Trochę sobie ponarcyzuję (nie ma takiego słowa, prawda? Ale wiadomo o co chodzi mam nadzieję ;)). Jestem dla was tak dobra, że w Grudniu dodaję już trzecią notkę, a tu niby czytelników przybywa, ale po komentarzach tego nie widać. Sądzę, że już niedługo osoba, która zażyczyła sobie kontynuowania przeze mnie tej historii, będzie musiała pogodzić się z prawdopodobny zawieszeniem działalności tego bloga, ponieważ nie ma sensu prowadzić czegoś, czego i tak nikt nie czyta :(.
Ja jestem taka dobra (ta jasne xD), a wy źli i mnie jeszcze dołujecie tym brakiem komentarzy.
Ja jestem taka dobra (ta jasne xD), a wy źli i mnie jeszcze dołujecie tym brakiem komentarzy.
Ps. Chciałam podziękować nowemu czytelnikowi (tak samo zapalonym jak pierwsza czytelniczka i o którym wiem oczywiście) za jego umiejętne posługiwanie się pewnym programem komputerowym i zrobienie dla mnie niespodzianki w formie zajebiaszczego napisu w nagłówku tegoż bloga. Napis jest wspaniały i najbardziej mi się podoba to 'Fire' :3.
Dziękuję Alan ;) i dziękuję, też Gosi za pokazanie mu moich wypocin.
~*~*~*~*~
Previously on Light My Fire:
– Marco ma rację, nie mogę tego przed tobą ukrywać –
powiedział, przerywając ciszę. – Pamiętasz jak zginęła moja rodzina? – zapytał.
– W pożarze – powiedziałam, a po chwili coś do mnie dotarło.
– To to się stanie kiedy zobaczę Sally i Robbego? – zapytałam. – Zabije ich
moja moc? – zapytałam, a w moich oczach zebrały się łzy.
– Tak – powiedział Oliver z westchnieniem i przytulił mnie.
– Opowiedz mi o tym – powiedziałam łamiącym się głosem.
– Jedno z nich musi zginąć, ale jeżeli oboje będą w tym
samym czasie i miejscu co ty to niestety zginą oboje. Na dodatek jeśli Max
będzie tam z wami to twój ogień go nie ominie.
– Ale Max… – zaczęłam i spojrzałam w oczy Olivera. – On jest
moim przyrodnim bratem, a Robby nie jest moim biologicznym ojcem. Pamiętasz?
– A więc tylko twoja matka jest w niebezpieczeństwie.
– Nie jeśli odnajdę Jaya Harrisa. Mojego biologicznego ojca
– powiedziałam ożywiona.
...
– Masz rację – przyznał. – Nie jest to zły pomysł, ale nic o
nim nie wiemy. Jedyne dane jakie znamy to jego nazwisko, a w Stanach mogą być
miliony mężczyzn nazywający się Jay Harris.
– Wiem. – Westchnęłam. – Ale znamy też przedział wiekowy, w
którym mógł się urodzić. Sally ma trzydzieści siedem lat, a Robby jest od niej
straszy o trzy lata. Więc Jay może mieć od trzydziestu pięciu do czterdziestu
lat.
– Pomyślimy o tym rano, dobrze? – zapytał. – Jest już późno,
a dziś wybawiłem się chyba za wszystkie lata.
Pocałował czubek mojej głowy.
– Masz rację.
Oliver ziewnął, ale ja zbytnio się pobudziłam i teraz z
pewnością długo nie zasnę.
Podniosłam głowę i spojrzałam w brązowe zaspane oczy
ukochanego.
– Dobranoc – szepnęłam i złożyłam delikatny pocałunek na
jego lekko rozchylonych wargach. Kiedy się odsunęłam, żeby znów spojrzeć mu w
twarz, oczy miał zamknięte, a na ustach gościł delikatny uśmiech.
Jego klatka piersiowa zaczęła miarowo opadać i unosić się, a
oddech stał się spokojniejszy i cichszy. Zasnął.
– Przynajmniej tobie się udało – szepnęłam i z powrotem
położyłam głowę na nagim torsie Olivera. Zamknęłam oczy, ale mimo to sen nie
przychodził.
Tuż przed świtem wyszłam z łóżka i zaczęłam szukać swoich
ubrań rozrzuconych w przeszłości po domu. Znalazłam szafirowe biodrówki i
czarne trampki, ale nic poza tym, więc w pokoju gdzie wciąż spał Oliver
znalazłam jego czarną koszulkę, którą w nocy ze mnie zdjął i ubrałam się.
Nigdzie nie mogłam znaleźć biustonosza, więc tylko zawiązałam koszulką pod
biustem.
Po przeszukaniu mebli znalazłam szafkę, gdzie Oliver trzymał
kluczyki do swojego arsenału samochodów i złapałam jedne z pilotem.
Stanęłam przy drzwiach na korytarz i ostatni raz spojrzałam
na Olivera. Wciąż twardo spał. Leżał na plecach z jedną ręką położoną na
poduszce nad głową, drugą na brzuchu. Był przykryty prześcieradłem tylko do
połowy, więc było widać krawędź jego bokserek, które miał nisko na biodrach,
przez co jego kości biodrowe były bardzo widoczne.
Nie mogąc się powstrzymać podeszłam do śpiącego i
pocałowałam lekko jego wargi. Wtedy poruszył się, a ja odskoczyłam jak
oparzona. Na moje szczęście nie obudził się.
W garażu nacisnęłam guzik otwierający mechanizm. Samochodem
który wydał dźwięk otwieranych drzwi było czarne błyszczące w słabym świetle
żarówki Subaru Impreza.
Zadowolona, że to właśnie tak ładne autko, otworzyłam drzwi
garażu, po czym usiadłam za kierownicą. Oliver będzie zły, że jeżdżę po LA bez
prawa jazdy, ale coś w środku mówiło mi, że muszę się znaleźć w domu i to jak
najszybciej, ale co i dlaczego? Nie mam pojęcia, ale to przeświadczenie, że
stanie się coś złego było bardzo silne.
Po kilkunastu minutach jazdy wciąż opustoszałymi dzielnicami
bogaczy wyjechałam na drogę publiczną. Tam też spotkałam niewiele samochodów,
bo w końcu wczoraj było Halloween i do końca tygodnia większa część miasta
miała wolne.
Kiedy dotarłam do domu z zadowoleniem stwierdziłam, że
samochodu Robby’ego nie ma na podjeździe. Mamy zapewne stało w garażu, ale
pamiętam, że wczoraj to Lexusem ojca jechali do restauracji.
Na futrynie drzwi znalazłam zapasowy klucz od domu i weszłam
do środka. Gdy otworzyłam drzwi od razu uderzył mnie mocny zapach świeżo
zaparzonej kawy. Idąc za zapachem dotarłam do kuchni.
– Katherine? – zdziwił się Robby. – Co ty tu robisz o tak
wczesnej porze i jak się tu dostałaś?
– Gdzie mama? – zapytała ignorując jego pytania.
~*~
– Twoje oczy – powiedziałem.
Tęczówki miała całkowicie czerwone, a źrenic nie było widać
na tle płonącej czerwieni. Jej już i tak czerwone włosy delikatnie zaczęły
falować jak płomienie trawiące drewno, a z nich do góry unosiły się drobinki
czerwonego popiołu, który znikał zanim do końca zgasł.
– Gdzie jest mama? – powtórzyła.
– Mamy nie ma – A więc jednak jest nią. – Nie możesz jej
dziś zobaczyć.
– Bo? – zapytała opierając się z założonymi na piersi rękoma
o framugę drzwi.
– Bo… – zacząłem i przełknąłem ślinę. – Bo musiała zostać w
pracy i nie będzie jej przez kilka dni. Może wrócisz do domu Marco, co? –
zapytałem z nadzieją.
– Jak nie ma jej tutaj to pojadę do restauracji –
powiedziała.
Jej oczy i włosy coraz bardziej płonęły, a skóra przybrała
kolor gasnących węgli, zmieniających się w popiół.
– Kochanie z kim rozmawiasz? – dobiegł nas głos Sally z
naszej sypialni.
– Oj, nie ładnie kłamać ojczymie – powiedziała Katherine
karcącym tonem i pomachała wskazującym palcem. – Nie ładnie.
Zanim się obejrzałem Kat szła już w stronę Sally, więc
ruszyłem za nią.
~*~
Powoli ruszyłam w stronę sypialni rodziców. Nie widziałam
Sally, ale już wiedziałam, że tam jest. Zdradziła się pytając ojca z kim
rozmawia.
– Sally uciekaj! – zawołał za mną ojciec. – Ona już wie!
Złapał mnie mocno za przedramię, ale usłyszałam tylko
skwierczący odgłos. Robby poparzył się od dotyku mojej skóry. Przekrzywiłam
lekko głowę i spojrzałam na niego z wyższością.
– A mnie zawsze uczyłeś, że nie wolno dotykać rozgrzanych do
czerwoności rzeczy – powiedziałam i przyłożyłam wskazujący palec do jego
policzka. Mężczyzna zawył z bólu i puścił w końcu moją rękę, opadając na
kolana.
Weszłam przez otwarte drzwi do ich sypialni, a później do
łazienki. Sally stała przy umywalce patrząc w lustro. Stały tam dwie postacie.
Zapłakana Sally i potwór o płonących czerwienią oczach i włosach, które jeszcze
kilka godzin temu związane były w warkocz. W tym stworze rozpoznałam samą
siebie, ale gdy w tym momencie chciałam przestać, moje ciało coraz mocniej
pchało mnie do zrobienia tego, czego tak bardzo się obawiałam.
Mimo gorąca po moich policzkach zaczęły płynąć łzy.
– Zadzwoń po strażaków Robby! – zawołała Sally.
– Mamo – powiedziałam, a mój głos już nie brzmiał oschle, a
załamywał się. – Ja nie mogę się powstrzymać. Moje ciało…
– Cicho – szepnęła Sally i odwróciwszy się do mnie podeszła
i przytuliła mnie jak kiedyś, gdy byłam mała. – Wszystko będzie dobrze –
powiedziała starając się nie krzyczeć z bólu spowodowanego przez ogień, który
wykwitał na mojej skórze. – Jesteś już
duża. Poradzisz sobie, ale obiecaj mi, że zaopiekujesz się Maxem i Robbym.
– Mamusiu – wyszlochałam ciągnąc nosem. – Woda, ona
powstrzyma…
– W przypadku zabicia swojego rodzica nie powstrzyma.
Studiowałam wszystkie możliwe księgi, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o
twojej mocy i przygotować się na ten dzień. Nie martw się o mnie. Kiedy odejdę
myśl o mnie, ale nigdy nie płacz. Rozumiesz? Nie wolno ci.
Kiedy to mówiła ja z przerażeniem patrzyłam w lustro jak jej
ubranie i włosy znikają trawione przez płomienie.
– Musisz wiedzieć, że twoja moc nie jest po tej stronie po
której myślisz – kontynuowała. – A teraz, gdy już odejdę musisz użyć całej siły
woli i wysadzić butlę z gazem w piwnicy. Jest tak ustawiona, że zniszczy tylko
frontową ścianę domu. Twoje i Maxa rzeczy nie ucierpią.
– Kocham cię – szepnęłam – i przepraszam – dodałam po czym
zwiększyłam płomień okalający moje ciało i zakryłam uszy, żeby zagłuszyć krzyk
Sally.
Zacisnęłam mocno powieki i opadłam na kolana, a przede mną
opadło już całkiem sczerniałe ciało kobiety. Wrzasnęłam z bólu jaki sprawiło mi
to co właśnie się stało. To co się stało z moje winy.
– Po co ja do cholery tu przyjeżdżałam! – wrzasnęłam i
wstałam.
O dziwo mojego ubrania nie strawił ogień.
Otarłam łzy i skupiłam swoją całą siłę woli na piwnicy,
gdzie stała butla gazowa. Gniew jaki w sobie kumulowałam pomógł mi w
osiągnięciu celu. Siła płomienia była tak silna, że przebiła podłogę w łazience
i uderzyła w piwnicę. Wybuch był ogromny i bardzo głośny. Kiedy wyszłam na
korytarz już cały stał w płomieniach. Kuchni nie było, a salon już zajmował się
ogniem.
Na szczęście zdążyłam wyjść z domu i wsiąść do samochodu
zanim ktokolwiek zdołał zobaczyć co się dzieje. Na szczęście moja moc już się
ukryła i przestałam płonąć.
Po chwili z domu wybiegł Robby, kiedy frontowa ściana domu
zawaliła się. Tak jak przewidziała mama sypialnie moja i Maxa zostały
nienaruszone.
Mój przybrany ojciec podbiegł do auta i zajrzał do środka
przez otwarte okno pasażera.
– Uciekaj – powiedział. – Nikt nie może cię tu zobaczyć,
rozumiesz? Uciekaj – warknął. – Przywieziesz Maksa do mojej matki, kiedy za
kilka godzin zadzwonię, nie prędzej.
W oddali usłyszałam mieszaninę syren straży pożarnej,
policji i karetki.
– Już jadą – stwierdził Robby. – Jedź – ponaglił. – No już!
Uruchomiłam silnik i ruszyłam. Jechałam szybciej niż
poprzednio. A kiedy dotarłam do domu Marco wszyscy wciąż spali.
Samochód zaparkowałam tam skąd go wzięłam, kluczki do niego
też.
W łazience Olivera wzięłam szybki prysznic. Na dole w pralni
wyprałam ciuchy, które na sobie miałam i wysuszyłam w suszarce na pranie. Żeby
nikt nie usłyszał skubnęłam suszarkę i wysuszyłam włosy za zamkniętymi drzwiami
w pralni.
W samej koszulce Nirvany wróciłam do sypialni i położyłam
się obok Olivera i wtuliłam się w jego bok. Nie było już ważne czy się obudzi.
Nawet jeśli to mógłby pomyśleć, że zrobiłam to przez sen. Ale on nadal spał jak
zabity. Wymęczona nadużyciem ognia zamknęłam oczy i tym razem szybko odpłynęłam
w krainę snów.
Obudziłam się przeciągając mocno w objęciach...
– Koca? – zdziwiłam się rozglądając po pokoju.
Olivera nigdzie nie było. W pokoju było już bardzo jasno od
wpadających przez okno promieni, więc musiało być południe.
Podniosłam się do pozycji siedzącej, kiedy drzwi się
otworzyły.
– Już wstałaś – stwierdził Oliver, wchodząc do pokoju. – A
miałem już taki piękny plan jak cię obudzić.
W rękach trzymał stolik przy którym jada się w łóżku.
Położyłam się z powrotem i zakryłam kocem po szyję.
– Budź mnie – powiedziałam zamykając oczy.
Oliver zaśmiał się.
Po chwili brzeg łóżka ugiął się, a na moich ustach został
złożony pocałunek.
– Mmmm – mruknęłam z wargami wciąż przy ustach Olivera, po
czym przyciągnęłam go do siebie wplatając palce w jego gęste długie brązowe
włosy.
– No no – powiedział, kiedy zaczęłam go wciągać do łóżka. –
Śniadanko jemy. – Postawił przede mną stolik na którym stał talerz z górą
naleśników polanych złotobrązowym syropem i szklanką soku.
– Sos karmelowy i świerzy sok z limonki, bez miąższu i
pestek.
– Mniam – powiedziałam siadając i przyciągając stolik, po
czym rzuciłam się na naleśniki. – O kurde, ale pycha.
Zauważyłam, że Oliver był już kompletnie ubrany i nie
rozczochrany tak bardzo jak w nocy kiedy próbował się ze mną… chciał swojej
zapłaty za wygraną w zakładzie.
– Nie patrz tak na mnie, bo się czuję dziwnie – powiedziałam
przełykając kęs naleśnika.
– Lubię patrzeć, kiedy jesz. Jesteś wtedy naprawdę
szczęśliwa.
– Chcesz, żebym przytyła? – zapytałam celując w niego
widelcem.
Uśmiechnął się.
– Która godzina? – zapytałam i wsadziłam do buzi duży
kawałek naleśnika.
– Po dziesiątej.
Skinęłam głową, bo miałam za bardzo zapchaną buzię, żeby
odpowiedzieć.
– Jak skończysz to idziemy na plażę. Co ty na to? – zapytał.
Pokiwałam energicznie głową i przełknęłam.
– Wszyscy, mam nadzieję – powiedziałam.
– No tak.
– Może w końcu się opalisz.
– Przecież jestem opalony – prychnął.
– Nie – zaprzeczyłam i złapałam go za ramię. – Spójrz. –
Jego skóra już nie była tak jasna jak kiedy przyjechał do LA, ale wciąż był
dużo bledszy ode mnie.
– Ja tu mieszkam od kilku miesięcy, a ty całe życie, nie
dziwię się, że masz taki, a nie inny odcień skóry.
Nagle mój telefon się rozdzwonił. Dźwięk wyraźnie dobiegał z
bliska, ale nie łatwo było znaleźć komórkę w plątaninie poduszek i pościeli.
Gdy w końcu go złapałam przestał dzwonić.
– To tata – powiedziałam sprawdzając nieodebrane połączenie.
– Ciekawe czego chce.
– Oddzwoń do niego – powiedział Oliver.
Ale w tym momencie All We Know – Paramore znów zaczęło lecie
cieć.
– Tato? Co się stało?
– Powiedz Marco, czy komuś, żeby przywiózł cię i Maxa do
Violet – powiedział. – Ja będę tam za jakąś godzinę.
– Dobrze. Przyjedziemy jak najszybciej.
Rozłączył się.
Violet to mama Sally. Moja babcia. Mieszka sama, bo dziadek
zmarł kilka lat temu.
Odstawiłam stoik na bok i wyszłam z łóżka.
– Byłaś w nocy w swoim domu, prawda? – zapytał Oliver.
Zamarłam. On wstał i zatrzymał się tuż za mną.
– Czasami przeraża mnie zasięg twojej wiedzy – powiedziałam,
nie odwracając się.
Oliver okrążył mnie i stanął naprzeciw, kładąc swoje dłonie
na moich ramionach.
– Katherine – powiedział z czułością i przytulił nie, a ja
zaczęłam szlochać w jego ramionach.
Żadne z nas już nic nie mówiło. Po prostu staliśmy tak w
pokoju, ja płacząc, a Oliver głaszcząc mnie po głowie i nucąc melodię modlitwy,
którą zawsze mi śpiewał.
– Ja… – zaczęłam ciągnąc nosem. – Nie wiem co mnie podkusiło
– wyksztusiłam. – Nie mogłam zasnąć, bo czułam, że coś złego się stanie.
Pojechałam do domu, bo bałam się o mamę, a okazało się, że to ja jestem tym
zagrożeniem. Pojechałam mimo, iż wiedziałam, że to może się stać, ale nie
skojarzyłam tego. A teraz… Teraz ona…
– Ćśśś – szepnął. – Wiem jak się czujesz, ale pamiętaj, że
Robby, Max, Tiffa i Marco, a ja w szczególności zawsze będziemy z tobą. –
Odsunął się trochę ode mnie i złapał za brodę, żebym na niego spojrzała. –
Przysięgam, że już cię nie opuszczę, rozumiesz? Nawet jeśli mnie odtrącisz to
ja i tak będę z tobą. Będę natrętny, ale zawsze będę pilnował twojego
bezpieczeństwa. – Mówił to z taki uczuciem, że z moich oczy łzy zaczęły mocniej
płynąć, ale już nie szlochałam. Po prostu patrzyłam na niego z uwielbieniem.
– Bądź natrętny, rób co tylko uważasz za stosowne, ale nigdy
mnie nie opuszczaj i nie pozwól bym i ja to zrobiła.
– Obiecuję.
Przysięgę przypieczętowaliśmy pocałunkiem.
– Jak tam po nocy pełnej przeżyć? – zapytał Marco, kiedy
weszłam do jego sypialni.
Leżał wysoko, oparty o poduszki i tylko do połowy przykryty
prześcieradłem. Tiffany nigdzie nie było, ale mimo to weszłam bez żadnych
ceregieli.
– Gdzie Tiff? – zapytałam.
– Poszła do kuchni? A co?
– Chcę jakieś coś do ubrania, bo nie wzięłam ciuchów na
zmianę – powiedziałam i weszłam do pokoju. – Gdzie są rzeczy? – zapytałam.
Wskazał na jedną z szafek, więc podeszłam do niej i zaczęłam
szukać jakichś spodenek.
– Nie odpowiedziałaś na moje pierwsze pytanie.
– Żadnych przeżyć nie było, zboczeńcu – prychnęłam i akurat
natrafiłam na granatowe szorty.
Kilka rzeczy stało się właśnie w tamtej chwili. Ja zaczęłam
zakładać spodenki (wciąż miałam na sobie tylko bokserki i koszulkę Olivera),
ale zamarłam bo Marco wyszedł z łóżka, a w otwartych drzwiach pokoju ktoś
stanął.
– Co wy tak w ogóle tu robicie? – zapytała Tiffa, wcinająca
popcorn z przeźroczystej miski, którą trzymała przytuloną do piersi.
Założyłam szorty i zawiązałam ich sznurek na kokardkę.
Dopiero wtedy spojrzałam na Marco.
– O cholera! – wrzasnęłam i wystawiłam rękę tak, żeby zakryć
nią Marco. – Ty głupku zakładaj gacie! – wrzasnęłam.
– No wiesz ty co Marco? – jęknęła Tiffa i weszła do pokoju
po czym rzuciła w niego garstką popcornu. – Zobacz co zrobiłeś. Twarz Kat jest
teraz bardziej czerwona od jej włosów. – Zaśmiała się.
– Ale o co ci chodzi – powiedział tamten. – Niech wie jak
powinien wyglądać prawdziwy facet, bo jeśli chodzi o mojego durnego kuzyna to…
– Tiffa, wzięłam sobie twoje szorty, bo swoich nie mam i już
sobie idę! – powiedziałam przerywając Marco, po czym ruszyłam do wyjścia, nie
patrząc w jego stronę.
– Spoko! – zawołała za mną przyjaciółka.
Wyszłam z pokoju nie zamykając drzwi, ale nie odeszłam.
Zatrzymałam się tuż obok nich na korytarzu.
– Nic między nimi nie zaszło – powiedział Marco.
– Serio? – jęknęła Tiffa.
– Tak powiedziała. I znowu wyzwała mnie od zboczeńca.
– Znasz ją dłużej niż ja. Powinieneś przywyknąć.
– Co im tak bardzo kurde zależy na tym co robię z Oliverem w
nocy – mruknęłam z niezadowoleniem pod nosem.
– Jak myślisz. Robby ukryję Sally przed mocą Kat, dopóki ta
jej nie zacznie kontrolować? – zapytała.
– Miejmy nadzieję – powiedział. – Katherine jest twarda, ale
jeśli chodzi o jej bliskich to mięknie. Jest zbyt wrażliwa na taki ból.
– Wiem – westchnęła.
– Przejdziemy do bardziej przyjemnych czynności? – zapytał
uwodzicielsko.
– Mhm – mruknęła.
Wtedy odeszłam.
– Mam już spodenki – powiedziałam i wzięłam od Olivera mój
telefon.
Czekał na mnie w salonie na kanapie.
Wybrałam numer Maxa i zadzwoniłam do niego.
– Brat, chodź do salonu – powiedziałam, kiedy w końcu
odebrał.
– Po so? – zapytał, nie dość wyraźne, ponieważ właśnie coś
przeżuwał.
– Jak przyjdziesz to się dowiesz.
Westchnął.
– No dobła – powiedział i się rozłączył.
Po chwili wyszedł z kuchni z paczką żelków w ręce, które po
chwili znalazły się w mojej.
– Hej! – zaprotestował.
Odetchnęłam głęboko, starając się nie zacząć płakać.
– Coś się stało? – zapytał.
Wzięła żelka i zaczęłam go powoli gryźć.
– Kat?
– Nie nic. – Udałam ziewnięcie. – Zmęczona jestem i trochę
nie ogarniam co się wokół dzieje. Sorki. No, ale co do tego czy coś się dzieje
to tak naprawdę nie wiem, bo tata dzwonił, że mamy jechać do babci Violet, ale
nie powiedział czemu. Więc teraz jedziemy. Zbieraj się.
– Już gotowy – powiedział.
– Okey, to ja zadzwonię jeszcze do Tiff, bo boję się tam iść
do góry i możemy jechać – powiedziałam. – Idźcie już – dodałam zanim,
którykolwiek z nich zdołał zadać pytanie odnośnie tamtej dwójki.
– No – powiedziała Tiffany po odebraniu telefonu, po czym
usłyszałam odgłos pocałunku.
– Marco ty debilu nie całuj Tiffy, kiedy z nią rozmawiam,
zboczeńcu! – wrzasnęłam.
– Nie no znowu – usłyszałam jego stłumiony głos.
– Już – powiedziała Tiff, po chwili. – Co jest?
– A ty nie odbieraj, kiedy się z nim migdalisz – warknęłam.
– A jak ty się z Olivciem migdalisz to dobrze jest, tak?
Prychnęłam.
– No mów wreszcie co chcesz – powiedziała i zaśmiała się
cicho.
Ten dureń, znowu ją tyka no.
– Po pierwsze: Nie wiesz gdzie jest mój biustonosz, bo od
trzeciej go nie widziałam.
– Nie wiem… – powiedziała. – Chwila, że co!? To czemuś go
zdjęła!?
– Bo nie mam w zwyczaju spać w tej części garderoby – moja
mina w tym momencie wyglądała tak ‘ -,- ‘.
– Ta jasne – mruknęła z zadowoleniem, przez co zarumieniłam
się, wspomniawszy poprzednią noc.
– Po drugie: Max i ja musimy być u babci – powiedziałam zanim
zdążyła coś jeszcze dodać. – Oliver nas zawozi i nie wiem, czy wrócimy, więc…
– Mhmm…
– Znów się z nim całujesz, prawda?
Moja irytacja weszła na jeszcze wyższy poziom.
– Mhm – mruknęła znowu, po czym zaczęła się głośno śmiać,
więc musiałam odjąć komórkę od ucha.
– Macie wolną chatę i dużo sprzątania tylko dla was! – zawołałam
radośnie i rozłączyłam się, żeby nie słyszeć jej sprzeciwu.
Oliver i Max czekali na mnie przy czarnym Suvie na podjeździe
przed bramą wjazdową. Wyszłam poza teren domu i dołączyłam do nich.
W drodze słuchaliśmy Linkin Park i Metallici. Włączyłam je i
dałam jak najgłośniej się dało. Mimo, że siedziałam z przodu to czułam na
plecach basy wydobywające się z subufora znajdującego się w bagażniku.
Jechaliśmy tym samym samochodem, który sobie pożyczyłam.
Cieszyło mnie to, że Oliver nie zapytał mnie czym dostałam się do mojego domu.
On wiedział, kiedy trzeba zachować milczenie i to jest jedna z tych cech, które
w nim podziwiam i kocham.
Kiedy dotarliśmy do domu babci, który mieścił się sześć kilometrów
od domu Marco i jedenaście od naszego, samochód Robbego już tam stał. Na jego
masce i szybie było widać rysy po wyrzuconych przez wybuch odłamkach.
Babcia i on siedzieli w jej niewielkim saloniku z niskimi
różowymi fotelami o wysokich oparciach ozdobionych białymi serwetami, które
sama zrobiła na szydełku. Ona miała łzy w oczach, a Robby przybrał maskę
względnego spokoju, który mógł zakłócić mój chodź jeden zły ruch.
– Co się stało? – zapytała na wejściu Max i podszedł do babci
i przytulił ją, klękając obok fotela.
Ojciec nie patrzył na mnie, ale wzrok Violet był skierowany
na mnie i mówił ‘Wynoś się z mojego domu potworze!’. Odwróciłam wzrok. Na
szczęście Oliver był za mną i złapał mnie za rękę.
– Gdzie jest mama? – zapytała młody.
– Tato… – zaczęłam.
– Wiem, że to będzie dla ciebie szokiem Max, ale jesteś już wykraczająco
duży, aby zrozumieć – powiedział Robby, patrząc w pełną gorącego parującego
płynu filiżankę, którą trzymał w rękach. – Chodzi o to, że…
~*~*~*~*~
A jak nie będzie komentarzy to się fochnę i nie będę pisać, a jak wiadomo idą święta, a w święta Teny się opierdala, a jak się opierdala to znaczy, że pisze, a jak ma wolne to duuuzio pisze, bo ma duuuzio durnych pomysłów :P
.jpg)