiłam!?
Byłam tak zaskoczona jak nigdy.
– Tak – powiedział z uśmiechem, po chwili jednak wypuścił mnie z rąk. – Ubierz się, proszę – dodał odwracając wzrok. Jego policzki pokryły się szkarłatem. Kyaaa, jakie to słodkie! No ale miał rację, bo paradowałam przed nim tylko w majtkach. Jeszcze kilka miesięcy temu nie pomyślałabym, że zobaczy mnie taką, ale skoro już to się stało to nie ma sensu się zakrywać.
Zaczęłam zbierać swoje rzeczy i z ociąganiem zaczęłam się ubierać.
W sumie to spodobała mi się rola Władcy Ognia i jak się teraz okazuje także nie tylko życiowej, ale także zawodowej partnerki Olivera.
– Jesteś cała we krwi – powiedział Oliver, podchodząc do mnie, kiedy zakładałam na przez nogi sukienkę. – Chodź. – Złapał moją rękę i poprowadził do przydzielonej pokojowi łazienki.
Wziął z jednej z szafek sporo papieru do wycierania rąk i namoczył, po czym delikatnie zaczął wycierać moją szyję. W pewnym momencie jednak syknęłam.
– Przepraszam – szepnął.
– Myślałam, że zareaguję bardziej emocjonalnie, kiedy odkryłam, że mam poharataną od kłów szyję – powiedziałam.
– To normalne, że nie reagujesz – wytłumaczył Oliver. – Na początku przemiany zawsze tak jest.
– Skąd wiedziałeś, że to ja jestem Władcą Ognia? – zapytałam po chwili.
– Nie wiedziałem. Dostałem misję odnalezienia ostatniego głównego Płomienia. Wiedziałem tylko, że chodzi o dziewczynę i że mieszka w Los Angeles. W zasadzie, kiedy ktoś nowy się narodzi to nie wiemy nic poza tymi dwoma czynnikami. Czasami jednak, jeżeli w rodzinie zdarzyło się, że była jakaś magiczna istota, to wtedy znamy imię, nazwisko i każdy drobny szczegół z życia potencjalnej obdarzonej osoby.
– A poza nami kto jeszcze jest? Bo jest na czworo, prawda?
– Tak, ale myślę, że oni sami ci to w końcu powiedzą.
– Co mam przez to rozumieć? – zapytałam, kiedy zaczął wycierać moją mokrą od wody, ale już czystą szyję.
– Wkrótce się dowiesz.
Prychnęłam.
– Byłabyś gotowa tamto zrobić? – zapytał, kiedy założyłam już rękawy sukienki.
– Zapnij – powiedziałam. – Co zrobić?
– Oddałabyś się mu? Temu demonowi? – Zapiął zamek sukienki. – Na marginesie dodam, że Arcy Demona nie zabije strzał w głowę, a tego właśnie odesłałaś do piekieł.
– Czy bym się z nim kochała? Mówiłam, że gdybym wiedziała, że to Demon to bym tego nie zrobiła. Słuchałeś mnie w ogóle?
– A gdyby był człowiekiem, a ja nie przyszedł bym na czas? W zasadzie właśnie zdzierał z ciebie bieliznę, więc…
– Nie wiem, Oliver. Mam szesnaście lat. Zawsze, pewnie jak każda dziewczyna ceniąca to kim jest, chciałabym to zrobić z kimś kogo kocham.
– Odważyłabyś się teraz? – zapytał całują moje ramię. – Tutaj. Ze mną?
– Ta sypialnia do końca życia będzie mi się źle kojarzyła. I nie wiem, czy…
Zaczął całować moją szyję w taki sposób, że już nie mogłam się odezwać.
– Mów do mnie – szepnął, w moje zagłębienie między szyją, a ramieniem.
– N-nie mo-mogę… – sapnęłam.
Cały czas obserwowałam nas w lustrze. Oliver przestał mnie całować, po czym napotkałam jego wzrok w lustrze. Uśmiechnął się.
– Z kimś kogo kocham – powtórzył moje słowa.
– Kocham, ale nie wiem. Ty już to robiłeś – powiedziałam, odwracając się do niego i biorąc jego twarz w dłonie. – Ja się po prostu boję.
– Zaczekam – powiedział. – To twoja decyzja. Pamiętaj, że jeśli będziesz chciała się wycofać to nie będę od ciebie nic żądał. Pozwolę na wszystko – mówiąc to patrzył w moje oczy z powagą, ale przy tym jego tęczówki błyszczy tak, że wiedziałam, iż on już podjął swoją decyzję.
– A ja na niewiele – szepnęłam, rumieniąc się.
– Brakowała mi tego – powiedział i objął dłonią mój policzek.
– Pocałuj mnie wreszcie – nakazałam.
– Jak sobie życzysz, Flame.
Tak bardzo mi tego brakowało. Usta Elliota były twarde, suche i zawsze smakowały alkoholem, lub papierosami, a te Olivera… To jest nie do opisania. Są słodkie, miękkie i delikatne. Smakują jak karmel, ale może mi się to wydaje, bo kocham Olivera i tę słodycz i dlatego to z sobą łączę.
Pocałunek był krótki, ponieważ ktoś nam przerwał.
– Mmmm, jak słodko – zamruczał Marco, stając w drzwiach do łazienki.
– Spadaj stąd – warknął Oliver.
– Oliver – powiedziałam karcącym tonem. – Marco to twój kuzyn, mój przyjaciel i chłopak mojej przyjaciółki, więc…
– Przemiana już nastąpiła? – zapytał Marco.
– Ty wiesz…?
– Zastanów się nad pewną rzeczą, Kat – powiedział blondyn. – Widziałaś tu moich rodziców? Kiedykolwiek?
– Co to ma do…?
– Nie powiedziałeś jej? – teatralnie zdziwił się Marco.
– O czym? – zapytałam spoglądając na Olivera, który wypuścił mnie z ramion.
– Nie powiedziałeś – stwierdził blondyn.
– Zamknij się, Marco – warknął mój ukochany. – Ostrzegam cię.
– Nasz kochany, Red Flame, nie powiedział słodkiej Kat, że kiedy zobaczy swoich rodziców to…
Oliver rzucił się na kuzyna i siadając na nim okrakiem uderzył go w twarz. Wrzasnęłam z przerażenia. Chciałam ich rozdzielić, ale Oliver już więcej nie uderzył Marco. Po postu siedział, jedną ręką przytrzymując jego kostium, a drugą trzymając zaciśniętą w pięść na wysokości piersi.
– Oliver, proszę… Co się stanie, kiedy zobaczę swoich rodziców? Powiedz mi, błagam – powiedziałam, kucając przy nich. Położyłam dłoń na ramieniu Olivera.
– Powiedz jej. Nie możesz jej przed nimi ukrywać. Wiesz, że nawet jak nauczy się kontroli to i tak…
– Powiedziałem ci już żebyś się zamknął! – warknął Oliver i znów uderzył Marco pięścią w twarz.
– Oliver, proszę – powiedziałam, odciągając go od Marco, ale on nadal patrzył na blondyna, jakby planował go zabić wzrokiem.
– Co wy tu robicie!? – wrzasnął ktoś od drzwi na korytarz.
Wszyscy tam spojrzeliśmy.
– Tiffa – powiedziałam.
– Co się dzieje? – zdziwiła się. – Oliver dlaczego siedzisz na moim Marco? Kat się obraziła, to zaczynasz chłopaków podrywać?
Chcąc nie chcąc wszyscy wstaliśmy.
– Ona wie? – zapytałam szeptem, ale po chwili coś sobie przypomniałam. – Wy wszyscy wiedzieliście – powiedziałam. – O tych strażnikach i w ogóle…? Dlaczego mi nie powiedzieliście!? Tiffany?
– Ja…? – zaczęła odwracając ode mnie wzrok. Marco mnie prosił, żebym się nie odzywała – wyszeptała. – Chciałam – powiedziała głośniej. – Bardzo, ale on ma ogień i w ogóle, a ja?
– Nie… Nie mówmy już o tym więcej – powiedziałam, przerywając ciszę, przy okazji zmniejszając napięcie między nami panujące. – Są moje urodziny i chcę się bawić z osobami, które kocham. A tak przy okazji, to muszę znaleźć Maxa – dodałam, łapiąc Olivera za rękę. – Gościu, jesteś mi winien taniec.
Śmiejąc się zeszliśmy na dół, gdzie tłum imprezowiczów świetnie się bawił przy piosenkach Metallici i Linkin Park, które grali Damon Band. Paramore odpoczywali, bo w sumie wiele dziś zrobili.
Dosłownie wskoczyłam na parkiet, ciągnąc za sobą Olivera i razem zaczęliśmy tańczyć do kończącej się już piosenki Linkin Park – Runaway.
– Powiesz mi o co Marco chodziło z moimi rodzicami?
– Nie teraz. Bawmy się!
Zaśmiałam się.


Przed północą Hayley z chłopakami zmyli się do hotelu, a goście upili się i tańcząc przy dudniącej z głośników nagranej muzyce bawili się do prawie trzeciej, no ale w końcu udało się pozbyć ich z domu i ogrodu. Nie podobało mi się to, że już trzeba kończyć, ale w końcu musieliśmy.
Nie wypiłam ani kropelki napojów wysokoprocentowych, ale bawiłam się świetnie, nie licząc faktu, że Elliot wyparował, a ja dostałam napadu, w którym prawie spaliłam dom. Impreza była wspaniała, prezentów od groma i trochę, a ja nawet nie wiem gdzie to wszystko pomieszczę. Mama jednak miała racę, że Oliver sprowadzi mnie na dobrą drogę.
Tiffany spała z Marco w jego sypialni na pierwszym piętrze, a ja z Oliverem w tej, którą aktualnie on zajmował na drugim piętrze. Max wybrał sobie któryś z pokoi, ale jak na złość nikt z nas nie wiedział który.
– Jak ci się podobał prezent od nas? – zapytał Oliver, kiedy po kąpieli wyszłam z łazienki w za dużej na mnie czarnej koszulce Olivera Nirvany i białych bokserkach.
Siedział na łóżku oparty o wezgłowie.
– Masz na myśli Paramore? – zapytałam siadając na brzegu łóżka.
Zaczęłam zaplatać mokre włosy w warkocz.
– Mhm – mruknął.
Poczułam, że łóżko bliżej mnie się ugina, a po chwili Olivera pocałował moją szyję za uchem, gdzie jeszcze kilka godzin temu wykwitała wielka plama krwi, z rany na szyi.
– W sumie to nie było takiego zaskoczenia jakiego byście się spodziewali, co? – zapytałam.
– Racja, trochę się zawiodłem – powiedział znów całując moją szyję, ale po chwili złapał moje ucho zębami. – Miałem nadzieję, że będziesz skakać z radości.
Zaśmiałam się.
– Pewnie by tak było, gdyby Tiffany nie wygadała się o tym tydzień prędzej.
– Wiedziałem, że się wygada – mruknął niezadowolony i opadł bezwładnie na łóżko.
Odwróciłam się do niego i położyłam się na brzuchu opierając się na łokciach. Nogi miałam zgięte w kolanach i uniesione.
– Przecież to Tiffa, ona mówi mi wszy… – zamilkłam. – Chociaż to, że jesteście Płomieniami ukrywała i to zaskakująco dobrze. Chociaż raz dała mi do zrozumienia, że coś ukrywa – dodałam zastanawiając się nad tym głębiej.
– Marco nie jest płomieniem – powiedział Oliver, podpierając się na łokciach.
– Nie? – zdziwiłam się.
– Nie.
– To ja już nic nie rozumiem – powiedziałam marszcząc brwi.
– Ja jestem płomieniem. Red Flame. Marco jest Ogniem. Silver Fire.
– A co to za różnica? – zapytałam. – Przecież płomień to część ognia.
– Nadano nam takie nazwy setki lat temu, kiedy powstaliśmy – zaczął. – Ogień przynależy do tych złych  strażników. Dzieli się on na Czarny i Srebrny Ogień. Flame należy do tych dobrych i dzieli się na Czerwony i Niebieski. Pierwsi są nazywani Fire, ponieważ kiedy używają swoich mocy, tworzą ogień w wielkich ilości i niszczą wszystko. Uwierz mi trudno ich od tego oduczyć. Ja jestem Flame, ponieważ potrafię ograniczyć swoją moc i używać jej rozsądnie, a jak każdy wie płomień jest niewielki.
Patrzyłam na niego z zachwytem.
– Nie oznacza to oczywiście, że Flame są słabsi od Fire, co to to nie.
– A ja? Jestem Flame, czy Fire? – zapytałam.
– I tu jest ten haczyk. Nigdy tego nie wiadomo. Nie wiem nawet czy jesteś głównym strażnikiem ognia, czy tylko pobocznym, słabszym od takich jak ja i Marco.
– A druga strażniczka ognia? Ta dla Marco? Jest już taka?
– Tak, ale jej moc jest na razie uśpiona.
– Kto nią jest?
– Zaczekaj do dziewiętnastego listopada.
– Dziewiętnastego…? Przecież to urodziny Tiffy.
– No.
– To ona jeszcze nie ma mocy, a mogła wiedzieć o ogniu i w ogóle, a ja nie!? – ofuknęłam się.
– Dwa miesiące temu chciałem ci powiedzieć, to stwierdziłaś, że oszalałem.
– Nie mówiłam, że oszalałeś, tylko że to niedorzeczne, a to różnica. No i tak na marginesie to… – spojrzałam na swoje dłonie, którymi zaczęłam nerwowo skubać poduszkę. – Chcę cię przeprosić, że ci nie wierzyłam i chcę też żebyśmy oficjalnie do siebie wrócili – wyszeptałam.
Oliver przekręcił się na bok, podpierając jedną ręką głowę, a drugą zwrócił moją twarz w swoją stronę.
– Nie wydaje ci się, że już do siebie wróciliśmy?
Odetchnęłam zamykając oczy.
– Chcę, żebyś wybaczył mi to jak się zachowywałam przez czas, kiedy nie byliśmy razem.
Mimo zamkniętych oczu wiedziałam, że Oliver zbliżył do mnie swoją twarz. Czułam jego słodki, ciepły oddech na wargach.
 – Nie ruszaj się – szepnął, muskając przy tym swoimi wargami moje usta. – Zaraz ci coś pokażę.
Przestałam się ruszać, nawet przestałam oddychać. Po chwili wargi Olivera dotknęły moich. Było to tak delikatne muśnięcie, że przywołało mnie o dreszcz. Na skórze moich ramion wystąpiła gęsia skórka. Nabrałam szybko powietrza, zanim pocałunek znów nastał. Był chyba najdłuższym ze wszystkich jakie w swoim życiu doświadczyłam. Długi, powolny i bardzo zmysłowy.
– To miało znaczyć tak? – zapytałam, kiedy skończyliśmy. Wciąż nie otwierałam oczu.
– A jak myślisz, Flame? – zapytała. – Otwórz oczy.
Powoli uniosłam powieki.
Oliver usiadł i zacisnął swoją dłoń trzymając ją na wysokości pępka. Ja też usiadłam, wtedy rozwarł palce, a tam nad jego skórą rozpalił się maleńki czerwony płomyk, który z każdą chwilą rósł i rósł.
– Dotknij – powiedział.
– Ale to… – zaczęłam.
– Ogień? Strażniczka Ognia, boi się ognia? Nieźle to brzmi.
Szybko przesunęłam dłonią ponad płomieniem.
Brązowowłosy zaśmiał się.
– Tak to nawet człowiek się nie oparzy. Nie bój się, proszę.
– No dobra, ale jak się oparzę to będziesz moim sługą do końca tego tygodnia.
– Trzy dni? Spoko – powiedział. – Mógłbym całe życie, ale skoro tylko do końca tygodnia…
Spojrzałam na niego spode łba.
– A jeśli się nie oparzysz? – zapytał.
– Zrobimy to – wypaliłam bezmyślnie.
– ‘To’ znaczy co? – zapytał, chociaż oboje wiedzieliśmy, że dobrze wie co mam na myśli.
– Oddam ci się. Tej nocy. – Dlaczego ja to powiedziałam?
– Jesteś pewna? – zapytał, unosząc jeden kącik ust.
– W zupełności. – Wcale nie!
– Okey, a teraz proszę.
Przysunął dłoń, na której wykwitał płomień, bliżej mnie.
Powoli podniosłam dłoń i dotknęłam najmniejszym palcem płomienia. Zamknęłam oczy i skuliłam ramiona ze strachu, ale ból, którego się spodziewałam nie nastał, a przyjemne ciepło, takie jak to, które wywołuje w moim sercu Oliver. Otworzyłam oczy. Mój palec nie zaczął się zwęglać, jak się tego spodziewałam. Zrobił się tylko czerwony w miejscu gdzie stykał się z płomieniem, świecąc jak lampka choinkowa.
– Wow! – zawołałam zaskoczona, wyciągając palec z płomienia. No, ale jak na złość płomień, który unosił się nad dłonią Olivera przeniósł się częściowo na mój palec i on płonął teraz jak zapałka. – Mój palec się pali – stwierdziłam. – Cholera, mój palec się pali! – wrzasnęłam, prostując się. Jak na ironię, siedziałam na skraju łóżka i przez to poleciałam do tyłu i spadłam na podłogę. – Auua – jęknęłam, siadając.
– Wszystko dobrze? – zapytał Oliver schodząc z łóżka i kucając obok mnie.
– Tak.
– On nadal płonie – powiedział.
Spojrzałam na swój palec, mierząc go morderczym spojrzeniem, po czym chuchnęłam na niego, ale płomień nie zgasł.
– Jakiś wieczny ten ogień, czy coś?
– Dokładnie. Wiatr go nie zdmuchnie, a bardziej podsyci – powiedział i w tym samym momencie mały płomyk się powiększył, obejmując palec do połowy. – Tylko woda.
– Dzięki za ostrzeżenie – burknęłam i wsadziłam palec do buzi. Kiedy go wyciągnęłam już nie płonął. – No – powiedziałam z zadowoleniem.
Oliver zaśmiał się i powalił mnie na podłogę, całując moją szyję.
– Oliver tu głupku! – zawołałam śmiejąc się.
– Jak mnie nazwałaś? – zapytał, patrząc na mnie z góry.
Zaczęłam gładzić jego nagi tors.
– Głupek – powiedziałam patrząc mu wprost w oczy.
– Nie wybaczę! – zawołał i ugryzł mnie w ucho, a później wydawał dźwięki, że niby gryzie mnie w szyję.
Zaczęłam się śmiać, bo to co robił bardzo łaskotało.
– Przestań! – wołałam. – Oliver, nie! – próbowałam go odepchnąć, ale brzuch tak bardzo bolał mnie ze śmiechu, że nie potrafiłam.
– Zemsta – mruknął w moje ucho i znów lekko ugryzł jego chrząstkę.
– Idź się kąpać – powiedziałam, kiedy całował moją szyję pod brodą – a ja pójdę do kuchni skubnąć trochę smakołyków, bo głodna jestem. Mam nadzieję, że coś jeszcze zostało.
– Wątpię, ale możesz iść, bo chętnie bym się czegoś napił.
– To ty miałeś mi usługiwać.
– Właśnie, co do naszego zakładu. – Uśmiechnął się złowieszczo. – Przegrałaś.
– A widzisz to tutaj? – zapytałam, pokazując mu palec, który do niedawna się palił. – Zrobiło się czerwone i boli.
– Przegrałaś – powtórzył.
– Wcale nie! – zawołałam, wyswobadzając się z jego objęć.
Zerwałam się na równe nogi i dopadłam drzwi, ale zanim zdążyłam wybiec na korytarz, Oliver złapał mnie w pół i przytrzymał.
– Będę czekał – szepnął i wypuścił mnie z objęć.
Zaczęłam biedz w stronę schodów, ale zanim do nich dobiegłam, odwróciłam się do Olivera i pokazałam mu język, kładąc wskazujący palec pod lewym okiem.
Kiedy dobiegłam do schodów, już nie szłam tak szybko. Usiadłam na poręczy wielkich schodów i zjechałam bokiem w dół.
W wielkim salonie, gdzie odbywała się impreza, było ciemno i bardzo cicho. Zapaliłam światło i zaczęłam przeszukiwać półmiski, w których były słodycze mojej mamy, ale wszystkie niestety wyparowały.
Nie znalazłszy niczego pobiegłam boso między kubkami po piwie do kuchni. Tutaj światło też się nie paliło, ale nie mogąc znaleźć włącznika, próbowałam po ciemku znaleźć lodówkę. Na szczęście szybko mi się udało. Otworzyłam ją, a ktoś za mną wrzasnął z przerażenia.
– Cholera jasna! – zawołałam przerażona. – Max, co ty tu robisz?
– Jem – powiedział i zapalił światło. – Nie słyszałem jak weszłaś.
– Znalazłeś coś do jedzenia? Gdzie? – zapytałam, wyciągając z lodówki dwie puszki lemoniady.
– Jak tu wszystko organizowaliśmy, to schowałem kilka drobiazgów, bo wiedziałem, że będziesz myszkowała w nocy po kuchni.
– Bardzo śmieszne – powiedziałam.
Podeszłam do niego i wyrwałam mu z dłoni paczkę bekonowych chipsów.
– Marco pokazał mi coś, więc tam schowałem słodycze.
– Co ci pokazał? – zapytałam, kiedy szedł w stronę lodówki.
– A o to – powiedział i sięgnął za lodówkę. Po chwili pociągnął za coś na ścianie, a ta otworzyła się jak drzwi.
– Wow! – zawołałam, kiedy Max zapalił światło, które rozświetliło białą spiżarkę. – Dlaczego ja o tym nie wiedziałam? – zapytałam, podchodzą do niego.
– Bo wszyscy wiedzą, że dużo jesz – powiedział, a ja uderzyłam go w ramię.
– Ale i tak nie tyję, więc się odwal.
Wzięłam, kilka paczek chipsów, cukierków i żelek. No i kilka puszek lemoniady i Pepsi i wróciłam do sypialni Olivera.
W pokoju było ciemno, ale żeby nie przestraszyć się, jeśli Oliver leżałby w łóżku, rzuciłam na nie jedną puszkę z napojem, ale nie usłyszałam jego jęku, więc zapaliłam światło i weszłam do pomieszczenia. Zanim zdążyłam zamknąć drzwi one zrobiły to same. Odwróciłam się przerażona, przy okazji wypuszczając z rąk słodycze.
Za drzwiami stał Oliver. Z jego włosów kapała woda, a na sobie miał tylko bokserki. Patrzył na mnie z pożądaniem, naprawdę bardzo widocznym i przerażającym.
– Boję się ciebie bardziej niż Elliota – jęknęłam.
– No cóż, ja nie jestem żadnym tak słabiutkim Demonem, a Red Flame, to do czegoś zobowiązuje.
Wydałam z siebie dźwięk, coś pomiędzy jękiem, a histerycznym śmiechem.
– Zaczynamy? – zapytał, ale nie oczekując na odpowiedź powalił mnie na łóżko.
Pisnęłam zaskoczona, a później się zaśmiałam.
Olivera zaczął mnie całować, a ja oplotłam jego biodra nogami i zaczęłam go do siebie przyciągać, jak najmocniej mogłam.
– Nie chcę – sapnęłam, kiedy oderwał się od moich ust i całując moją szyję zaczął unosić moją koszulkę, którą na sobie miałam, odsłaniając mój pępek z kolczykiem.
– Zakład to zakład – powiedział.
– Nie uzgadnialiśmy, kiedy to ma nastąpić – sapnęłam, powstrzymując jęk spowodowany przyjemnością, jaką sprawiał mi dotyk jego dłoni i ust na mojej rozgrzanej skórze.
– Do końca tygodnia – powiedział i zawisnął nade mną. – Sama tak mówiłaś.
– Hee!? – jęknęłam przerażona. – Ale to było odnośnie twojej przegranej.
– Już za późno – powiedział i zdarł ze mnie swoją koszulkę.
– Oliver – pisnęłam.
Po jakiejś godzinie siłowania się Oliver dał za wygraną.
– Już dłużej nie mam siły – jęknął opadając na łóżku na plecy.
Ja położyłam się na boku obserwując go. Oboje byliśmy przykryci tylko do połowy, więc dla postronnego obserwatora, mogło to wyglądać, jakbyśmy właśnie przestali się kochać.
– Skąd ty bierzesz tę siłę? – zapytał spoglądając na mnie, spod przydługiej brązowej grzywki.
– Jestem, dziewczyną. Do końca będę bronić swojego dziewictwa.
Uśmiechnął się.
Podniosłam się, a po chwili już siedziałam na biodrach Olivera. Oboje wciąż mieliśmy bokserki, ale byliśmy przykryci, więc musi to wyglądać, jakbyśmy właśnie…
– Nie mówiłaś mi jak się bawiłaś na imprezie – powiedział, kiedy teraz to ja całowałam jego szyję. – Dobrze wyszło?
– Świetnie. Szkoda, że tak krótko się razem bawiliśmy. A właśnie. Dlaczego Poopy tu była? – zapytałam prostując się.
– Z tego samego powodu co tamten Demon.
– Naprawdę? – zadziwiłam się. – Chciałeś, żebym była zazdrosna?
– A byłaś? – zapytał.
– A ty byłeś?
– Ja pierwszy zapytałem.
– Więc pierwszy też odpowiesz.
Zaśmiał się.
– Jak cholera byłem zazdrosny – powiedział w końcu.
– Ja czułam bardziej ból.
– Wybacz – powiedział, przyciągając mnie za brodę.
Położyłam się na nim i znów zaczęliśmy pocałunek.
– Nie ma sprawy, ale całuj mnie więcej.
Tak zrobił.
– Impreza była świetna. Moja szesnastka była dużo lepsza od twojej osiemnastki.
– Masz coś do mojej osiemnastki?
– To było drugiego sierpnia – powiedziałam. – Przeżytek.
– Ja ci dam przeżytek!
Zaczął mnie do siebie przyciskać jak najmocniej mógł, przy okazji sprawiając, że moje żebra zaczęły skrzypieć, ale co mi tam. Mój Oliver może robić ze mną co chce. No może poza seksem bez mojej zgody.
Zaczęłam wspominać tamten dzień. Jeszcze przed naszą kłótnią.


*

– Tak mamo, nie będzie to jakaś wielka impreza, czy coś. Kilku znajomych i zabawa na całą noc. To nic wielkiego.
– Ja już znam te twoje grono kilku znajomych – powiedziała, pakując swoje smakołyki do odpowiednich pojemników.
– No naprawdę kilkoro. Będzie oczywiście Oliver, ja, Tiffa, Marco, Steven, Curtis, Delaney i Jeff – wytłumaczyłam. – Chociaż, chłopaki, może przyprowadzą swoje dziewczyny,  ale to i tak niewiele zmieni.
– Ja nie mam nic przeciwko, tylko dziecko na boga nie pij, dobrze?
– Odkąd mam Olivera, jestem wzorowym abstynentem. Sama go zapytaj.
Ktoś zapukał do drzwi, a po chwili wszedł do środka. To już było normą, że Oliver tak wchodził do naszego domu.
– Dzień dobry, pani Satine – przywitał się, wchodząc do kuchni.
– Mówiłam ci mój drogi, żebyś mówił mi po imieniu.
Nawet ojciec ostatnio pozwolił mu zwracać się do siebie po imieniu.
– Przepraszam, Sally. Mogę już zabrać Katherine?
– Owszem i weźcie też to – powiedziała podając Oliverowi koszyk ze słodyczami. I tak przy okazji to wszystkiego najlepszego z okazji osiemnastych urodzin.
– Dziękuję – powiedział, lekko zmieszany.
Złapałam go za rękę i razem wyszliśmy z domu do jego auta. Dopiero, kiedy usiedliśmy mogłam go pocałować.
– Tęskniłam – powiedziałam.
– Widzieliśmy się już dzisiaj.
– Ale ja i tak tęsknię, zawsze.
Zaśmiał się.
– Wszystkiego najlepszego, Oliver – szepnęłam. – Proszę – powiedziałam podając mu torebeczkę z prezentem. – To żaden tam jakiś super prezent, tylko zwykła ozdoba. Mały drobiazg.
– Nie musiałaś – powiedział, wyciągając dwie duże białe kostki do gry zawieszone na łańcuszku. – Wow! – zawołał zaskoczony. – Od kilku miesięcy próbuję takie znaleźć i nigdzie nie mogę – powiedział i zawiesił kostki na lusterku wstecznym. – Ale w sumie to ja nie mam jednego samochodu – powiedział.
– Dlatego kupiłam, różnokolorowe do każdego z nich.
– Jesteś niesamowita.
– Kto by pomyślał, że taki stary pryk uciesz się z takiego czegoś – zaśmiałam się.
– Jak mnie nazwałaś?
Pokazałam mu język.
Zaśmiał się i złożył pocałunek na moim czole.
– Mam też bardzo fajne perfumy dla ciebie – powiedziałam.
– Jesteś niemożliwa.
Imprezę zrobiliśmy u Marco i Olivera. Rodziców tego pierwszego nie było, jak zwykle zresztą.
Delaney przygrywał na swojej basie, Steve i Jeff wtórowali mu na elektrycznych, a Curtis wystukiwał rytm pałeczkami z chińszczyzny na wszystkim co stało na stole. Oliver pisał coś na kartce i za każdym razem, kiedy chciałam zobaczyć co, to ją chował. Marco i Tiffa siedzieli na podłodze przy telewizorze i kłócili się co będziemy oglądać. W końcu ten pierwszy się wkurzył i włączył Zaćmienie, ale gdy tylko zobaczyliśmy twarz Belli to Tiffa włączyła jedynkę Underworld i był spokój.
– Co tam piszesz? – zapytałam w pewnym momencie Olivera.
– Nico – powiedział. – Tak sobie bazgram.
Okazało się, że pisał piosenkę, ale do dziś jej nie usłyszałam.


*

– Pamiętasz to co pisałeś w swoje urodziny? – zapytałam, siadając.
– Taa, a co?
– Powiesz mi co tam napisałeś?
– Nie.
Prychnęłam.
– To powiedz mi co się stanie, kiedy zobaczę swoich rodziców.
Nagle drzwi od pokoju się otworzyły.
– Ja pierdole! – wrzasnął Max.
– Co ty tu do cholery robisz!? – wrzasnęłam i złapałam poduszkę, żeby zakryć nagi biust, po czym usiadłam na łóżku obok Olivera. On też usiadł.
– Co wy robicie!? – warknął.
– To nie jest to na co wygląda – powiedział Oliver ze spokojem. – Spójrz, oboje mamy bieliznę – powiedział odkrywając nas.
– Oliver! – pisnęłam i zakryłam się znów, tym razem po szyję.
– No chyba nie do końca – prychnął młody.
– Się czepiasz – mruknęłam i mocniej przytuliłam poduszkę.
– Max, coś się stało? – zapytał Oliver.
– Na przykład to, że ty masz osiemnaście, a Kat dopiero szesnaście lat. Ciebie rozumiem, ale ją? Myślałem, że nie jesteś z tych, ale dajesz mi ku temu coraz więcej powodów.
– Zabije kurdupla – syknęłam i rzuciłam w niego drugą poduszką.
– A poza tym to stało się coś innego? – zapytał Oliver.
– Tak – powiedział Max nie patrząc na nas. – Na trzecim piętrze znalazłem ubranie, które miał na sobie Elliot i kluczyki od jego GT 40. Zapomniał, czy coś?
– Jeśli chcesz, to oddam ci ten samochód za dwa lata, kiedy zrobisz parowo jazdy. Elliotowi, już i tak się nie przyda.
– Serio!?
– Tak.
Młody wybiegł z pokoju zatrzaskując za sobą drzwi.
– Nie znoszę go – jęknęłam.
– Doceń to co masz, zanim to stracisz – powiedział Oliver kładąc się.
Zamknął oczy i zakrył je przedramieniem.
– Przepraszam – szepnęłam i położyłam się Oliverowi na klatce piersiowej, odkładając poduszkę na bok. – Zapomniałam co ty straciłeś. Nie chcę, żebyś brał do siebie to, że kłócę się z Maxem. Ja po prostu, czasami…
– Czasami myślę, że gdyby nie ja to Max by się tobą opiekował – powiedział. – Stał się twoim małym obrońcą, kiedy mnie przy tobie nie było.
– Był nim, to prawda – przyznałam. – Nadal jest.
– Marco ma rację, nie mogę tego przed tobą ukrywać – powiedział, przerywając ciszę. – Pamiętasz jak zginęła moja rodzina? – zapytał.
– W pożarze – powiedziałam, a po chwili coś do mnie dotarło. – To to się stanie kiedy zobaczę Sally i Robbego? – zapytałam. – Zabije ich moja moc? – zapytałam, a w moich oczach zebrały się łzy.
– Tak – powiedział Oliver z westchnieniem i przytulił mnie.
– Opowiedz mi o tym – powiedziałam łamiącym się głosem.
– Jedno z nich musi zginąć, ale jeżeli oboje będą w tym samym czasie i miejscu co ty to niestety zginą oboje. Na dodatek jeśli Max będzie tam z wami to twój ogień go nie ominie.
– Ale Max… – zaczęłam i spojrzałam w oczy Olivera. – On jest moim przyrodnim bratem, a Robby nie jest moim biologicznym ojcem. Pamiętasz?
– A więc tylko twoja matka jest w niebezpieczeństwie.
– Nie jeśli odnajdę Jaya Harrisa. Mojego biologicznego ojca – powiedziałam ożywiona.