wtorek, 6 listopada 2012

Love Hangover


No dobra, przydało by się coś napisać na wstępie, więc...:
Dziękuję SuSusce za komentarz pod prologiem. Kurde gdyby nie ty to bym nawet nie wiedziała co to blog, hehe. I to nie bujda!
Ok, kolejna notka Light My Fire, której (zresztą jak moich pozostałych blogów :( ) nikt nie polubi. Nie zanudzam zapraszam na notkę.

P.s. Dzięki Natalii z mojej klasy za poleceni mi pewnego świetnego bloga: sweet--sound.tumblr.com
Oczywiście zachęcam do czytania go ^.^


Na plaży Marko i Tiff zostali przy samochodzie, a ja I Oliver poszliśmy do wody. Co tu dużo gadać. On zdjął swoją koszulę, więc ja zdjęłam swoją i pływaliśmy tak w dżinsie, krępującym nasze biodra i rozmawialiśmy o sobie.
Po jakimś czasie zostawiliśmy Marco i Tiff na plaży, bo stamtąd mięli blisko do domu Marco, a ten chciał jej coś pokazać u siebie w ogrodzie.
Oliver odwiózł mnie do domu, bo głowa zaczęła mnie boleć tak samo jak dziś rano. Do domu wniósł mnie na rękach, bo przez tępy ból w skroniach nie mogłam się utrzymać na nogach. Ramieniem nacisnął dzwonek, drzwi otworzył tata. Był zdziwiony widząc młodego chłopaka w drzwiach swojego domu z jakąś, prawdopodobnie pijaną dziewczyną na rękach. Dopiero po chwili, gdy mama podeszła do taty, poznała mnie natychmiast.
Ojciec był zbyt zszokowany, żeby zabrać mnie od Olivera, więc mama kazała mu zanieść mnie na górę. W mojej sypialni położył mnie na łóżku, a mama zamknęła za nami drzwi. Położył się obok mnie i zaczął głaskać dwoma palcami po skroni.
Ból był nie do wytrzymania, ale jak najbardziej byłam świadoma tego co się wokoło mnie działo.
Brązowowłosy patrzał na mnie bez słowa, ale po chwili zaczął coś śpiewać. Coś bardzo znajomego, ale jednak nie zrozumiałam ani słowa, bo śpiewał w jakim dziwny języku. Wsłuchałam się w jego melodyjny cichy głos tak bardzo, że w końcu zasnęłam.


Śniło mi się, że miałam na sobie białą długą suknie z gorsetem, z rozcięciem na prawym udzie i wizerunkiem czerwonego słońca na lewym. Nie miała ramiączek, tylko biały rzemyk na szyję, zakończony przy gorsecie małym czerwonym słoneczkiem, takim jak na udzie.
Stałam na boso w kręgu ognia, wokoło mnie z wysokości dwudziestu metrów spadał wodospad wody, zamykający się w kolejny krąg wokoło mnie, nad moją głową huczał wiatr i śmigały złote błyskawice. Kolejnym kręgiem były drzewa.
Przejrzałam się w tafli wody. Moje włosy, zarówno jak i tęczówki błyszczały szkarłatem.
Próbowałam otaczającym mnie ogniem przełamać te kręgi. Nie wiem jak to zrobiłam ale z moich dłoni wylatywały płomienie czerwonego ognia. Nic to nie dawało, bo wody było zbyt dużo.
Po kilku próbach, w których próbowałam przebić wodospad kulami ognia, poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Dłoń należącą do Olivera.
Spojrzałam na niego. Uśmiechnął się i podał mi dłoń. Razem wykonaliśmy jaką skąplikowaną pieczęć i puściliśmy przed siebie strumień czerwonego ognia, który przybrał wygląd chińskiego smoka. Bestia pognała jak szalona i w mgnieniu oka złamała wszystkie bariery żywiołów….
               
– Katherine, obudź się.
– Oliver? – zapytałam szukając go ręką na pościeli.
Natrafiłam na coś ciepłego i małego.
– Kto to Oliver? – zapytał ten ktoś.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to Max, a ja właśnie próbuję go przytulić. Otworzyłam oczy i odepchnęłam go tak mocno, że spadł z łóżka.
– To ten koleś, który leżał wczoraj z tobą w łóżku?
– Tak, ten. I co z tego?
– A nic. – Wstał z podłogi i pomasował ramię, bo najwyraźniej je sobie stłukł.
– Co robił!? – Dopiero teraz dotarły do mnie jego słowa.
Może jednak Tiff ma racje? Mam spóźniony refleks.
– Leżał w twoim łóżku.
Dopiero teraz zaczęłam sobie przypominać. Teraz także widziałam dokładnie mój sen. Za każdym z kręgów stały postacie, a razem było ich osiem i to one panowały nad żywiołami, tak jak ja i Oliver nad ogniem.
– Spadaj. Muszę się przebrać.
– Rodzice chcą cię widzieć.
– Powiedz im, że najpierw wezmę prysznic.
Odchrząknął, kiedy wychodziłam spod kołdry.
– Uwaga cytuję: „Ma się niezwłocznie pokazać w kuchni, albo… Nie, nie. Jak przyjdzie to się dowie.” Tak powiedział tata.
– Dobra, kurduplu. Idziemy.
Wyszliśmy z mojego pokoju i zeszliśmy na dół do kuchni.
Po drodze przypomniało mi się też, że te postacie w moim śnie szeptały coś do mnie. Coś podobnego do tego co śpiewał mi wczoraj Oliver. Sen został ochrzczony tytułem „Nocne Szepty”.
Gdy weszłam do kuchni poczułam na sobie ciężar oskarżycielskiego spojrzenia ojca, jakim zwykł mnie zaszczycać. Nie owijając w bawełnę powiedział:
– Kim był ten młody mężczyzna, który przyniósł cię wczoraj, gdy byłaś pod wpływem alkoholu?
– Odpowiem po kolei na wszystko, tylko nie krzycz.
– Na to liczę, a więc dobrze.
– Chłopak, który wniósł mnie do domu, bo nie mogłam iść sama, to kuzyn chłopaka mojej przyjaciółki.
– Naprawdę? Nie wiedziałam, że chłopak twojej przyjaciółki ma jakichś kuzynów poza Los Angeles – powiedziała mama, odrywając oczy od jakiegoś kolorowego czasopisma.
Ale Robby nie zrozumiał.
– Ma – przyznałam. – Widziałaś jaki od blady? Biały jak mleko.
– Dokładnie tak pomyślałam.
Obie się zaśmiałyśmy.
– Jaki kuzyn? Kogo chłopak? – zapytał tata.
– Moja przyjaciółka Tiffany Brielle…
– Ta młoda śliczna panienka o blond włosach i ślicznej buzi?
– To zabrzmiało jakbym była szkaradna. Nie to nie ona. Ta to Diana. – Wzdrygnęłam się wymawiając to imię. – Mam na myśli tę wysoką, o farbowanych kasztanowych włosach i świetnej figurze.
– Tiff jest farbowana? – zapytała Sally zdziwiona, a ja kiwnęłam głową.
– Ta rozwrzeszczana i dziwnie ubierając się dziewucha?
– Tak. Ta z topazowymi oczami i czarną maleńką łezką pod lewym.
– Już wiem. A dalej? – ponaglał.
– To właśnie kuzyn Marco mnie…
– Kim jest Marco?
– Marco Colins. Chłopak Tiff.
– Ach tak. Mów dalej. – I tak nie wiedział o kogo chodzi.
– No to… Kuzyn Marco mnie odwiózł, bo został o to poproszony. Nie byłam pijana. W ogóle nie piłam alkoholu. Opiłam się tylko trochę słonej wody kiedy nurkowałam. Głowa zaczęła mnie boleć, to dlatego nie mogłam iść sama, bo przed oczami zrobiło mi się biało tak mocno paliło.
– Rozumiem. – Teraz obrzucił moje włosy takim spojrzeniem jakbym zwymiotowała mu na buty.
– Sam dałeś mi na to pieniądze, więc się nie czepiaj.
– Jak to mam się nie czepiać?! – wrzasnął.
– Co? Zazdrościsz, że nie są kasztanowe jak twoje?
– Nie chodzi o to! Miałaś takie piękne włosy, a teraz…?
– Mam takie jak mama. No… prawie.
Tata i Max mieli kasztanowe, a mama rude. Zawsze zastanawiam się po kim ja mam… miałam miodowo złoty blond. Pewnie podmienili mnie w szpitalu.
– Mi się podoba – wtrąciła Sally. – Wyglądasz jak ta piosenkarka i na dodatek te twoje zielone oczy.
Właściwie to szarolimonkowe.
– Mam je po tobie.
– Dość! Dziś pójdziesz przefarbować włosy na swój naturalny kolor – powiedział władczo Robby
– Nie. Nie będziesz mi rozkazywał. I nie chcę rozjaśniać włosów, bo mi wszystkie wypadną.
Z jednej z szafek wyciągnęłam szklankę, wsadziłam do niej dwie tabletki aspiryny i zalałam zimną wodą. Kiedy już się rozpuściły, wypiłam lek duszkiem.
– Idę wziąć prysznic i bardzo cię proszę ojcze nie krzycz, bo czaszka mi pęka.

W pokoju opadłam bezwładnie na łóżko, chowając głowę w poduszkach. Dłońmi mocniej przycisnęłam poduszkę do twarzy i wrzasnęłam jak najgłośniej mogłam. Krzyczałam dopóki nie poczułam piekącego bólu w gardle. Pod poduszką coś zaczęło brzęczeć.
– She live’ s in the… – śpiewała Heyley.
– Halo? – zapytałam ochrypłym głosem i oparłam głowę na podbródku.
–Wszystko dobrze? Głowa cię już nie boli? – zapytała tak cicho Tiffa, że ledwo ją zrozumiałam.
– Jeszcze trochę boli, ale da się to znieść. Wzięłam dwie aspiryny i już jest lepiej. Ale teraz to nieważne…
– Wiedziałam, że zaczniesz. I co się stało? Bezpiecznie wróciłaś do domu? – zapytała zmartwiona.
– Tak, ojciec mnie nie poznał, kiedy Oliver wniósł mnie do domu.
– Wniósł cię do domu? – zapiszczała.
– Tak, bo nie mogłam sama iść.
– Aż tak mocno bolało?
– Tak. I chyba już wiem dlaczego – odchrząknęłam i przekręciłam się na plecy.
– Naprawdę? To mów.
– Wczoraj gdy Oliver kładł mnie do łóżka, to zaczął coś śpiewać. Nic nie zrozumiałam, bo to nie było po angielsku…
– Był w twoim pokoju?! I kładła cię do ł ó ż k a?
– Tak, bo Robby to kretyn i nie rozpoznał własnej córki.
– Skoro nie wiedział, że jesteś ruda…
– I ty Brutusie przeciwko mnie?
–Nie. –  Zaśmiała się. – Mów dalej.
– Zasnęłam i śniły mi się jakieś dziwne postacie, które szeptały do mnie to samo co Oliver śpiewał.
– Może dlatego szeptały, bo prędzej już to słyszałaś?
– Nie, na pewno nie. Teraz jak się nad tym zastanowię to już od tygodnia słyszałam te szepty, tyle że starałam się o tym zapomnieć i udawało się.
Po drugiej stronie słuchawki zapadło milczenie.
– Tiffa? Wiem, że sądzisz, że zwariowałam, ale to co właśnie powiedziałam to prawda. I ja wcale nie słyszę głosów, bo to było tylko w śnie! – wrzasnęłam i rzuciłam telefonem w ścianę naprzeciw łóżka. Coś za ścianą spadło na podłogę, ale nie przejmowałam się tym.
Chyba nic się telefonowi nie stało, bo nadal słyszałam w nim krzyki Tiffany.
Wstałam i podniosłam go.
– Przepraszam – szepnęłam.
– Nic się nie stało. Ja… po prostu nie wiedziałam co powiedzieć.
– Znowu.
Usiadłam na dywanie w miejscu gdzie wylądował telefon.
– Co? – zapytała zdziwiona.
– Napad.
– No tak. Biedny telefon. To już trzeci raz w ciągu tygodnia.
–Ehh. No cóż, chyba zacznę pić ziołowe herbatki.
Po tych słowach obie zaczęłyśmy się śmiać.
– Pozwolisz, że pójdę pod prysznic?
– Jasne, ale lepiej ci zrobi długa gorąca kąpiel z dużą ilością bąbelków.
– Skorzystam.
– To pa. Idę do Marco… – Zamilkła jakby zastanawiając się, czy powiedzieć mi po co.
– Nie musisz mi zdradzać waszych niecnych planów – prychnęłam.
Przez chwilę nic nie mówiła, ale potem powiedziała, a jej głos brzmiał całkiem normalnie.
– Oliver pytał, czy mu dam twój numer telefonu. To powiedziałam, że cię zapytam.
– Jasne, jeśli chce to tak.            
– Spoko. Ja chyba też pójdę pod prysznic, bo z Marco…
– Nie chcę wiedzieć! – przerwałam.
– I Oliverem siedzieliśmy u nich w salonie i zamartwialiśmy się całą noc. Więc nie byłam w łazience i muszę się wykąpać.
– Całą noc – powtórzyłam bezwiednie. Poczułam się dziwnie lekko, kiedy usłyszałam, że Oliver się o mnie martwił i nie spał całą noc.
– Tak, do łazienki! – zawołała. – Pa!
– Pa. – Rozłączyłam się.
W łazience napuściłam wody do wanny, a gdy już do niej weszłam postanowiłam, że trochę tam posiedzę. Byłoby tak gdyby nie telefon, który odebrałam po piętnastu minutach spędzonych w wannie.
Komórkę położyłam na sedesie, więc nie musiałam się za bardzo ruszać, żeby ją dosięgnąć. Wytarłam ręce i spojrzałam na numer.
Nieznane.

3 komentarze:

  1. Ouuu^^ Nie ma za co:*
    I to mi się podoba:D Rodzicom trzeba pokazywać gdzie ich miejsce. :P
    Mamusiu, jeśli to przypadkiem czytasz, to wiedz że cię kocham ^^ <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Hehe, dzięki i moja mamciu <3 proszę nie czytaj tego ^^
    Dzięki za zmianę wyglądu bloga. Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co dziękować :*
      A i u mnie nowa notka , zapraszam :D

      Usuń